Reklama

Reklama

Pewność siebie: Jak być asertywnym, pokonać lęk i sięgnąć po swoje?

Dzisiaj mamy przyjemność zaprezentować wywiad, który przeprowadziłyśmy z dr Mateuszem Grzesiakiem - psychologiem, wykładowcą akademickim oraz autorem poradników poświęconych samorozwojowi oraz pokonywaniu problemów. Rozmawialiśmy nie tylko o nowej książce „Pewność siebie. Jak być asertywnym, pokonać lęk i sięgnąć po swoje”, ale i o przyczynach trwania w toksycznych związkach, kompleksach, braku pokory, wewnętrznym krytyku, lenistwie, jak również o godności, szacunku i motywacji do bycia kochającym siebie człowiekiem.

Psychologia przy kawie: Panie Mateuszu, parę dni temu światło dziennie ujrzała pana najnowsza książka pt.: "Pewność siebie. Jak być asertywnym, pokonać lęk i sięgnąć po swoje." Przez wiele osób jest pan postrzegany jako człowiek sukcesu. Czy źródłem tego sukcesu była i jest pana pewność siebie?  

Reklama

Dr Mateusz Grzesiak: Dziękuję. Pewność siebie jest jednym z czynników wpływających na sukces zawodowy i szczęście osobiste. Uważam, że głównym jest wiedza i kompetencje zarówno twarde, jak i społeczne.  

Komu zawdzięcza pan swoją pewność siebie?  

- Pewność siebie jest wypracowaną umiejętnością, więc z tego względu zawdzięczam ją sobie, ale na to "sobie" składa się wychowanie rodziców, edukacja szkolna, kultura, w której przyszło nam się rozwijać, poziom świadomości i kompetencji.  

We wstępie pana najnowszej książki możemy przeczytać: "Jeśli chcesz zrozumieć, czym pewność siebie naprawdę jest, jak działa, jak ją budować, to masz w rękach przepis, który cię tego nauczy." Wychodzi pan naprzeciw ludziom, szczególnie tym, którzy nie wiedzą którędy prowadzi droga do sukcesu, którzy czasami kręcą się przez wiele lat w kółko, nie mają sposobu na życie, nie wiedzą jak postępować i co robić, aby osiągnąć to, czego, jak twierdzą, pragną. Można by sądzić, że pana książka zostanie przyjęta z wielkim entuzjazmem. Ale życie pokazuje, że nie zawsze tak jest. Mateusz Grzesiak budzi różne emocje? Czy taka postawa to przekora, czy brak pokory wielu Polaków? Nie wiem, jak coś zrobić, ale nie będę słuchał mądrzejszych, bardziej doświadczonych, bo oni mnie drażnią, irytują, bo porównując się z nimi, czuję wielki dyskomfort. Wolę więc skrytykować, zanegować, wyśmiać.  

- Mateusz Grzesiak jest człowiekiem, więc budzi i przeżywa wszystkie emocje, które wynikają z reakcji obserwatorów zupełnie niezależnych od niego. Ale tak naprawdę Mateusz Grzesiak jest znanym nielicznym - w porównaniu do jego marki osobistej. Po prostu - większość ludzi nie zna mnie, ale brand, o którym gdzieś słyszeli, który gdzieś widzieli. Ich zdanie więc dotyczy nie mnie, bo mnie nie znają, ale co najwyżej marki. Ważne jest, by umieć odróżnić te dwie kwestie. Inna sprawa dotyczy Polaków i ich cech jako nacji - są nieufnymi indywidualistami, czasem z poczuciem gorszości w stosunku do innych narodów, klasowi, spolaryzowani pokoleniowo i poglądowo, homogeniczni. Negatywizm mamy we krwi, podobnie jak narzekanie. Ale takie podziały zawsze są niesprawiedliwe, a problemy świata dużo ważniejsze niż historie o Grzesiaku.  

Powiedział pan, że "Sukces nie jest tajemniczy i dostępny dla wybranych. Za to jest bardzo pracochłonny i racjonalny." Czy obserwuje pan, że wielu z nas woli drogę na skróty? Czy to wynika z wygody, lenistwa, czy może (choć brzmi to niedorzecznie) z lęku?  

- Tak, myślę że wielu ludzi nie rozumie koncepcji sukcesu jako wyniku strategicznej pracy. Nie umie planować, zarządzać ludźmi, kontrolować emocji, komunikować się odpowiednio - krótko mówiąc, nie posiada określonych kompetencji, które są potrzebne by sukces osiągnąć. A wtedy lenistwo, wygodnictwo i lęk przejmują dowodzenie.

Dlaczego ludzie pewni siebie zarabiają więcej, mają większe powodzenie i osiągają szybciej sukcesy?  

- To nie jest moje widzimisię. To wynik badań. Tak po prostu jest. Jako psycholog wiem, że zaspokojenie podstawowych potrzeb daje płaszczyznę do rozwoju, jest wręcz do niego niezbędne. 

Czy pana zdaniem niezaspokojenie potrzeby bezpieczeństwa może wpływać na opór człowieka przed podążaniem naprzód, czy może jednak -  hamować rozwój?  

- Tak, zdecydowanie. Jeśli ktoś się boi, nie myśli racjonalnie, nie analizuje, nie planuje kreatywnie, nie ma dostępu do wymaganych zasobów - przechodzi na działanie obronne. Potrzeby zaspokajać musimy, bo jesteśmy ludźmi.  

Czy brak poczucia bezpieczeństwa wpływa również na postawy, o których wspomina pan w książce - negatywne postrzeganie rzeczywistości, krytykowanie siebie i innych, narzekanie? Czy może jest odwrotnie - takie postawy prowadzą do braku poczucia bezpieczeństwa?

- I jedno i drugie. To, jak myślimy wpływa na nasze poczucie bezpieczeństwa, a z niego wypływają z kolei określone emocje i te prowadzą w tym zamkniętym kole do myśli odbierających to bezpieczeństwo. Dlatego musimy się z tego koła umieć wyrywać.  

Uśmiechnęłam się, czytając w pana książce: "Prawdziwa pewność siebie wymaga świetnego poznania siebie. Fałszywa nie wymaga niczego, poza wmówieniem sobie, że 'jestem zwycięzcą'." Jak mało kto, z racji mojego zawodu, wiem jaki mamy z tym jako ludzie problem. Jak bardzo boimy się stanąć przed sobą w prawdzie. Poznanie siebie boli. Spotkanie się ze sobą twarzą w twarz, bez masek, bez gadżetów, ludzi, którymi próbujemy się dowartościować jest jednym z najtrudniejszych spotkań. Czy pan - jako psycholog - ma podobne zdanie?  

- Tak, a jako terapeuta i pacjent terapeutyczny z wieloletnim stażem już szczególnie. Prawdziwe uczucia, traumy z przeszłości, nieprzerobione wspomnienia - w nich kryją się cząstki naszej zdefragmentowanej psyche i w nich znajdziemy też rozwiązania naszych bolączek.  

Część z nas wmawia sobie "jestem zwycięzcą". Obserwując takie zachowanie, mam poczucie, że nie ma to nic wspólnego z  przekonaniem tych osób, że oni naprawdę tak się czują. Najprościej przecież dokonać zmiany naszego zachowania - to nie problem, by wyuczyć się pewnej regułki, którą będziemy powtarzali. Ale sztuką jest zmienić przekonanie o sobie, odnaleźć w sobie wartości, poczuć w sobie wiarę w siebie. To już nie jest takie proste. Wygłaszam więc slogan "jestem zwycięzcą", a wewnętrznie siebie biczuję poprzez ciągłe krytyki, podcinanie skrzydeł, oskarżanie, pretensje do siebie. Z moich obserwacji wynika, że nie potrafimy siebie samych wspierać. Skąd się to bierze? Jakie błędy wychowawcze zostały popełnione? Co pan - jako rodzic - robi, aby pana córeczka lubiła siebie i była w przyszłości swoim przyjacielem, a nie wrogiem.  

- Bo takie slogany są puste i nie prowadzą do zmiany postaw, wymagającej trudnego procesu budowania nowych nawyków. Są komercyjne, powierzchowne, ale łatwe i chwytliwe. Każdy szuka przepisu na życie, a slogan łatwo chwyci. Co do mojej córki, staram się zdrowo realizować jej podstawowe potrzeby: bezpieczeństwa, autoekspresji, poczucia własnej wartości, autonomii, przynależności i granic. Korzystam jako psycholog i pedagog z wiedzy i nauki, a także z własnych doświadczeń wyniesionych z pracy z ludźmi. I przede wszystkim uczę się jej i staram się minimalizować błędy.  

"Praca nad sobą, nad zmianą postrzegania siebie, nad zrozumieniem siebie jest niezwykle ciężka. Nie tylko psychicznie. Także fizycznie. Praca nad zmianą nawyków, szczególnie tych w myśleniu, praca nad zmianą swojego stosunku do własnych dialogów wewnętrznych jest czołganiem się pod górę, z której staczają się w naszą stronę ogromne głazy." Jak pan jako psycholog pomimo tego przekonania, zmotywowałby ludzi do pracy nad sobą, pokazując im, że pomimo iż jest to ciężka praca, warto.  

- Te motywacje ci ludzie już mają, bo nie chcą cierpieć. Te toksyczne emocje i przejawy werbalnej autoagresji są destrukcyjne i same w sobie motywują do zmiany. Ta ścieżka nie jest dla każdego, jest wymagająca, ale zmiana jakości życia jest tak ogromna, że jak ktoś na nią już wejdzie, to jest gotowy pokonywać kolejne szczyty. Przedsiębiorcy, z którymi pracuję w ramach moich studiów MBA są żywym przykładem tego, jak taka ciężka praca się opłaca - życiowo i zawodowo.  

W swoje książce cytuje pan Anthony’ego Hopkinsa, który powiedział: "kiedyś traktowałem ludzi życzliwie, dzisiaj z wzajemnością". Jest to podejście sprzeczne z zasadą "zło dobrem zwyciężaj". Czy w dzisiejszym brutalnym, pełnym agresji świecie ta zasada wzajemności jest sposobem na obronę samego siebie, na obronę granic naszej godności, szacunku, poczucia wartości.  

- Wzajemność ma granice, nie wyobrażam sobie bym na agresję odpowiadał agresją - poza przypadkiem fizycznego zagrożenia życia. Ale na pewno nie będę miły w sytuacji, która wymaga zahamowania czyichś na przykład obraźliwych zachowań. Ja patrzę na świat nie pod kątem ładnie brzmiących haseł, ale skuteczności - i w dobrym samarytaninie widzę też naiwne samopoświęcenie, które wcale nie jest dobre, ale szkodliwe. Życzliwość, dobroć, miłość to wyznaczniki uniwersalne ludzkiego postępowania, ale nie znaczy to, że chama nie można potraktować w sposób adekwatny do jego zachowań - nie zły, ale właśnie adekwatny. To nie zło, ale skuteczność.  

Według Mateusza Grzesiaka pewność siebie jest niezbędna do budowania zdrowych relacji. Czytając o tym, przypomniałam sobie o wielu związkach, w których kompleksy były powodem ich rozpadu. Czy zgodzi się pan ze mną, że drugi człowiek nigdy nie będzie lekarstwem na nasze kompleksy?  

- Oczywiście, bo przede wszystkim nie będzie wtedy człowiekiem, ale nieudolnym panaceum służącym do wypełniania własnych braków albo prób uleczenia siebie. To tak nie działa, bo przez życiową podróż zmiany musimy przejść sami, nawet jeśli ktoś nam w niej towarzyszy.  

Okazuje się, że nie tylko pewność siebie jest potrzebna do budowania zdrowej relacji i jej utrzymania, ale także do jej zakończenia. Z mojej perspektywy zawodowej widzę, że kobiety nie mające pewności siebie, nie są w stanie wydostać się z toksycznego związku, w którym przeżywają niekiedy piekło. Oczywiście warto tu wspomnieć, że czasami latami trwa koronkowa robota partnera mająca na celu upodlić kobietę, zdeprecjonować ją, pozbawić resztek poczucia wartości. W efekcie one boją się stanąć na własnych nogach i wyrwać z kręgu zła. Czy zgodzi się pan ze mną, że w wielu związkach kobiety tracą pewność siebie i stąd strach przed życiem bez agresora, który je od siebie uzależnił? Wspomniałam o kobietach, ale przecież też mężczyźni bywają ofiarami takich sytuacji.  

- Do tanga trzeba dwojga - z jakiegoś względu ta kobieta przez lata znosiła określone zachowania i pewnie była świadoma ich negatywnego wpływu. Dlaczego pozostała więc w toksycznej relacji? Może była współuzależniona, miała syndrom matki Teresy, a może po prostu nie wiedziała i nie była w stanie nic z tym zrobić. Wydaje mi się zbyt dużym uproszczeniem, by stwierdzić że czarno na białym jedno jest złe, a drugie dobre - w związkach para wywiera na siebie obopólny wpływ i jest on znacznie bardziej skomplikowany. Myślę też, że większość z nas jest w dorosłym życiu w jakiejś mierze dziećmi, co szczególnie uwidacznia się w związkach. 

Dowiedz się więcej na temat: psychologia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje