Reklama

Reklama

Rak prostaty: Wyższa umieralność w Polsce niż w innych krajach Europy

​Lekarze wskazują, że m.in. przez starzenie się społeczeństwa liczba zachorowań na nowotwór prostaty rokrocznie wzrasta, a na dodatek pandemia spowodowała duże opóźnienia w diagnostyce i leczeniu chorych. Tymczasem w Polsce - choć jakość i dostęp do świadczeń i nowoczesnych terapii powoli się poprawiają - skuteczność leczenia pacjentów z rakiem prostaty wciąż znacząco odbiega od państw Europy Zachodniej i krajów rozwiniętych. - Współczynnik śmiertelności dla raka prostaty w Polsce jest wyższy o ok. 50 proc. w porównaniu z Europą. To oznacza, że coś złego dzieje się w leczeniu pacjentów - mówi dr n. farm Leszek Borkowski, prezes Fundacji Razem w Chorobie.

- W związku z pandemią COVID-19 obserwujemy pacjentów, którzy zgłaszają się do onkologa z bardziej zaawansowaną chorobą. Spodziewamy się kumulacji takich pacjentów w kolejnych miesiącach, co spowoduje automatyczne wydłużenie kolejek. Musimy brać pod uwagę, że jeszcze nie wszyscy chorzy, u których choroba rozwijała się w okresie pandemii, trafili do odpowiedniej diagnostyki i leczenia. Wynika to m.in. z tego, że pacjenci nadal obawiają się kontaktu ze służbą zdrowia - wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. n. med. Jakub Kucharz, specjalista onkologii klinicznej z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie PIB w Warszawie.

Reklama

Przez lata rak prostaty był w Polsce drugim najczęstszym - po raku płuca - nowotworem wśród mężczyzn. Ta kolejność się jednak odwróciła. Liczba zachorowań na raka prostaty zwiększyła się już kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dekad. Rokrocznie diagnozuje się go u ok. 15 tys. mężczyzn i stwierdza 5-6 tys. zgonów z jego powodu. W tym roku liczba zachorowań może być jednak większa, do czego przyczyniła się pandemia i spowodowane nią opóźnienia w diagnostyce.

- Pacjentów, którzy zgłaszali się do onkologa w okresie pandemii, z całą pewnością było mniej - mówi dr hab. n. med. Jakub Kucharz. - W Polsce problemem jest brak odpowiednich danych odnośnie do rejestrowalności pacjentów onkologicznych. Jednocześnie Krajowy Rejestr Nowotworów, który prowadzi statystyki odnośnie do epidemiologii, publikuje swoje dane z kilkuletnim opóźnieniem, więc zobaczymy te statystyki dopiero za jakiś czas.

Rak prostaty najczęściej dotyka mężczyzn po 60. roku życia, ale w grupie ryzyka znajdują się też dużo młodsi panowie. W ostatnich latach lekarze obserwują szybki wzrost liczby zachorowań wśród pacjentów nawet przed 50. rokiem życia. Choroba często rozwija się w ukryciu i przez długi czas przebiega bezobjawowo, a nawet jeśli dolegliwości występują, wielu pacjentów przed zgłoszeniem się do lekarza powstrzymuje wstyd i strach przed leczeniem.

Co jednak istotne, wczesna diagnoza i wykrycie nowotworu prostaty w początkowym stadium, kiedy obejmuje on tylko gruczoł krokowy, daje dużą szansę na całkowite wyleczenie. Stwarza też możliwość zastosowania u pacjenta nowoczesnych i mniej inwazyjnych terapii. W Polsce gros przypadków nadal jest jednak wykrywanych w zaawansowanym stadium.

- Patrząc na nowotwór prostaty, widzimy dwa niepokojące zjawiska. Po pierwsze, Polska w ocenie statystycznej wydaje się taką cudowną wyspą, gdzie mamy relatywnie mniej chorych niż w krajach sąsiednich. Po drugie, standaryzowany współczynnik śmiertelności dla raka prostaty jest wyższy o 50 proc. w porównaniu z Europą. To oznacza, że źle szukamy i część pacjentów ucieka nam z rejestrów, co jest niedobre, bo trudno prognozować politykę lekową, nie wiedząc, ilu mamy chorych - twierdzi dr n. farm. Leszek Borkowski, prezes Fundacji Razem w Chorobie.

Jak podkreśla, znacznie zwiększona śmiertelność wskazuje, że coś złego dzieje się w leczeniu pacjentów. Odsetek pięcioletnich przeżyć chorych z rakiem prostaty sięga niewiele ponad 50 proc. przypadków, podczas gdy na Zachodzie wynosi 70 proc.

- To jest współczynnik, który jest ogromnym wyzwaniem dla każdego ministra zdrowia - mówi prezes Fundacji Razem w Chorobie. - Nie możemy godzić się z sytuacją, w której ktoś, tylko dlatego że jest Polakiem, umiera szybciej na raka prostaty.

Leczenie raka prostaty opiera się głównie na radioterapii, która niszczy komórki rakowe, albo chirurgicznym wycięciu nowotworu. W tym drugim przypadku niemal powszechna jest już prostatektomia laparoskopowa, a od niedawna coraz popularniejsze stają się też nowoczesne i mało inwazyjne zabiegi z wykorzystaniem robotów chirurgicznych.

Jakość świadczeń i dostęp do nowoczesnych metod leczenia w Polsce systematycznie się poprawiają. Pacjenci w ramach programów lekowych zyskują dostęp, choć jeszcze nie w pełni refundowany, do nowoczesnych terapii hormonalnych o wysokiej skuteczności. Ponieważ nowotwór prostaty potrzebuje do rozwoju androgenów (np. testosteronu), leczenie hormonalne opiera się w dużej mierze na blokowaniu ich syntezy w organizmie chorego.

Poprawę pod tym względem przyniósł 2019 rok, kiedy po długich staraniach pacjenci doczekali się uzupełnienia opcji terapeutycznych dla chorych przed chemioterapią o enzalutamid. To nowoczesny lek hormonalny, który podany przed chemioterapią wydłuża życie, nie osłabia organizmu i nie wywołuje długiej listy skutków ubocznych. Wciąż jednak obowiązują ograniczenia w jego dostępności, bo nowoczesnym leczeniem enzalutamidem, apalutamidem czy darolutamidem zostali objęci tylko pacjenci z przerzutami. To oznacza, że grupa chorych, u których nowotwór jest oporny na kastrację, ale jeszcze nie dał przerzutów, nie ma do niego dostępu.

- Dostęp do terapii w przypadku zaawansowanego raka gruczołu krokowego w Polsce jest ograniczony, dlatego że szereg nowych terapii, które zostały już zarejestrowane, nie jest u nas refundowanych. Przykładowo dla pacjentów z przerzutowym, wrażliwym na kastrację rakiem prostaty jedyną opcją, którą w tej chwili dysponujemy w ramach leczenia refundowanego, jest dołączenie chemioterapii do hormonoterapii. Nie dysponujemy nowymi lekami hormonalnymi, które mogą być stosowane na tym etapie choroby. Również w przypadku opornego na kastrację nieprzerzutowego raka stercza nie mamy refundacji terapii, o których wiadomo, że są skuteczne, aktywne, pozwalają wydłużyć czas do wystąpienia przerzutów i czas przeżycia pacjentów - mówi dr hab. n. med. Jakub Kucharz.

Lekarze podkreślają, że na potrzebę zwiększania dostępu do nowoczesnych, rejestrowanych w Europie leków hormonalnych wskazywać mogą duże dysproporcje w nakładach na leczenie pacjentów onkologicznych.

- W Polsce na jednego pacjenta w programie lekowym szpiczaka plazmocytowego wydajemy prawie 94 tys., na pacjenta z chłoniakiem - 121 tys. zł, natomiast na pacjenta z prostatą - 43 tys. zł - wskazuje dr n. farm. Leszek Borkowski.

- Wzrost nakładów na leczenie pacjentów z rakiem gruczołu krokowego powinien być przesunięty zwłaszcza na aspekt choroby wrażliwej na kastrację w stadium uogólnienia, kiedy mamy jeszcze możliwość zastosowania nowoczesnych, skutecznych terapii hormonalnych, a tym samym opóźnienia albo uniknięcia chemioterapii, oraz u pacjentów z opornym na kastrację, nieprzerzutowym rakiem prostaty, u których też możemy opóźnić czas do progresji choroby - postuluje specjalista onkologii klinicznej z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie PIB w Warszawie. - Trzeba pamiętać, że u pacjenta z rakiem prostaty to przerzuty odległe są w większości odpowiedzialne za kolejne dolegliwości i problemy zdrowotne. Dlatego terapia, która pozwala opóźnić wystąpienie tych przerzutów o ponad 20 miesięcy,  w oczywisty sposób przekłada się na jakość życia pacjentów. 

Zobacz wideo!

Newseria Lifestyle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje