Reklama

Reklama

Drugie życie zamku w Łapalicach

Wygląda na to, że zanosi się na prawdziwy przełom w sprawie niedokończonej monumentalnej inwestycji na Kaszubach. Jak podaje serwis Dziennikbaltycki.pl, jest to pierwszy raz, kiedy samorząd zajął się sprawą niszczejącego zamku na poważnie.

Przypomnijmy - zamczysko w Łapalicach miało stanowić dzieło życia Piotra Kazimierczaka, gdańskiego wizjonera, artysty-rzeźbiarza, snycerza i wytwórcy mebli. W pewnym sensie rzeczywiście tak się stało, mimo że prac rozpoczętych w 1983 roku nigdy nie ukończono.

Spiętrzony pech

Reklama

Artysta przygotował zaplecze w postaci fabryki mebli w Świętym Wojciechu na przedmieściach Gdańska. Fabryka, w jego zamyśle, miała być "mecenasem" zamku w Łapalicach. Na początku lat 90. gdy interes meblarski rozkwitał w najlepsze, niespodziewanie zaczęły się problemy. Pan Piotr podkreślił, że nigdy nie ciągnęło go do polityki, jego sukcesy kłuły w oczy, a możni decydenci poczęli mnożyć mające zatrzymać go bariery, począwszy od problemów z dostawą energii, przez które rzeczywiście produkcja mebli na wielką skalę nie ruszyła, a lukratywne kontrakty poprzepadały. Ale zdeterminowany inwestor i to przetrwał. Po kilkuletniej batalii wznowił działalność.

Niestety, wielka powódź w 2001 roku zalała jego zakład. Fabryka była ubezpieczona od skutków pożaru i zalania, ale będącego efektem awarii wodociągów, a nie wezbranej rzeki. Pod wodą znalazły się nowoczesne maszyny, hale oraz sprzęt komputerowy. Straty oszacowano na 10 milionów złotych.

To był wielki cios. Pan Piotr mógł wówczas mimo wszystko stanąć na nogi, ale postanowił wesprzeć swoich pracowników. Wypłacał im pensje i zatrudnił ich przy usuwaniu skutków powodzi. Sam pokrywał gigantyczne koszty, pojawiły się kolejne problemy z urzędnikami, które ostatecznie odwiodły go od kontynuowania działalności firmy. Nie zamierzał inwestować w nią trzeci raz.

Był jeszcze dodatkowy problem - inwestor pierwotnie otrzymał pozwolenie na wybudowanie domu mieszkalnego z pracownią, całość miała liczyć 170 m², ale zaczął tworzyć coś zupełnie innego, oszałamiającego. Prawdziwy zamek. Ale jak piękny by nie był, został uznany za samowolę budowlaną - w 2006 roku powiatowy inspektor nadzoru budowlanego nakazał rozbiórkę gmachu, jako wzniesionego niezgodnie z pozwoleniem na budowę i zaczęła się kolejna przedłużająca się batalia. Koniec końców zamek przetrwał, ale w 2013 roku PINB wydał decyzję zakazującą dalszych prac budowlanych.

Niszczejąca, nieotynkowana budowla latami była wystawiona na działanie czynników atmosferycznych i naloty turystów, którzy uporczywie ignorują tablicę z zakazem wstępu. Nowożeńcy przyjeżdżają tam na romantyczne sesje zdjęciowe, całe rodziny przybywają, żeby pospacerować, a miłośnicy imprez paintballowych zakradają się nocami i zabawiają grając w ulubioną grę aż do rozkosznego znudzenia. 

Co gorsza, nocami buszują w zamku też zwolennicy imprez zupełnie innego rodzaju, stąd góry odpadków, w tym tłuczonego szkła (nawiasem - nie brak osób, które zamkowych murach załatwiają potrzeby fizjologiczne). Okoliczni mieszkańcy, którym los zamku nieobojętny, raz po raz sprzątają jego teren. Gdyby nie cykliczne porządki, w morzu śmieci zanurzyłby się niemal po same wieże. Ludzie ci narzekają nie tylko na zanieczyszczanie tego obszaru (zamek stoi na terenie Kaszubskiego Parku Krajobrazowego), ale i na nocne hałasy oraz zatarasowane przejazdy, które to już przyczyniły się do prawdziwego nieszczęścia - karetka pogotowia, nie mogąc przejechać przez zastawioną drogę, nie dojechała do potrzebującego na czas...

W samym zamku też zdarzył się wypadek - w 2017 roku 19-latek wpadł do szybu windowego. Na szczęście uszedł z życiem, był w budynku z grupą znajomych, którzy wezwali pomoc. Ratownikom udało się go wydostać.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje