Reklama

Reklama

Mój mąż zdradzał mnie z ... mężczyzną

Idealny mąż, kochający, dbający o rodzinę. Gdy awansował, stać nas było na piękne mieszkanie - tyle że on bywał w nim coraz rzadziej. Tłumaczył się nadmiarem pracy.

Oszukiwał mnie. Jego tajemnicę odkryłam przypadkiem. Cały mój świat rozsypał się w gruzy latem ubiegłego roku. To był krótki moment. Tyle, ile trwa przeczytanie listu miłosnego. Ten list napisał mężczyzna. Nie, nie do mnie, ale do mojego męża... Do dziś mam przed oczami pulsujący ekran komputera i zdjęcie tego uśmiechniętego mężczyzny, który zapewnia mojego męża o miłości i pożądaniu. Od tamtej pory moje ciało wydaje mi się obce, niegodne miłości. Cóż, skoro mój mąż odrzucił mnie na rzecz mężczyzny, coś widocznie musi być ze mną nie w porządku... Historia naszej miłości jest w takim samym stopniu banalna, jak niezwykły był jej koniec. Poznaliśmy się na I roku studiów. Prestiżowa uczelnia w Krakowie. Poszłam na parapetówkę do znajomych. Ot, jedna z imprez, na jakie co weekend biegają studenci. Tam poznałam Marka. Oblegany przez wszystkie dziewczyny. Przystojny, zadbany blondyn z ujmującym uśmiechem. Czegóż chcieć więcej?

Reklama

Dziewczyny podtykały mu smakołyki: a to drinka, a to kanapeczkę. Dla każdej był szarmancki. Tylko chłopcy patrzyli na niego z niechęcią. Nic dziwnego, robił im konkurencję i nie mieli u dziewczyn żadnych szans. - Typowy czaruś! - opowiadałam po powrocie Ewie, przyjaciółce, z którą dzieliłam pokój. - Kupił wszystkie dziewczyny na imprezie. Poza mną! - dodałam dumnie. Wydawał mi się mało interesujący. Taki delikatny, ciut kobiecy. A mnie podobali się postawni, umięśnieni mężczyźni w stylu macho. W Marku, mimo jego ujmującego uroku, było coś niepokojącego. Dziś wiem, że intuicja mnie nie zawiodła. Tym bardziej jednak nie rozumiem, co mnie popchnęło w jego ramiona. Parę dni po parapetówce Marek pojawił się przed budynkiem, w którym miałam zajęcia. - O, my się chyba znamy? - zawołał do mnie z uśmiechem. Zaczęliśmy rozmawiać. Wieczorem przypominałam sobie to spotkanie sekunda po sekundzie. Już wiedziałam: jestem zauroczona. Marek okazał się świetnym kompanem. Bez skrępowania mogłam z nim gadać o wszystkim: od problemów na uczelni, po zespół napięcia miesiączkowego. Był tak inny od mężczyzn, którzy zabiegali o moje względy! Podobała mi się jego nieśmiałość i powściągliwość w sprawach seksu. "To dobrze, że nie ciągnie mnie do łóżka - myślałam. - Widocznie chce, żeby to było piękne przeżycie, a jako takie wymaga niezwykłej oprawy".

Staliśmy się nierozłączni

Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Poznałam jego rodziców, on moich. Marek jest jedynakiem, więc do "oswojenia" miałam tylko jego mamę i ojczyma. Gorzej było z moimi bliskimi. Tata, górnik (pochodzę ze Śląska), patrzył na wydelikaconego Marka jak na dziwo. Mama była zachwycona, kiedy zaproponował, że pomoże jej przygotowywać obiad. A moi bracia... - Miękki ten twój facet jak baba - żartowali. - Siostra, daj sobie z nim spokój! Dziś wiem, że wtedy powinno włączyć się w mojej głowie światełko ostrzegawcze. Wtedy jednak wolałam posłuchać tłumaczeń mojej przyjaciółki Ewy: - Twoi bracia są o niego zazdrośni. Nie spodoba im się żaden - tłumaczyła ze śmiechem. A nasza znajomość coraz bardziej przypominała film o miłości. Po kilku miesiącach Marek mi się oświadczył. Nad brzegiem jeziora, przy świetle księżyca i gwiazd. Wtedy też po raz pierwszy uprawialiśmy seks. Szybko, spazmatycznie. Wtedy jego pośpiech tłumaczyłam sobie miłością, ogromnym pożądaniem...

Nasze życie szybko stało się poukładane, przewidywalne. Miałam wrażenie, że wspólnie realizujemy jakiś plan. Ale wszyscy wokół tak żyli, każdy starał się znaleźć swoje miejsce w życiu. Marek skończył studia i prawie od razu dostał pracę w banku. Kiedy byłam na ostatnim roku, wzięliśmy ślub. Na weselu bawiło się prawie sto osób. Mój ojciec wziął na całą uroczystość kredyt. Brat, który od niedawna urządzał się w Warszawie, dodał sporą sumkę od siebie. W podróż poślubną pojechaliśmy do Kołobrzegu. Żartowaliśmy, że Marek wziął na ten wyjazd więcej ciuchów ode mnie.

Klapki na oczach

Po powrocie z podróży poślubnej rzuciliśmy się do swoich zajęć. Kończyłam studia, załatwiałam praktyki w jednej z krakowskich firm, w dziale marketingu. Marek spodziewał się awansu w banku. Wynajęliśmy kawalerkę i zaczęliśmy prawdziwe wspólne życie. Na początku - sielanka. Chodziliśmy za rączkę na Planty. Przesiadywaliśmy w kawiarni po kilka godzin przy jednej kawie. Snuliśmy plany: gdzie jeszcze pojedziemy, jak urządzimy nasz przyszły dom. Był dla mnie wspaniałym przyjacielem, zastępował mi nawet pogaduchy z koleżankami. Seks nigdy nie był ważny. Zdarzał się raz na jakiś czas i trwał tyle, ile wypicie szybkiej kawy. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, przestaliśmy w ogóle współżyć. Nie byłam tym zaniepokojona. Marek był taki opiekuńczy, przejęty domem. Kupił kolorowe ubranka, wanienkę, wózek i kołyskę. Nie musiałam się o nic martwić. Może tylko o to, że coraz częściej wychodził z domu. Piął się po szczeblach kariery, jak mi wyjaśniał. Kiedy byłam w szóstym miesiącu ciąży, okazało się, że przenoszą go do tworzenia nowego oddziału banku w Warszawie. Oznaczało to świetne pieniądze, służbowy samochód. Aż krzyknęłam z radości. Jechałam z wielkimi nadziejami. Cieszyłam się, że będę częściej widywać brata. Poza tym, Marek postanowił, że skoro rodzina się powiększa, trzeba kupić mieszkanie. Wziął w swoim banku atrakcyjny kredyt i wprowadziliśmy się do pierwszego własnego domu. Było wspaniale, ale niestety, nie polubiłam stolicy. Od kiedy się tutaj przenieśliśmy - cztery lata temu - w moim małżeństwie zaczęło dziać się coraz gorzej. Kiedy dwa tygodnie przed terminem rodziłam córkę, Marek był na szkoleniu. Ze szpitala odebrała mnie mama i brat. To był pierwszy duży zgrzyt. - Dlaczego nie przyjechałeś wcześniej, nie rzuciłeś tego cholernego szkolenia?! - krzyczałam w słuchawkę. Wrócił po paru dniach. Od razu zakochał się w córce. Nie bał się jej przewijać i kąpać. Koleżanki chwaliły, że mam zaradnego męża. "Co z tego - myślałam - kiedy coraz rzadziej oglądamy go z córeczką w domu?". Marek wychodził do pracy przed 9., a wracał po 22. Czułam się samotna. Ewa została w Krakowie. Bardzo mi jej brakowało.

Kiedy Malwinka skończyła rok, zatrudniliśmy opiekunkę. Miła, skromna emerytka. Zaczęłam szukać pracy. Po kilku tygodniach zostałam asystentką prezesa w dużej firmie. Córka miała trzy latka, kiedy wyjechałam na tydzień w delegację do Niemiec. Wróciłam stęskniona i za nią, i za Markiem. W domu zastałam dziecko z nianią. - A gdzie jest mój mąż? - spytałam, marszcząc czoło. Była godzina 21. Przecież obiecał, że będzie czekał! Niania spojrzała na mnie z żalem. - Wie pani, ja muszę coś powiedzieć... Pan Marek spał dwa razy poza domem. Tylko błagam, niech pani nie mówi, że się wygadałam! - poprosiła. Poczułam, jak pocą mi się dłonie. Czyżby on kogoś miał? Może uwiodła go jakaś piękna koleżanka z pracy? W tym momencie w drzwiach zgrzytnął zamek. Wracał Marek. Nie zapytałam, gdzie spędził te dwie noce, nie chciałam zepsuć wieczoru. Dziś myślę, że bałam się prawdy. Chyba wolałam nie widzieć...

Sekrety i kłamstwa

Czułam, że tracimy siebie bezpowrotnie. Nie było już między nami takiej więzi jak kiedyś. Prawie go nie widywałam, coraz rzadziej rozmawialiśmy. Zazwyczaj wracał tak zmęczony, że od razu szedł spać. Zbliżenia odbywały się tylko z mojej inicjatywy. Tłumaczyłam sobie, że po kilku latach bycia ze sobą takie małe kryzysy są normalne. Poza tym, pojawiło się dziecko, które bardzo absorbowało naszą uwagę. No i dochodziło jeszcze przepracowanie męża. To wszystko razem nawet mnie uspokajało.

Wtedy, w ten straszny wieczór, kiedy odkryłam jego tajemnicę, też czekałam, aż wróci ze spotkania. Położyłam córkę spać, obejrzałam odcinek serialu. Leniwie usiadłam do komputera, który stał w naszej sypialni. Chciałam sprawdzić, co grają w kinach. Malwina marudziła o kreskówce, którą widziało już całe przedszkole. Komputer zawiesił się, sięgnęłam po służbowy laptop męża. Włączyłam i nagle znalazłam się w poczcie mailowej Marka. No tak, zapomniał się wylogować. Nic dziwnego, jak zwykle się spieszył. Już, już miałam zamknąć okno, kiedy poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Przez chwilę nie widziałam nic.

Chcę się rozwieść

A potem czytałam dalej: "Marek, ja też tęsknię i kocham jak diabli. Jesteśmy skazani na rzadkie, wspólne chwile. Może kiedyś uda nam się zamieszkać w domku nad morzem, pamiętasz? Jak wtedy, podczas szkolenia... A teraz biegnę już do pracy. Jakoś wytrwam do 20, do spotkania z Tobą. Twój Piotr". Płacząc, przeczytałam całą korespondencję. Wynikało z niej, że mój mąż od dwóch lat spotyka się z facetem. Poznali się w pracy. Sypiają ze sobą! Chwilami wydawało mi się, że to jakiś kiepski sen, że to nie może być prawda. Tak bardzo chciałam nagle się obudzić... Kiedy skończyłam czytać, działałam jak w amoku. Serce biło mi jak oszalałe. Chciało mi się wyć z rozpaczy. Szybko napisałam mu list, zalany łzami: że już wszystko wiem, że jest zerem, bo zniszczył życie moje i dziecka. Spakowałam szczoteczkę, kilka przypadkowych ciuchów oraz zabawek córki. Obudziłam ją i pojechałyśmy do mojego brata. Nie spałam przez całą noc. Zanosiłam się łzami, chodząc po łazience. Rozpaloną gniewem i rozpaczą twarz przykładałam do zimnej tafli lustra. Na drugi dzień ledwo widziałam na oczy, tak mocno były opuchnięte. Roztrzęsiona, spotkałam się z prawniczką:

Chcę się rozwieść. Jak najszybciej!

Przez kilka kolejnych dni płakałam co godzinę. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść. Wszystko kojarzyło mi się z Markiem. Ze zdrajcą! Brat i bratowa chodzili wokół mnie na paluszkach. Zabierali Malwinkę do kina, na plac zabaw. W pracy kilka koleżanek próbowało wybadać, dlaczego mam czerwone oczy i wybucham płaczem przy pisaniu faktury. Nie chciałam o niczym rozmawiać. To dopiero byłby skandal! - Problemy rodzinne, poradzę sobie - ucinałam falę pytań. Po paru dniach Marek przysłał mi SMS-a: "Przepraszam". Nie odpisałam. To było żałosne. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Znienawidziłam wszystko, co go dotyczy, nawet to mieszkanie, w którym razem żyliśmy i gdzie odkryłam tę obrzydliwą prawdę. Nasza pierwsza rozprawa rozwodowa miała się odbyć jesienią. Pech chciał, że dwa dni wcześniej zachorowałam. Miałam anginę i prawie 40 stopni gorączki. Leżałam bez sił. Nie mogłam stawić się przed sądem. Dzisiaj myślę, że był to po prostu skutek stresu. Rozchorowałam się z emocji. Ze zdenerwowania, że go zobaczę na sali sądowej, że to wszystko do mnie wróci ze zdwojoną mocą. Przyznaję, ulżyło mi, że jeszcze nie staniemy oko w oko. Potrzebuję więcej czasu, by nabrać chociaż odrobinę dystansu. Od czerwca aż do dzisiaj nie widziałam Marka. Nie chcę na niego patrzeć. Kiedy o nim myślę, budzą się moje najgorsze instynkty. Przeraża mnie też, że już zawsze będziemy jakoś ze sobą związani przez fakt bycia rodzicami Malwiny... Najchętniej wykreśliłabym go z naszego życia. Nie jest to jednak do końca możliwe.

Płaczę coraz rzadziej

Wciąż nie wiem, kiedy odkrył, że woli mężczyzn. A może wiedział to od zawsze? Czy byłam tylko przykrywką? A jeśli nie był ze mną szczęśliwy i dlatego szukał pocieszenia w ramionach mężczyzny? To boli mnie najbardziej. Próbuję przestać zadręczać się myślami, ale one wracają. Czy to wszystko było jedynie zabawą w dom, do cholery? Kochał mnie czy udawał?! Może kiedyś odważę się z nim porozmawiać. Z jednej strony chciałabym znać odpowiedzi na dręczące mnie pytania, a z drugiej - boję się poznać prawdę. Moja przyjaciółka uważa, że nie poradzę sobie z tym dramatem bez wsparcia specjalisty. Poleciła mi dobrego psychologa, ale wiem, że musiałabym powiedzieć mu o bardzo intymnych szczegółach, grzebać w przeszłości. Nie chcę rozdrapywać bolącej rany. Powolutku organizuję sobie życie na nowo. Przynajmniej próbuję. Wynajęłam kawalerkę, brat przywiózł rzeczy moje i córeczki. Z Markiem kontaktuje się moja pani adwokat. Wiem, że on chce sprzedać nasze mieszkanie i podzielić się ze mną pieniędzmi. Malwina coraz mniej płacze za tatą i coraz rzadziej pyta, kiedy wrócimy do domu. Marek widuje się z córką co dwa tygodnie. Przystałam na to z niechęcią. Dla dobra dziecka i dlatego, że formalnie nadal jesteśmy małżeństwem. Poza tym, nie mogę mu zabraniać kontaktów z córką. Na spotkania wozi ją moja bratowa, ja nie jestem w stanie. Boję się, że rozszlochałabym się w głos, może nawet rzuciłabym się na niego z pięściami. Wyjaśniłam córce, jak umiałam, że mama z tatą nie mogą być razem. Widzę, że i jej jest ciężko. Pani w przedszkolu powiedziała, że zaczęła przeklinać. Martwię się o nią. Nic dziwnego, że przeżywa stres. Już teraz boję się jej pytań, kiedy podrośnie. No bo co ja jej odpowiem? A w jaki sposób Marek to zechce wyjaśnić? Przecież będzie chciała poznać prawdę. Czy to jej nie złamie? Staram się o tym nie myśleć. Cieszę się, że mam przy sobie dziecko. Jest dla kogo żyć... Minęło ponad pół roku. Marek co miesiąc przysyła na moje konto sporą sumę z adnotacją "Dla Malwinki". Są dni, kiedy już wcale nie płaczę. Ostatnio pierwszy raz od miesięcy roześmiałam się głośno z pikantnego dowcipu, który opowiadali koledzy w pracy. Znowu mam świetną figurę, schudłam 10 kg. Nie umiem się tym cieszyć. Kiedy pomyślę, że będąc ze mną w łóżku, Marek myślał o jakimś facecie, chce mi się wymiotować. Czuję, jakby moje ciało było brudne. Z iloma mężczyznami dzieliłam się moim mężem?! Zapisałam się na aerobik, noszę buty na wysokich obcasach. Chcę dobrze wyglądać. Tłumaczę sobie, że muszę być silna. Jeśli nie dla siebie, to chociaż dla córki. Ale to nie jest proste.

Nie pasujemy do siebie

Nie wiem, czy uda mi się jeszcze zaufać jakiemuś mężczyźnie. W każdym dopatruję się oszusta. Zastanawiam się, czy też zdradza swoją partnerkę. Z kobietą czy facetem?! Rodzicom powiedziałam, że rozstaję się z mężem, bo do siebie nie pasujemy. - Jak to możliwe? - dopytywała mama. - Przecież dogadywaliście się świetnie tyle lat! - Może kiedyś ci to wyjaśnię - odpowiedziałam. Ojciec nabrał wody w usta. Przyjaciółka co wieczór cierpliwie słucha przez telefon moich zawodzeń. Właśnie namawia mnie na tydzień urlopu w górach. Bracia na szczęście darowali sobie tekst: "A nie mówiłem...". Ostatnio kolega z pracy zaoferował, że podwiezie mnie do domu. Zgodziłam się nie bez oporu. Byłam spięta przez całą drogę. Gadaliśmy jeszcze pod domem, w przypływie szczerości powiedziałam mu o rozwodzie. Gdy zobaczył moje łzy, objął mnie delikatnie. Zaproponował kawę. Odmówiłam. Nie jestem gotowa.

Katarzyna Bryk

Świat kobiety
Dowiedz się więcej na temat: mieszkanie | dziecko | dziewczyny | brat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje