Reklama

Reklama

"Piątka", czyli legendarne polskie schronisko

Od blisko stu lat najwyżej położone polskie schronisko prowadzi jedna rodzina - słynny ród Krzeptowskich. Nie da się tu dojechać, a i nie zawsze można dojść - warunki wciąż dyktuje natura. Niezależnie od tego szarlotka zawsze smakuje tu wyśmienicie, a rezerwacje trzeba robić z rocznym wyprzedzeniem. Przeczytaj fragment książki Beaty Sabały-Zielińskiej "Pięć Stawów. Dom bez adresu", w którym bohaterowie opowiadają, jak w ostatnich latach zmienili się turyści.

- Czasy, kiedy turyści planowali sobie noclegi na podłodze, to już przeszłość - informuje jasno i wyraźnie Marychna. - Zmieniły się przepisy, zmieniły się wymagania, zmieniły się warunki. W wyjątkowej sytuacji w schronisku można przeczekać noc. Ludzie nauczyli się, że my zawsze wszystkich przygarniemy. Teraz przyzwyczajamy naszych gości, że jeśli nie muszą korzystać ze schronienia, powinni zejść na dół, by zrobić miejsce tym, którzy wrócą z gór późno i będą potrzebowali dachu nad głową. Zależy nam na pogodzeniu interesu turystów, którzy nocą muszą się gdzieś schronić, i tych, którzy wykupili nocleg, a zatem oczekują, że będą mieli w miarę wygodnie. Dlatego prosimy osoby, które nie zarezerwowały miejsca, o schodzenie na dół. Takich ludzi wciąż jest dużo, w tym sporo naprawdę chodzących po górach, i ich jest nam najbardziej żal, bo rozumiemy, że chcą od nas raniutko ruszyć na Orlą Perć. Ale niestety, jeśli nie pomyśleli o zorganizowaniu sobie noclegu, muszą zejść na dół. Wiemy, że to zmienia ich plany, bo co innego jest startować na Orlą z poziomu Pięciu Stawów, a co innego z Zakopanego, ale nic nie poradzimy na to, że mamy ciasno. To jest zresztą problem, który towarzyszy Tatrom od pięćdziesięciu lat, tylko teraz, gdy ludzie słyszą, że nie ma miejsca, mają o to pretensje. Dawniej mówili: "Trudno".

Reklama

- Mamy problemy z zaspokajaniem wszystkich potrzeb - przyznaje Jan Palider, prezes zakopiańskiego oddziału PTTK. - Nasza organizacja jako jedyna w górach ma taką zasadę, że wszystkich turystów przytuli. "Kiedykolwiek przyjdziesz, znajdziesz schronienie w naszych schroniskach". No, ale turystów zrobiło się tak dużo, że trudno wszystkich przyjąć, chociaż drzwi w tatrzańskich schroniskach zawsze są otwarte. I ta idea przygarnięcia zbłąkanego wędrowca wciąż im przyświeca. Jednak nie ukrywamy, że zaczyna być to uciążliwe.

Zwłaszcza że są turyści, którzy tę szlachetną ideę wykorzystują. Specjalnie przychodzą po południu, nie deklarują zamiaru pozostania na noc, nie rezerwują noclegu i liczą na to, że po zmroku załapią się na podłogę - z oszczędności (nocleg kosztuje, w zależności od pokoju, od 50 do 90 złotych).

- Niestety, tych, którzy kombinują, jest sporo - mówi Marychna. - Przeczekanie nocy kosztuje dwadzieścia złotych. To symboliczna opłata za korzystanie z łazienek i zostawienie śmieci. Najwięcej śmieci, które potem zwozimy i za które płacimy, to śmieci przynoszone przez "przeczekujących". To typ turysty, który "niczego od nas nie chce": przychodzi z własnym jedzeniem, ma darmowy wrzątek, dostępny całą dobę w kuchni turystycznej, robi sobie zupki z torebki, korzysta z łazienek, zostawi dwa worki śmieci, prześpi się i idzie. Problem jest trudny i złożony, bo w tym przypadku misja zderza się z twardą rzeczywistością. Z jednej strony nie można odmówić schronienia turyście, który o nie prosi, z drugiej strony układanie ludzi na podłodze stwarza realne zagrożenie. Dlatego tu potrzebna jest pomoc i wparcie samych turystów. Zależy nam, żeby nasze prośby o schodzenie na dół traktować wyłącznie jako wyraz troski.

- Turyści są bardzo różni - mówi Marek Pawłowski. - Zdarzają się tacy, którzy nie chcąc płacić, nie meldują się i udają, że ich nie ma, co może mieć bardzo poważne konsekwencje. Kiedyś z Pięciu Stawów wyszedł chłopak, który miał zejść do nas, do Roztoki, ale nie doszedł. Minęła dwudziesta pierwsza, dzwonią z centrali TOPR-u z pytaniem, czy się już pojawił, bo koledzy utrzymują, że na pewno wybierał się do Roztoki. Może, ale wciąż go nie ma. Ruszamy więc na poszukiwania. Idziemy na Wodogrzmoty, pod Wołoszyn, kolejna grupa od Rusinowej, z centrali wychodzą następni ratownicy, chłopcy ze Stawów kierują się na Krzyżne, całą noc szukamy gościa, żeby rano okazało się, że... spał u nas na podłodze! Nie zameldował się, bo nie chciał płacić za nocleg, więc nikt nie wiedział, że jest. Dwadzieścia osób szukało go po Tatrach całą noc, a ten spał jak młody bóg! No, szlag człowieka trafia!

- Centrala woła mnie przez radio i pyta, czy jest u nas zameldowana jakaś tam Ewelina - wspomina inny przypadek Grażka Pawłowska. - Sprawdzam w książce, nie ma. No to chłopaki szukają, wołają po innych schroniskach, dzwonią, chodzą. I tak przez trzy dni. Czwartego dnia poszukiwań pod wieczór przyszło do schroniska parę osób. "Meldujcie się, póki są miejsca", mówię do nich; ale skąd, oni się jeszcze pokręcą. "Nie ma spania na podłodze, bo są wolne pokoje", rozwiewam ich nadzieję na darmowe lokum, niechętnie więc dają dokumenty do meldunku. I co widzę? "Naszą" Ewelinkę! "Wie pani, że od trzech dni szuka pani TOPR? Po wszystkich schroniskach", pytam panienkę. "Nieee, nic nie wiem! A w jakiej sprawie?" "Nie mam pojęcia, ale cały czas trwają poszukiwania pani". Panienka zrobiła wielkie oczy, po czym wyznała, że przez trzy dni waletowali w Stawach, nikt nie wiedział, że tam są. Połączyłam się z centralą, żeby zgłosić, że mam zgubę, i wtedy okazało się, że TOPR szukał jej z powodu śmierci matki. Rodzina chciała ją powiadomić. Wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych. Ile to razy u nas i w Stawach chodziło się po korytarzach i wołało kogoś po nazwisku, bo ten i ów był poszukiwany. Ale w życiu nikt się nie odezwał. Nie ujawniali się, żeby nie płacić. Dla nas te sytuacje były zawsze niezręczne, nie jest przecież miło dopominać się o zapłatę. Sporo ludzi wciąż ma takie podejście, że schronisko jest od tego, żeby ich przyjąć - za darmo, bo im się to należy.

- My wiemy, że jest grupa osób wykorzystujących misję schroniska, i na dobrą sprawę zawsze taka grupa była - przyznaje Marychna. - Dawniej ten typ cwaniactwa uważany był za wysoce podziwianą sprawność radzenia sobie w trudnych czasach, dziś jest to postrzegane jako totalny brak klasy. Ktoś taki nie ma szans na przyjęcie do grona prawdziwych ludzi gór, bo uczciwość w schroniskach jest zasadą. I my mamy takie doświadczenia.

Od dwunastu lat prowadzimy wypożyczalnię sprzętu zimowego, który sam w sobie jest bardzo drogi: mamy detektory lawinowe, czekany, raki. To działa na takiej zasadzie, że turysta wypożycza sprzęt u nas, a oddaje na dole, w Zakopanem, w Tatra Trade, albo odwrotnie: wypożycza na dole, oddaje u nas. I nic nigdy nie zginęło. Oczywiście spisujemy dane z dowodu osobistego, ale tak samo robią wypożyczalnie narciarskie w Zakopanem i mimo to co roku mają spore straty sprzętowe. U nas tymczasem jest idealnie, bo to środowisko nie oszukuje. Po górach po prostu chodzą fajni ludzie, choć nie święci.

- Turyści bardzo się zmienili, i to w ostatniej dekadzie - mówi Jan Wierzejski. - Z jednej strony są znacznie lepiej ubrani i mają profesjonalny sprzęt, ale z drugiej strony wciąż część z nich jest niewolnikami starych nawyków i starych "tradycji", głównie tej, że można, a nawet trzeba, się w schronisku opić. Oczywiście nie wszyscy, ale wystarczy, że zdarzy się jeden taki stolik i już jest problem dla kierownictwa, dla innych turystów, i dla tych ludzi też. Dlatego wycofaliśmy ze sprzedaży mocny alkohol, choć byłoby miło wrócić po skiturach i wypić sobie kieliszeczek wiśnióweczki albo herbaty z rumem. Niestety, ci ze skłonnościami do przesady przeważyli szalę. W związku z tym jest tylko piwo i wino. Oczywiście tym również można się zaprawić. Miewamy tu takich integrujących się przy szesnastym piwie. Wtedy też jest słabo. Największy problem mamy z zachowaniem ciszy nocnej - to jest odwieczna bolączka, chociaż szczęśliwie wpadliśmy na taki pomysł, żeby wprowadzić regulamin ciszy nocnej, co bardzo dobrze zadziałało, bo jest się do czego odwoływać. Zgodnie z regulaminem po dwudziestej drugiej rekwirujemy wszystkie alkohole wystawione na stół. I w skrajnych przypadkach tak robimy. Na szczęście stajemy się społeczeństwem coraz bardziej obywatelskim, więc ludzie wspólnie zaczynają dbać o komfort i usadzają balangowiczów.

* Więcej o książce "Pięć Stawów. Dom bez adresu" przeczytasz TUTAJ.

- My też tak po domowemu przypominamy o kończącym się dniu. O dwudziestej drugiej ktoś z personelu wchodzi na jadalnię i mówi głośno: "Dobranoc". To jest sygnał dla wszystkich, że czas na ciszę nocną - tłumaczy Marychna. - Na szczęście te historie z mocno wstawionymi turystami są tak naprawdę marginalne. Górskie środowisko bardzo się zmieniło. Kiedyś wręcz pielęgnowało się kult picia wódki, przecież wszystko załatwiało się za flaszkę i fajny był ten, kto pił. Teraz wręcz przeciwnie - mamy kult sportowca. Przychodzą ludzie, którzy chcą coś w górach osiągnąć i nie jest dla nich osiągnięciem to, że się opiją. Z drugiej strony to nie są smutasy. Tu wciąż jest miejsce i czas na zabawę, bo jak ludzie schodzą z gór między piętnastą a siedemnastą, to do dwudziestej drugiej mają sporo czasu, żeby zjeść, wypić po piwku, pogadać, pośpiewać, pobyć w tym schroniskowym sosiku. Mało tego, wtedy to ma zupełnie inny smak, bo przecież schodzą z tych gór z pewnymi osiągnięciami - coś się w tym dniu wydarzyło, więc jest się czym pochwalić, można być z siebie dumnym - i wtedy to piwko się po prostu należy. I to jest styl, który teraz jest najbardziej popularny i który nam też się podoba, bo to wszystko jest spójne. Nasz obraz turysty jest właśnie taki. Ludzie potrafią wstać o czwartej rano, bo mają ambitne górskie plany, a my, wychodząc im naprzeciw, oferujemy tak zwane zestawy taternickie. Wieczorem sprzedajemy kanapki, które oni o świcie zabierają na wycieczkę. Wrzątek mają przez całą dobę, więc nikogo nie budzą, żeby zrobić sobie herbatę do termosów. Wychodzą o brzasku, a czasami jeszcze w nocy, działają, działają i potem o tej piętnastej wracają, więc naprawdę do ciszy zdążą się jeszcze zrelaksować. Oczywiście, ludzie bywają denerwujący i czasami trzeba być świętym, żeby nie wyjść z siebie, ale mamy na to swój sposób - dodaje Marychna.

 - Jak jest już tak źle, że nie wytrzymujemy, to po prostu wołamy Martę. Marta jest w stanie załagodzić każdą sytuację, a tych napięć bywa sporo. Kiedy wpada wściekły turysta, ogarnięty totalną niemocą, bo jest ekstremalnie zmęczony, bo jest daleko, bo nie ma zasięgu i w ogóle jest źle, to zaczyna mieć pretensje o absolutnie wszystko: że przyszedł na koniec świata, a tu nie ma frytek! I że musi iść do magazynu po pościel, i jak to możliwe! Łóżko nie jest pościelone?! Każda rzecz, o której usłyszy albo na którą spojrzy, jest zła. To, co jednych cieszy, dla innych, zwłaszcza tych sfrustrowanych, jest absolutnym koszmarem. A kiedy koszmar sięga zenitu, wkracza Marta. Uśmiecha się promiennie i swoim aksamitnym głosem mówi: "Ale przecież pan jest na wakacjach, jest tak pięknie, proszę usiąść, napić się herbaty, wszystko będzie dobrze". Wiadomo, każdy z pracowników stara się łagodzić napięcia, już na samym początku próbujemy nie doprowadzić do eskalacji pretensji, ale faktycznie na tych najtwardszych najlepsza jest Marta. I Krysia! Też wiecznie uśmiechnięta i absolutnie rozbrajająca - ulubienica turystów. Jeśli ktoś z nas nie może już znieść trudnego gościa, to musi odejść na zaplecze i poprosić kogoś innego o zastępstwo. Nie tolerujemy nieprzyjemnych odzywek do turystów, staramy się, żeby w relacjach "przez okienko" nie zdarzały się pyskówki. Bardzo tego pilnujemy. Zakładamy, że ten, kto ma pretensję, nie jest zły na nas, tylko na sytuację, w której się znalazł. Dzięki temu łatwiej nam mu pomóc i niewiele rzeczy stanowi jakiś ogromny problem. Wiadomo, że zawsze może się coś wydarzyć, bo bywają sytuacje skrajne, ale standard jest taki, że nie wdajemy się w dyskusję z turystami. Inna rzecz, że mamy tu spore grono stałych bywalców, więc jak ktoś zaczyna się awanturować, to oni natychmiast reagują, studząc złe emocje, zatem o dobrą atmosferę schroniska dbamy nie tylko my.

Dobrze słucha się tych opowieści Marychny i Marty, ale w tym romantycznym, górskim świecie zdarzają się wyjątki. Najlepiej znają je pracownicy schroniska.

- Niestety, po dziesięciu latach pracy tutaj spotkałem się z przypadkami braku szacunku do tego miejsca - mówi wprost Piotr Macuga. - Cały obiekt zrobiony jest tak, żeby ludzie mieli gdzie wypocząć w miłych i wygodnych warunkach, jednak bywają tacy, którzy zdają się tego nie dostrzegać. Wtedy zachowują się tak, jakby chcieli sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć: śmiecą, psują, niszczą, bo to nie moje, a zatem niczyje. Wciąż mamy tu prawdziwych ludzi gór, którzy przychodzą po cichutku, nie zostawiają śladu po sobie, idą gdzieś tam w wysokie góry, wracają i spokojnie odpoczywają. Ale są też tacy, którzy przyszli pobalować albo zaliczyć miejsce, i przeszkadzają wszystkim. To dla nas duży problem.

- Żeby pracować w schronisku, trzeba lubić ludzi i koniecznie trzeba lubić to, co się robi. Przydaje się też dystans do siebie i innych - mówi Krysia Drzyzga. - Jeśli jest się "w okienku" od rana do wieczora i przychodzą setki, a latem nawet tysiące turystów, i każdy ma jakieś pytanie, a czasem pretensje, to trzeba nauczyć się nie brać tego do siebie. Praca w schronisku to najszybszy i najefektywniejszy na świecie kurs psychologii. Nikt tak nie nauczy podejścia do ludzi jak turyści. Po dwudziestu latach pracy śmiało mogę wyznać, że najskuteczniejszą metodą na zmęczonego turystę jest życzliwość i spokój. Jak przychodzi ktoś z dołu, wykończony i głodny, to wiadomo, że może być zdenerwowany. Strudzonego wędrowca trzeba po prostu wysłuchać. Pozwolić mu się wygadać, nie wtrącając się - wtedy jest szansa, że sam ochłonie. Gorzej z tymi, którzy po tej wyczerpującej wyprawie dowiadują się, że są nie tam, gdzie chcieli być. Wtedy bywa naprawdę trudno.

- Ci, którzy trafiają do nas przez przypadek, a właściwie przez pomyłkę, są najbardziej rozczarowani - przyznaje Darek Burdyl. - Chcieli iść do Morskiego Oka, a doszli do Stawów, więc zaczyna się awantura z żądaniem wezwania... taksówki. Dopytują, o której odchodzi ostatni autobus, dając tym samym dowód na to, że w ogóle nie wiedzą, gdzie są. Najbardziej dziwi ich to, że nie ma stąd żadnego transportu, że nikt po nich nie przyjedzie. Trzy godziny do Palenicy? Piechotą? Kto to widział! Na mapie wydawało się bliżej. Prawdziwi turyści, z krwi i kości, to najczęściej turyści zimowi. Ci świadomie chodzą po górach, są porządnie wyposażeni i mają umiejętności. Niestety, ledwo na dole zaczyna się wiosna, rusza letni ruch turystyczny. Tymczasem tu ciągle jest zima. Przychodzą ludzie w krótkich spodenkach, w trampkach, bardzo zdziwieni warunkami, które tu zastają. "Przecież w centralnej Polsce już jest trawa po kolana, a tu nie dość, że śnieg, to jeszcze szlak nieodśnieżony!"

- W takim miejscu jak schronisko doskonale widać nasze wady - dodaje Piotrek. - Tu na małej przestrzeni gromadzi się cały przekrój naszego społeczeństwa: od mądrych po głupich, od bogatych po biednych, od dorobkiewiczów po uczciwie pracujących, od piętnastolatka do osiemdziesięciolatka. Tu wszystko widać. Niestety, czasami również to, czego nikt nie powinien zobaczyć. Raz jakiś gość zostawił w jadalni karimatę zwiniętą w tubę. Po prostu ją odłożył, bo widocznie poszedł w góry i nie chciał jej nosić. Nie minęły trzy godziny, jak z karimaty zrobił się śmietnik. Przechodząc, zauważyłem, że wystaje z niej kolorowy papier, przystanąłem, patrzę, a tam są już puszki, ogryzki, papierki od batonów, chusteczki do nosa... Jest dziura, to wrzucamy, choć widać na kilometr, że to karimata. Mało tego, cztery kroki dalej stał kosz na śmieci! To o czym to świadczy? Albo historia sprzed kilku lat. Zima stulecia, świat i schronisko zasypane, żywego ducha w chałupie i nagle przychodzi jeden gość. Siada w jadalni i zaczyna robić porządki w plecaku. Obserwowałem go kątem oka, z bufetu; i co widzę? Gość wszystkie śmieci, jakie miał w plecaku, wysypał na podłogę i zgrabnym ruchem kopnął pod ławę, po czym jakby nigdy nic wziął aparat i wyszedł przed schronisko robić zdjęcia. Niewiele myśląc, złapałem miotłę, szuflę i wszystko, co wyrzucił, wsypałem mu z powrotem do plecaka. Nie mogłem się powstrzymać. Bezczelność tego człowieka totalnie mnie rozwścieczyła.

* Więcej o książce "Pięć Stawów. Dom bez adresu" przeczytasz TUTAJ.

Jak znam życie, zaraz podniosą się głosy, że to są absolutnie skrajne przypadki i że nie należy wszystkich wrzucać do jednego wora. Oczywiście, nigdy nie należy generalizować, ale fakt, że personel otwarcie o tym mówi, wskazuje na to, że i tacy są wśród nas. Niech więc da to do myślenia tym, których te opisy najbardziej oburzają. Ktoś, kto zachowuje się przyzwoicie, nie weźmie tego do siebie, a ci, którym podniosło się ciśnienie, niech uczciwie zapytają siebie - dlaczego? A teraz uwaga, bo będzie hardcore!

- Ludzie potrafią narobić do umywalki - mówi wprost pan Mietek. - Był nawet przypadek, że znalazłem "niespodziankę" na spłuczce, tuż pod sufitem. Ktoś musiał narobić sobie na rękę i tam położyć. Dacie wiarę?! To się przecież w głowie nie mieści!

- Kiedyś Mrewy wpada wściekły i mówi, że jakieś straszne łajzy były dzisiaj, bo na ścianach w łazience jest tysiąc sto jedenaście - wspomina Marychna. - Pytam go: "Co to jest tysiąc sto jedenaście?" [czyli cztery kreski]. Okazało się, że to palce w roli papieru toaletowego wytarte w ścianę!

- Raz wchodzimy do ósemki, a tam pod łóżkiem leżą utytłane bigosem koce i pościel, wszystko wymieszane. Po prostu wyrzucony do pościeli bigos. Złośliwie. Tak się wściekłem, że puściłem się na dół za tymi turystami - wspomina pan Mietek. - Ledwo mnie zobaczyli, zaczęli uciekać, ale ich dogoniłem. Wziołem kij i dawaj zaganiać ich z powrotem na górę. Gnałem ich tak, że byli bladzi ze zmęczenia. Prosili, że chcą odpocząć. "Nie ma odpoczynku, jazda w górę!" Kazałem im wszystko wyprać, tylko pod tym warunkiem mogli zejść na dół. Wyprali, jeszcze mnie wołali, czy dobrze.

- Teraz niedawno też była niezła historia. Przyszła jakaś wycieczka szkolna. Nagle chłopiec bierze pieczątkę (tę, którą przybijamy na pamiątkę) i jedzie po ścianie - opowiada Marychna. - "Co robisz? Kto to będzie za ciebie mył?", pytam go, po czym wręczam mu wiaderko, wodę, szczotkę i mówię: "Proszę to zmyć". Ten w płacz, że nie. Zaraz przyszła nauczycielka z awanturą, że się znęcam nad dzieckiem.

- Kiedyś, za rządów Ciotki, to na krnąbrnym turyście zdarzało się i kij połamać - przyznaje pan Mietek. - Teraz ino krzykniesz, już pięciu nagrywa wszystko komórką. Nie masz prawa zwrócić nikomu uwagi, a tu ludzie robią takie rzeczy... Potrafią wrzucić pampersa do kibla! Zrobiliby tak w swoim domu? Dużo jest ludzi fajnych, to prawda, bo siedzą i tydzień, i pokój mają czysty, i łóżka zawsze zaścielone elegancko, ale drani nie brakuje. Dawniej chodziło tu zimą dużo taterników, na Komin Pokutników, na ścianę Buczynowej Strażnicy, ale to byli prawdziwi taternicy. Pumpki, skarpety, liny sizalowe... Potem te liny tu pod dachem na tarasie suszyli, jak była pogoda. Teraz zdarzają się "taternicy", co przyjdą na parę dni, żeby popić. Co to za turyści? Czasem ich pytam: "Po co żeście tu przyszli? Mogliście se tam wynająć jakiś szałas i siedzieć w nim". Nie dość, że nie wychodzą poza taras, to od rana piją. Porozkładają sprzęt taternicki na stołach, żeby inni widzieli, i siedzą. Dobrych taterników od razu poznać, wszystko mają w plecaku spakowane i przed świtem znikają. Idą w ściany. A ci robią bazar i cały dzień grają w karty, czasem nie można się doprosić, żeby miejsca ustąpili tym, którzy zmęczeni przyszli z gór. Ludzie starsi na stojąco jedzą zupę, ale jeden z drugim nawet tyłka nie podniesie. Zero wychowania, zero rygoru.

- Uważam, że teraz jest po prostu za dużo ludzi w górach - mówi Krysia. - Robiłam obliczenia dla urzędu statystycznego od roku 1999, to wiem, jak ten ruch się zwiększa. Kiedyś w styczniu były w schronisku trzy osoby, teraz w styczniu przewija się przez nie 700-800 osób! Mimo to ludzi zimą jest znacznie mniej, więc jest możliwość złapania z nimi kontaktu, porozmawiania: skąd przyszli, dokąd się wybierają, jakie są warunki, jak się podchodziło, ile jest śniegu, czy jest twardo, czy miękko. To jest fajne, bo mamy tyle czasu, żeby sobie z nimi pogadać. Dzięki nim jesteśmy na bieżąco, wiemy, jaka jest sytuacja w górach (bo przecież nie mamy czasu codziennie po nich biegać) i możemy tą wiedzą dzielić się z kolejnymi gośćmi. Latem odpowiadamy na pytania szybko i treściwie, bo stoi ogromna kolejka. Wtedy problemem jest nawet odbieranie telefonu, bo jak ktoś przeciąga rozmowę, to ludzie się niecierpliwią.

- Coraz częściej widzimy turystów, którzy zamiast cieszyć się tym, że są w najpiękniejszym miejscu w Polsce, a może i na świecie, zamiast dać się temu miejscu oczarować, to najpierw muszą sobie zrobić selfie i się nim pochwalić - mówi Jasiek Wierzejski. - Oni nie dzielą się tą chwilą z najbliższymi, z przyjaciółmi albo z samymi sobą - od razu muszą się podzielić z całym światem, przez portale społecznościowe. Co więc jest najważniejsze, gdy tu dojdą? Gdzie znaleźć wi-fi! I to jest ich pierwsze pytanie, niepoprzedzone nawet "dzień dobry". Tak nas to denerwuje, że myśleliśmy, czy nie zrobić ze schroniska strefy no-wi-fi. Żeby zwrócić ludziom uwagę na to, co naprawdę jest tu istotne. Żeby ich zmusić do porzucenia smartfonów na rzecz tego, co ich otacza.

- Chciałabym, żeby wszyscy ludzie, którzy tu przychodzą, zauważali piękno tej doliny - dodaje Krysia. - Żeby szanowali naszą pracę i rozumieli, że to jest miejsce przede wszystkim dla tych, którzy chcą podziwiać Tatry. I może to robić każdy, ale musi się zatrzymać i rozejrzeć.

* Więcej o książce "Pięć Stawów. Dom bez adresu" przeczytasz TUTAJ.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje