Reklama

Reklama

"Piątka", czyli legendarne polskie schronisko

Od blisko stu lat najwyżej położone polskie schronisko prowadzi jedna rodzina - słynny ród Krzeptowskich. Nie da się tu dojechać, a i nie zawsze można dojść - warunki wciąż dyktuje natura. Niezależnie od tego szarlotka zawsze smakuje tu wyśmienicie, a rezerwacje trzeba robić z rocznym wyprzedzeniem. Przeczytaj fragment książki Beaty Sabały-Zielińskiej "Pięć Stawów. Dom bez adresu", w którym bohaterowie opowiadają, jak w ostatnich latach zmienili się turyści.

- Czasy, kiedy turyści planowali sobie noclegi na podłodze, to już przeszłość - informuje jasno i wyraźnie Marychna. - Zmieniły się przepisy, zmieniły się wymagania, zmieniły się warunki. W wyjątkowej sytuacji w schronisku można przeczekać noc. Ludzie nauczyli się, że my zawsze wszystkich przygarniemy. Teraz przyzwyczajamy naszych gości, że jeśli nie muszą korzystać ze schronienia, powinni zejść na dół, by zrobić miejsce tym, którzy wrócą z gór późno i będą potrzebowali dachu nad głową. Zależy nam na pogodzeniu interesu turystów, którzy nocą muszą się gdzieś schronić, i tych, którzy wykupili nocleg, a zatem oczekują, że będą mieli w miarę wygodnie. Dlatego prosimy osoby, które nie zarezerwowały miejsca, o schodzenie na dół. Takich ludzi wciąż jest dużo, w tym sporo naprawdę chodzących po górach, i ich jest nam najbardziej żal, bo rozumiemy, że chcą od nas raniutko ruszyć na Orlą Perć. Ale niestety, jeśli nie pomyśleli o zorganizowaniu sobie noclegu, muszą zejść na dół. Wiemy, że to zmienia ich plany, bo co innego jest startować na Orlą z poziomu Pięciu Stawów, a co innego z Zakopanego, ale nic nie poradzimy na to, że mamy ciasno. To jest zresztą problem, który towarzyszy Tatrom od pięćdziesięciu lat, tylko teraz, gdy ludzie słyszą, że nie ma miejsca, mają o to pretensje. Dawniej mówili: "Trudno".

Reklama

- Mamy problemy z zaspokajaniem wszystkich potrzeb - przyznaje Jan Palider, prezes zakopiańskiego oddziału PTTK. - Nasza organizacja jako jedyna w górach ma taką zasadę, że wszystkich turystów przytuli. "Kiedykolwiek przyjdziesz, znajdziesz schronienie w naszych schroniskach". No, ale turystów zrobiło się tak dużo, że trudno wszystkich przyjąć, chociaż drzwi w tatrzańskich schroniskach zawsze są otwarte. I ta idea przygarnięcia zbłąkanego wędrowca wciąż im przyświeca. Jednak nie ukrywamy, że zaczyna być to uciążliwe.

Zwłaszcza że są turyści, którzy tę szlachetną ideę wykorzystują. Specjalnie przychodzą po południu, nie deklarują zamiaru pozostania na noc, nie rezerwują noclegu i liczą na to, że po zmroku załapią się na podłogę - z oszczędności (nocleg kosztuje, w zależności od pokoju, od 50 do 90 złotych).

- Niestety, tych, którzy kombinują, jest sporo - mówi Marychna. - Przeczekanie nocy kosztuje dwadzieścia złotych. To symboliczna opłata za korzystanie z łazienek i zostawienie śmieci. Najwięcej śmieci, które potem zwozimy i za które płacimy, to śmieci przynoszone przez "przeczekujących". To typ turysty, który "niczego od nas nie chce": przychodzi z własnym jedzeniem, ma darmowy wrzątek, dostępny całą dobę w kuchni turystycznej, robi sobie zupki z torebki, korzysta z łazienek, zostawi dwa worki śmieci, prześpi się i idzie. Problem jest trudny i złożony, bo w tym przypadku misja zderza się z twardą rzeczywistością. Z jednej strony nie można odmówić schronienia turyście, który o nie prosi, z drugiej strony układanie ludzi na podłodze stwarza realne zagrożenie. Dlatego tu potrzebna jest pomoc i wparcie samych turystów. Zależy nam, żeby nasze prośby o schodzenie na dół traktować wyłącznie jako wyraz troski.

- Turyści są bardzo różni - mówi Marek Pawłowski. - Zdarzają się tacy, którzy nie chcąc płacić, nie meldują się i udają, że ich nie ma, co może mieć bardzo poważne konsekwencje. Kiedyś z Pięciu Stawów wyszedł chłopak, który miał zejść do nas, do Roztoki, ale nie doszedł. Minęła dwudziesta pierwsza, dzwonią z centrali TOPR-u z pytaniem, czy się już pojawił, bo koledzy utrzymują, że na pewno wybierał się do Roztoki. Może, ale wciąż go nie ma. Ruszamy więc na poszukiwania. Idziemy na Wodogrzmoty, pod Wołoszyn, kolejna grupa od Rusinowej, z centrali wychodzą następni ratownicy, chłopcy ze Stawów kierują się na Krzyżne, całą noc szukamy gościa, żeby rano okazało się, że... spał u nas na podłodze! Nie zameldował się, bo nie chciał płacić za nocleg, więc nikt nie wiedział, że jest. Dwadzieścia osób szukało go po Tatrach całą noc, a ten spał jak młody bóg! No, szlag człowieka trafia!

- Centrala woła mnie przez radio i pyta, czy jest u nas zameldowana jakaś tam Ewelina - wspomina inny przypadek Grażka Pawłowska. - Sprawdzam w książce, nie ma. No to chłopaki szukają, wołają po innych schroniskach, dzwonią, chodzą. I tak przez trzy dni. Czwartego dnia poszukiwań pod wieczór przyszło do schroniska parę osób. "Meldujcie się, póki są miejsca", mówię do nich; ale skąd, oni się jeszcze pokręcą. "Nie ma spania na podłodze, bo są wolne pokoje", rozwiewam ich nadzieję na darmowe lokum, niechętnie więc dają dokumenty do meldunku. I co widzę? "Naszą" Ewelinkę! "Wie pani, że od trzech dni szuka pani TOPR? Po wszystkich schroniskach", pytam panienkę. "Nieee, nic nie wiem! A w jakiej sprawie?" "Nie mam pojęcia, ale cały czas trwają poszukiwania pani". Panienka zrobiła wielkie oczy, po czym wyznała, że przez trzy dni waletowali w Stawach, nikt nie wiedział, że tam są. Połączyłam się z centralą, żeby zgłosić, że mam zgubę, i wtedy okazało się, że TOPR szukał jej z powodu śmierci matki. Rodzina chciała ją powiadomić. Wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych. Ile to razy u nas i w Stawach chodziło się po korytarzach i wołało kogoś po nazwisku, bo ten i ów był poszukiwany. Ale w życiu nikt się nie odezwał. Nie ujawniali się, żeby nie płacić. Dla nas te sytuacje były zawsze niezręczne, nie jest przecież miło dopominać się o zapłatę. Sporo ludzi wciąż ma takie podejście, że schronisko jest od tego, żeby ich przyjąć - za darmo, bo im się to należy.

- My wiemy, że jest grupa osób wykorzystujących misję schroniska, i na dobrą sprawę zawsze taka grupa była - przyznaje Marychna. - Dawniej ten typ cwaniactwa uważany był za wysoce podziwianą sprawność radzenia sobie w trudnych czasach, dziś jest to postrzegane jako totalny brak klasy. Ktoś taki nie ma szans na przyjęcie do grona prawdziwych ludzi gór, bo uczciwość w schroniskach jest zasadą. I my mamy takie doświadczenia.

Od dwunastu lat prowadzimy wypożyczalnię sprzętu zimowego, który sam w sobie jest bardzo drogi: mamy detektory lawinowe, czekany, raki. To działa na takiej zasadzie, że turysta wypożycza sprzęt u nas, a oddaje na dole, w Zakopanem, w Tatra Trade, albo odwrotnie: wypożycza na dole, oddaje u nas. I nic nigdy nie zginęło. Oczywiście spisujemy dane z dowodu osobistego, ale tak samo robią wypożyczalnie narciarskie w Zakopanem i mimo to co roku mają spore straty sprzętowe. U nas tymczasem jest idealnie, bo to środowisko nie oszukuje. Po górach po prostu chodzą fajni ludzie, choć nie święci.

- Turyści bardzo się zmienili, i to w ostatniej dekadzie - mówi Jan Wierzejski. - Z jednej strony są znacznie lepiej ubrani i mają profesjonalny sprzęt, ale z drugiej strony wciąż część z nich jest niewolnikami starych nawyków i starych "tradycji", głównie tej, że można, a nawet trzeba, się w schronisku opić. Oczywiście nie wszyscy, ale wystarczy, że zdarzy się jeden taki stolik i już jest problem dla kierownictwa, dla innych turystów, i dla tych ludzi też. Dlatego wycofaliśmy ze sprzedaży mocny alkohol, choć byłoby miło wrócić po skiturach i wypić sobie kieliszeczek wiśnióweczki albo herbaty z rumem. Niestety, ci ze skłonnościami do przesady przeważyli szalę. W związku z tym jest tylko piwo i wino. Oczywiście tym również można się zaprawić. Miewamy tu takich integrujących się przy szesnastym piwie. Wtedy też jest słabo. Największy problem mamy z zachowaniem ciszy nocnej - to jest odwieczna bolączka, chociaż szczęśliwie wpadliśmy na taki pomysł, żeby wprowadzić regulamin ciszy nocnej, co bardzo dobrze zadziałało, bo jest się do czego odwoływać. Zgodnie z regulaminem po dwudziestej drugiej rekwirujemy wszystkie alkohole wystawione na stół. I w skrajnych przypadkach tak robimy. Na szczęście stajemy się społeczeństwem coraz bardziej obywatelskim, więc ludzie wspólnie zaczynają dbać o komfort i usadzają balangowiczów.

* Więcej o książce "Pięć Stawów. Dom bez adresu" przeczytasz TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: schronisko w dolinie pięciu stawów

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje