Reklama

Reklama

Kierunek - fantazja

Kiedy życie dokucza, uciekamy w iluzję. Widzimy to, co chcemy zobaczyć. Mamy cudownego męża, najzdolniejsze dziecko i wyśnioną pracę. Ale dobre życie nigdy nie naśladuje bajki. To, co w nim najlepsze, zaczyna się od zobaczenia siebie i bliskich takimi, jacy są naprawdę.

- Moje życie to była fikcja, którą sama stworzyłam. Było bezkonfliktowo i idealnie, a kredyt na mieszkanie prawie spłacony. Dopiero kiedy mąż się wyprowadził, zdjęłam różowe okulary i zobaczyłam wszystko w prawdziwych kolorach. Zrozumiałam, że straciłam kilka lat i jest już za późno, żeby cokolwiek naprawić. Jak mogłam tak skutecznie oszukiwać samą siebie? - zastanawiała się moja koleżanka.
Nie da się ukryć - lubimy czasem podkolorować rzeczywistość. I mamy z tego korzyści! Profesor Robert Trivers, wybitny amerykański socjobiolog, jest zdania, że oszukujemy samych siebie, by potem łatwiej nabierać innych. Nawet dobór naturalny sprzyja krętaczom.
W poszukiwaniu partnera ważne jest zaprezentowanie się w jak najkorzystniejszym świetle, a w autoreklamie nie wszystko przecież musi być do końca prawdziwe.
Tyle, że jak tu odnieść sentymentalny sukces, skoro większość z nas opowiadając słodkie kłamstwa, oblewa się rumieńcem, poci się czy zmienia ton głosu? Jeżeli natomiast najpierw same uwierzymy w swoje bajeczki, będziemy mogły bez problemu przekonać do nich innych.

Reklama

Według psychologów ucieczka w bezkrytyczną idealizację to podświadoma ochrona przed lękiem, wstydem, poczuciem winy czy gwałtownymi zmianami w życiu. Zamiast wystawiać się na negatywne uczucia, przymykamy oczy, wypieramy fakty, usprawiedliwiamy się, szukamy alibi, czyli robimy wszystko, by nie postrzegać siebie jako manipulowanej, zdradzanej czy krzywdzonej. Ale w tej grze z samą sobą w zadowolenie trudno liczyć na wygraną. Przynajmniej w prawdziwym świecie.

Nigdy w to nie uwierzę

Fałszowanie rzeczywistości często odbywa się za pomocą pozytywnego myślenia, do którego namawia nas wiele poradników psychologicznych. Warto wiedzieć, że ma ono jednak niewiele z myślenia. Wiara w potęgę podświadomości przydaje się w sytuacjach kryzysowych, pomaga stanąć na nogi i odzyskać równowagę. Ale bezkrytyczny optymizm stosowany jako filozofia codzienności rozleniwia, odbiera nam zaufanie do samych siebie, nie uczy walki z przeciwnościami. Bywa, że wikła nas w jeszcze większe kłopoty. Bo świat lepiony z marzeń wcale nie jest bezpieczny i solidny.

Według znakomitego psychologa społecznego Leona Festingera, kiedy dochodzą do nas sprzeczne informacje, przystępujemy do bezwzględnego klarowania i wyjaśniania rozbieżności.

Wiele z nas skłaniać się będzie do pójścia w stronę idealistycznej wizji przez ignorowanie negatywnych przesłanek. Dlaczego? Bo myślenie życzeniowe łączy się z doznawaniem przyjemności. Słodko jest sobie roić, że wszystko układa się po naszej myśli. Jeżeli na przykład uważamy, że jesteśmy wspaniałą matką, to będziemy robić wszystko, aby utrzymać to dobre mniemanie.

W momencie pojawienia się kłopotów wychowawczych dorosła osoba obiektywnie analizuje sytuację, przyznaje się do błędów i próbuje rozwiązać problem. Osoba z przepaską na oczach zacznie zniekształcać fakty: "Nauczycielka jest niesprawiedliwa. Moje dziecko nigdy nie uderzyłoby kolegi". Albo zracjonalizuje zachowanie syna przez dodanie elementu uspakajającego: "Nie uderzył, tylko oddał. No i dobrze, musi sobie jakoś radzić w życiu".

Badając zjawisko samooszukiwania się, psychologowie doszli do wniosku, że siła naginania rzeczywistości do marzeń jest tak wielka, że zniekształca proces spostrzegania i przetwarzania informacji. Autosugestia sprawia, że ewidentnie destrukcyjny partner może być ciągle uważany za idealnego towarzysza. A gdy jeszcze przyniesie kwiatki i zapyta: "Jak tam, kochanie, w pracy?", jego notowania gwałtownie wzrosną. Bo jeżeli jesteśmy w dobrym nastroju, korzystniej oceniamy.

Zaczyna również działać efekt halo, czyli aureoli. Dostrzegając jakąś zaletę, ulegamy pokusie, by przypisać danej osobie również inne pozytywne cechy. Ktoś miły wydaje się również uczciwy i wrażliwy. Choć obiektywnych dowodów na to jakoś nie ma. Jeżeli dodawaniu zalet będzie towarzyszyło niedostrzeganie cech negatywnych, będziemy mieli do czynienia z efektem aureoli.

A wtedy nawet diabełek może ją nosić. Fałszywe wnioskowanie odbywa się bowiem nieświadomie i potrafi działać równie mocno jak hipnoza. Tylko po wybudzeniu nie zawsze jest tak bajecznie.

Pomnik męża łajdaka

Lukrowanie życia wcale nie gwarantuje zakończenia w stylu: "I żyli długo i szczęśliwie". Oczywiście możemy się nieustannie beztrosko oszukiwać, ale zazwyczaj rzeczywistość dobija się do naszej świadomości i w końcu objawia. Niespodziewane wydarzenia, takie jak utrata kogoś bliskiego, choroba, ostry konflikt czy patowa sytuacja, boleśnie zawracają do realnego świata.

Dlaczego niektórzy ludzie mają szczególne predyspozycje do przymykania oczu? Amerykański psychiatra i psychoanalityk Murray Bowen uważa, że osoby, które jako dzieci były niedostatecznie kochane, podświadomie mogą wybierać partnera tak, by być w związku ranione, zdominowane i nieustannie krytykowane. Jednocześnie same przed sobą deklarują, że ich partner nie jest agresywny, tylko pełen energii albo męski.

To nieprawda, że nie spędza czasu z dziećmi, po prostu ciężko zarabia na rodzinę. Ten typ kobiet nie potrafi tworzyć związków dojrzałych, czyli takich, w których silna bliskość nie wyklucza zachowania odrębności. Wchodzą w relacje, którymi rządzi zasada pochłonięcia. Chcą być emocjonalnie pożarte przez mężczyznę, bo to daje im złudzenie miłosnej jedności.

Czują się wtedy jak w bezpiecznym kokonie. Taki układ może wydawać się głęboko krzywdzący dla kobiety, ale w rzeczywistości oboje partnerzy są od siebie uzależnieni. Emocjonalnie uzupełniają się. On musi być w relacji z kobietą, która go bezpodstawnie gloryfikuje i stawia na piedestale. Ona dobrze się czuje zepchnięta na drugi plan. Idealizacja pomaga kobiecie przetrwać w związku, bo przecież na poziomie świadomym pragnie dobrej miłości. Fantazjuje więc, by nie poczuć się ofiarą.

U niektórych osób wypieranie problemów może wynikać z lęku przed porzuceniem czy przed zmianą sytuacji życiowej. Jeżeli czujemy się rozczarowane, uciekamy w irracjonalne, bezkrytyczne tłumaczenie partnera. Jeżeli doświadczamy krzywdy, szukamy jego pozytywnej cechy, która zrekompensuje nam straty.

Ta sama zasada rządzi gloryfikowaniem innych sytuacji życiowych, na przykład zawodowych. Usprawiedliwiamy swoją bierność i pasywne znoszenie niedogodności przez wynajdywanie na siłę ewentualnych korzyści. Uprawiamy coś w rodzaju wewnętrznego sabotażu. Nie dostrzegamy, że idealizując, wcale nie ustanawiamy dla siebie lepszego świata. Nasza sztuczna rzeczywistość jest jak bomba zegarowa, która prędzej czy później i tak wybuchnie.

Wyjście z matriksa

Nie każda idealizacja jest zła. Istnieje ślepe ubóstwienie bezpieczne i dopuszczalne, które jest nieodłącznym składnikiem miłości. Zwłaszcza jej początkowej fazy. Łatwiej nam przypisać dobre cechy tym, których kochamy. I to jest właśnie piękne.

"Nikt tak nie gotuje jak mój mąż", mówi koleżanka. A przecież nie jest małą oszustką, tylko zakochaną kobietą. Ale kiedy ta zakochana kobieta zaraz dodaje, że bez swojego ukochanego kucharza czułaby się niepotrzebna i nie miałaby dla kogo żyć, wtedy idealizacja może być początkiem problemów. Wykracza poza sferę komplementów. Nadmiernie idealizując, czynimy z wielbionej osoby protezę nas samych. Demonizujemy. "Bez niego nie istnieję. Jak sobie poradzę? On chce rozwodu, a dla mnie to koniec życia".

Dobrze jest uważnie śledzić granice swojej adoracji. Dostrzegać, co jest uzasadnione, a co jest wynikiem założenia sobie opaski na oczy. Korzyści z idealizowania są bowiem pozorne i nierozwijające.

Chroniąc się przed lękiem, jednocześnie podtrzymujemy sytuacje, które ten lęk rodzą. Aby złagodzić wewnętrzny niepokój, należy konfrontować się z rzeczywistością. Zacznijmy od autodiagnozy. Kogo idealizuję, kiedy i dlaczego? Co moje bajeczki mają maskować? Czy jestem bezkrytyczna, bo boję się rozstania? Może nie potrafię przyznać się do błędu?

Bądźmy szczere. Rezygnując z fikcji, musimy czasem wcielić się w rolę prokuratora w stosunku do siebie i swoich bliskich. Musimy zdjąć różowe okulary, mieć oczy szeroko otwarte i działać. Kontrolując skłonność do fantazjowania, mamy faktyczny wpływ na własne życie. Możemy je pozytywnie zmieniać. Nie grajmy w przyklejony uśmiech i nie bójmy się rozczarowań.

Pewien poziom niespełnienia jest po prostu zdrowy i pobudzający do zmian. Potrafi skuteczniej budować niż stwierdzenia w rodzaju: "Inni mają gorzej".

Warto wiedzieć, że przebudzenie z bajki może być bolesne, ale dobrą stroną bólu jest to, że uświadamia nam on problem i motywuje do działania. Faza dyskomfortu i trudności jest niezbędna, by wyjść ze świata pozornej szczęśliwości.

Kiedy nakreślimy obszary, które oddałyśmy we władanie potędze podświadomości, przedstawmy sobie jak największą liczbę scenariuszy samopomocy. Realistycznych. Może to być szczera rozmowa z mężem, szefem albo pójście na konsultacje psychologiczne. Dobrze jest myśleć o sobie i swoich bliskich jak najlepiej, ale równie ważne jest odbieranie życia takim, jakie ono jest. Bez ochronnego filtru.

Idealizowanie jest niczym innym jak formą ucieczki. Jesteśmy odpowiedzialne nie tylko za to, co robimy, ale także za to, czego nie robimy. Nasze życie nie musi być bajecznie idealne. Wystarczy, że będzie dość dobre. Na jawie.

Zyta Rudzka

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: dziecko | bajki | korzyści | rzeczywistość | oczy | kierunek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje