Reklama

Reklama

Truskawki a dieta św. Hildegardy

Niektórzy z nas mogliby ten czerwcowy rarytas jeść garściami. Nie znalazł on jednak uznania w oczach św. Hildegardy. Średniowieczna mistyczka w swoim słynnym traktacie o leczniczych i szkodliwych darach natury zawarła zapis, który do dziś budzi kontrowersje.

Polacy je po prostu kochają! Trudno się dziwić, truskawki są tak dobre, że można się nimi delektować przez okrągły rok, w sezonie świeże, a poza sezonem przetworzone, w postaci dżemów, konfitur, musów, mrożonek czy kompotów.

Dojrzałe, dobrze wybarwione truskawki pięknie się prezentują, smakują jak najsłodsze łakocie - równocześnie mając niski indeks glikemiczny (IG = 40) i niską kaloryczność. Wykazują też szereg właściwości zdrowotnych; m.in. dbają o układ pokarmowy, dostarczając cennych pektyn (rodzaj błonnika), sprzyjają odchudzaniu dzięki stymulowaniu procesów metabolicznych, obfitują w witaminy (A, C, E, K oraz witaminy z grupy B) i minerały (żelazo, wapń, cynk, potas, fosfor sód), dlatego są polecane przy anemii, a zawartość kwasu elagowego i flawonoidów pozwala zadbać o serce, a nawet wspomóc profilaktykę miażdżycy.

Reklama

Wydawałoby się, owoce idealne. Dlaczego więc św. Hildegarda określiła je mianem trucizn kulinarnych i sugerowała wykluczenie ich z jadłospisu?

Istnieją przynajmniej dwie hipotezy wyjaśniające kategoryczną postawę świętej. Być może miała na myśli uczulające własności truskawek - dziś już wiemy, że te owoce są silnymi alergenami i lepiej nie podawać ich dzieciom, które nie ukończyły jeszcze pierwszego roku życia, a później należy wprowadzać je do dziecięcego menu stopniowo (zaczynając od małych kawałeczków, bez ziarenek) i obserwować reakcję organizmu. Z tego względu nie powinny znajdować się w jadłospisie kobiet karmiących piersią.

Niestety, reakcja alergiczna na truskawki może pojawić się w dowolnym wieku, także u dorosłych, którzy jadali je przez całe życie i dotąd nie mieli żadnych tego typu problemów. Dlatego w ich jedzeniu ważny jest umiar - jak we wszystkim.

Druga kwestia dotyczy bakterii, pleśni i pestycydów. Co prawda, te ostatnie w czasach św. Hildegardy nie istniały, ale wówczas kłopot sprawiało przechowywanie tych owoców - dziś możemy schować je do lodówki i przedłużyć ich trwałość, przed wiekami zebrane w większej ilości szybko pleśniały. Zalewanie wodą tylko ten proces przyspiesza. Na truskawkach bytują bakterie (np. E. coli oraz Listeria monocytogenes), a także pasożyty odzwierzęce (rosną nisko, niżej niż np. maliny, mają większe rozmiary niż poziomki, inną fakturę niż borówki), często są zabrudzone ziemią, dlatego zjadanie ich prosto z krzaczka nie jest najlepszym pomysłem.

Aby pozbyć się ich oraz innych niechcianych dodatków (także tych "współczesnych") należałoby przez kwadrans wymoczyć truskawki w roztworze zimnej wody i sody oczyszczonej (w proporcji jedna łyżka sody na litr płynu), w ramach kąpieli zasadowej, a następnie opłukać je, zalać świeżą wodą z dodatkiem octu jabłkowego (w proporcji 3:1), co będzie kąpielą kwaśną i przetrzymać kolejny kwadrans, po czym opłukać po raz drugi.

Mało kto postępuje w ten sposób, zwykle ograniczamy się do przepłukania tych owoców pod bieżącą wodą, a popełniamy błąd, szczególnie jeśli kupiliśmy owoce z nieznanego źródła (mogły rosnąć w pobliżu mocno uczęszczanych dróg, absorbując kolejne szkodliwe substancje). Nawiasem mówiąc, taka procedura podwójnego namaczania i płukania sprawia, że owoce będą psuły się szybciej, dlatego należy jak najszybciej je zjeść.

Nie należy usuwać szypułek przed umyciem - takie truskawki jeszcze bardziej nasiąkną wodą i będą mniej smaczne. 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje