Reklama

Reklama

Psychiatria - czarna owca medycyny?

Psychiatria wciąż budzi wiele kontrowersji, a osoby z zaburzeniami psychicznymi mierzą się z krzywdzącymi stereotypami. Co dzieje się za zamkniętymi drzwiami gabinetów i szpitali psychiatrycznych? Poniżej publikujemy fragment książki Ewy Pągowskiej pt. "Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów" - rozmowę z prof. dr hab. n. med. Jackiem Wciórką, przewodniczącym Rady do spraw Zdrowia Psychicznego przy Ministrze Zdrowia.

Ewa Pągowska: - "Bardzo łatwo znaleźć się poza kręgiem ludzi nor­mal­nych" - pisał Antoni Kępiński. Zgodzi się pan z tym?

Reklama

Jacek Wciórka: - Staram się unikać pojęcia "normalność", bo normy są różne i różne są przesłanki, którymi się ludzie kierują, używając tego słowa. Dla psychiatrów istotne jest przede wszystkim to, czy człowiek cierpi, a jeśli cierpi, to czy chce pomocy lub jej wymaga. W działalnościach, które mają charakter pomocowy, określanie ludzi "normalnymi" lub "nienormalnymi" nie powinno mieć miejsca, bo służy oddzieleniu pewnej grupy od reszty, a współcześnie psychiatria stara się te granice między ludźmi zacierać. Pewne nazwy, które na początku były neutralnymi terminami medycznymi, przez lata nabrzmiały fałszywymi znaczeniami i negatywnymi skojarzeniami. Dziś jeszcze posługujemy się nimi w dobrej wierze, ale w odbiorze społecznym są już tymi, które pozbawiają nadziei.

Jak na przykład "schizofrenia".

- To słowo powinno już zniknąć ze słownika. Dziś gdy ktoś w dyskursie politycznym chce powiedzieć coś złego o przeciwniku, zarzucić mu na przykład cynizm lub kłamstwo, mówi: "On ma schizofrenię". W ten sposób przydaje bólu wszystkim, którym postawiono tę diagnozę. Dziś jest ona raczej rodzajem klątwy, która utrudnia udzielanie pomocy. Nastawia pacjentów negatywnie do leczenia.

W najnowszych wersjach klasyfikacji chorób i zaburzeń, jakimi posługują się psychiatrzy - DSM-5 Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz ICD-11 Światowej Organizacji Zdrowia, która zacznie obowiązywać w 2022 roku - "schizofrenia" nadal jest, ale za to nie ma już "chorób psychicznych". Są tylko "zaburzenia psychiczne".

- To taki zabieg semantyczny, który ma sprawić, że wszystkie negatywne skojarzenia odejdą razem z określeniem "choroba psychiczna", a  problemy naszych pacjentów nazwane "zaburzeniami psychicznymi" będą mniej stygmatyzujące. Już na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych antypsychiatrzy, czyli przedstawiciele nurtu radykalnej krytyki psychiatrii, jej instytucji i pojęć, protestowali przeciwko sformułowaniu "choroba psychiczna". Twierdzili, że są wyłącznie problemy życiowe. I jest w tym jakaś racjonalna myśl. Lepszym określeniem niż choroba czy nawet zaburzenie byłby pewnie "kryzys" - życiowy, psychiczny lub egzystencjalny. Takie pojęcie jest bardziej ogólne, celne i mniej zmedykalizowane. Z drugiej jednak strony dzięki temu, że używa się określeń choroba lub zaburzenie, osoba, która cierpi, otrzymuje leczenie.

W kolejnych edycjach DSM i ICD nie tylko jedne nazwy są zastępowane innymi, ale też jest coraz więcej pozycji. Mam wrażenie, że każdy, kto by się zapoznał z najnowszymi klasyfikacjami, rozpoznałby u siebie co najmniej jedno zaburzenie.

- Rzeczywiście klasyfikacje na początku zawierały kilkadziesiąt rozpoznań, teraz kilkaset. Te starania, by diagnostyka była coraz bardziej wyrafinowana i dokładna, by psychiatrzy w Honolulu i we Lwowie nie rozpoznawali innego zaburzenia na podstawie tych samych objawów, są dość zrozumiałe. Zgadzam się jednak, że prawdopodobnie każdy człowiek, przeglądając klasyfikacje, znalazłby w nich zaburzenie, które kojarzy mu się z tym, co przeżywa. Jest w nich jednak ważne zastrzeżenie, które mówi, że nie powinno się opierać diagnozy wyłącznie na objawach. Nawet te bardzo jaskrawe nie świadczą o zaburzeniu, jeśli nie sprawiają człowiekowi kłopotów, jeśli ich przeżywanie nie przeszkadza mu pracować i tworzyć konstruktywnych więzi z innymi. Obszerna literatura dostarcza dowodów na to, że duża część populacji ma przeżycia typu psychotycznego, na przykład widzi, słyszy lub czuje coś, czego nikt inny w tej sytuacji nie doświadcza. Jeśli jednak to nie zakłóca ich funkcjonowania, to dlaczego mielibyśmy ich leczyć? Być może te wszystkie bariery, które zawsze stawiano pomiędzy ludźmi uznawanymi za chorych psychicznie lub szalonych a resztą, nie mają racji bytu, bo wszyscy jesteśmy w różnych miejscach tego samego kontinuum przeżywania, różnimy się jedynie jego intensywnością, jaskrawością i gwałtownością. Przykładem może być żałoba, której pewien szczególny obraz w najnowszych wersjach klasyfikacji został uznany za zaburzenie.

Co wzbudziło sporo kontrowersji.

- To prawda. Jedni eksperci stoją na stanowisku, że każdy ma prawo do własnego sposobu przeżywania żałoby, nawet jeśli jest on niekonwencjonalny, głębszy i bardziej ekspresyjny. Inni twierdzą: "Jeśli człowiek po trzech miesiącach nie umie się z tego cierpienia podnieść, to już jest zaburzenie". I ta dyskusja będzie się toczyć do końca świata. Ostatecznie jednak nie chodzi o to, żeby się zastanawiać, czy coś jest chorobą, zaburzeniem, dewiacją czy dezorientacją, tylko o to, jak człowiekowi pomóc. Kiedy ktoś bardzo ciężko przeżywa żałobę, zwykle próbuje jakoś to doświadczenie oswoić, przezwyciężyć związany z nim trud emocjonalny. Jeden pójdzie do przyjaciela, drugi wyruszy na samotną wyprawę, a trzeci wybierze się do psychiatry.

I dziś pewnie pójdzie na wizytę z mniejszym oporem niż kilkadziesiąt lat temu. Pamiętam, jak moja nieżyjąca już babcia - bardzo odważna i silna psychicznie kobieta - często mówiła: "Boję się tylko tego, żeby nie zwariować".

- Jeden z naszych pralęków dotyczy właśnie utraty kontroli nad umysłem, tego, że nie będziemy umieli poruszać się między ludźmi w sposób, który oni zaakceptują, że nas wykluczą i naznaczą piętnem. Tak zresztą przez wieki traktowano osoby uznawane za chore psychicznie - w najlepszym wypadku je wyganiano, w najgorszym - więziono i mordowano. Kiedy zaczynałem pracę, a było to prawie pięćdziesiąt lat temu, stygmatyzacja związana z leczeniem u psychiatry była bardzo silna. Mam cichą nadzieję, że dziś ten strach przed przekraczaniem progu naszych gabinetów jest mniejszy. Bardzo staramy się oswajać ludzi z nieuchronnością różnych kryzysów życiowych i z pomocą, jaką im oferujemy. Mamy też więcej możliwości i form jej udzielania. Chociaż wciąż zgłaszają się do mnie osoby z tak wielkim lękiem w oczach, jaki widywałem u swoich pacjentów kiedyś. W najtrudniejszej sytuacji są ci przysyłani lub przyprowadzani do nas. Już gdzieś zostali zdefiniowani jako ludzie niemieszczący się w pewnym szablonie. Trafiają do nas zbuntowani, czasami wbrew własnej woli.

Więcej o książce Ewy Pągowskiej pt. "Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów" przeczytasz TUTAJ.

***Zobacz także***

Dowiedz się więcej na temat: psychiatra | lekarz | terapia | zdrowie psychiczne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje