Ach, te dawne romanse...

Nic tak nie wzruszy kobiecego serca jak przedwojenne miłosne historie przeniesione na ekran. Takie melodramaty to prawdziwe wyciskacze łez.

Pokochał ją, a ona umarła - tak, nieco uszczypliwie, streszczają krytycy te czułe historie. Im bardziej się złoszczą, nazywając je opowieściami dla kucharek, tym bardziej mamy to w nosie. Wciąż uwielbiamy je czytać i oglądać.

Reklama

Tragiczny mezalians

"Trędowata" to największy fenomen wśród polskich czytadeł. Powieść napisała młoda prowincjuszka rodem z Podlasia, Helena Mniszkówna, a wydał własnym sumptem jej ojciec. Pierwsze wydanie w 1909 r. rozkupiono natychmiast, a do wybuchu II wojny światowej wznawiano aż 16 razy!

Czemu "Trędowata" tak chwyta nas za serce? Przede wszystkim pokazuje wzruszającą, romantyczną miłość, do której zawsze tęsknimy. Przypomina też bajkę o Kopciuszku: zamożny, wpływowy i przystojny ordynat Waldemar Michorowski traci głowę dla skromnej nauczycielki Stefci i pragnie się z nią żenić, a więc uczynić sobie równą. Akcja toczy się w pięknych wnętrzach i plenerach, a czytelnicy i widzowie filmowych ekranizacji mogą podglądać życie wyższych sfer i uronić łezkę nad smutnym losem bohaterki.

Krytycy zarzucali Helenie Mniszkównie grafomanię, nadmierną łzawość i skłonność do kiczu. Czytelnicy, w przeciwieństwie do nich, wyczuli, że autorka miała dar pisania o uczuciach w wyrazisty i emocjonalny sposób. Potrafiła też pokazać realia epoki, hipokryzję wyższych sfer.

Wbrew rozpowszechnianym często opiniom Mniszkówna nie była postacią tuzinkową. Gruntownie wykształcona w ziemiańskim domu, znała cztery języki. Prowadziła działalność społeczną, zakładała szkółki dla dziewcząt. Dwukrotnie owdowiała, wychowała cztery córki. W 1939 r. Niemcy wyrzucili ją z majątku. Zmarła 4 lata później w Sabni koło Sokołowa.

Zdeptana szlachetność

Łzy czytelniczek wyciskał również "Wrzos" Marii Rodziewiczówny - powieść wydana w 1903 r. To historia niedobranego małżeństwa bez miłości. Mąż - bogaty, rozwydrzony egoista z miasta i skromna żona, wyrwana z wiejskiego dworku i rzucona na żer warszawskiego "towarzystwa", żyją obok siebie. Ona naiwnie wierzy, że dobrocią naprawi świat, a w sercu skrywa wspomnienie dawnej miłości. On wprawdzie z czasem zaczyna doceniać swoją Kazię, lecz zakończenie utworu nie pozostawia nadziei na zadośćuczynienie jej krzywdzie. Szkoda nam szlachetnej bohaterki i jej dobroci, podeptanej przez lekkoducha.

Rodziewiczówna napisała "Wrzos", mieszkając we własnym majątku Hruszowa na Polesiu (dzisiejsza Białoruś). Zimą wyjeżdżała na 2-3 miesiące do Warszawy. Swoje obserwacje i doświadczenia wykorzystała w wielu powieściach, które świadczą o tym, że musiała dobrze znać życie i wielokrotnie brała się z nim za bary. Jej bohaterki nie bujają w obłokach. Same borykają się z przeciwnościami losu i... liczą pieniądze, potrzebne, aby przetrwać.

Pisarka strzegła swej prywatności. Wiadomo jednak, że nie wyszła za mąż i nie miała dzieci. Ostrzyżona na jeża, nosiła się po męsku, a w Hruszowej mieszkała z dwiema dalekimi kuzynkami: przyjaciółkami i opiekunkami. Napomyka się, że była bardziej zainteresowana kobietami niż mężczyznami.


Dobro popłaca

Kolejny literacki przebój z dawnych lat: "Znachor" ma ciekawą historię. Autor, Tadeusz Dołęga-Mostowicz, zawzięcie krytykował zwolenników Józefa Piłsudskiego. Pobili go za to nieznani sprawcy, a potem wrzucili do dołu z wodą. Zmarłby niechybnie, gdyby nie pomógł mu przechodzący w pobliżu włościanin. Po latach pisarz wykorzystał tę "przygodę" jako punkt wyjścia swojej powieści.

Główny bohater - Rafał Wilczur, geniusz medycyny - przeżywa załamanie po zdradzie i odejściu żony. Wówczas, podobnie jak kiedyś pisarz, zostaje pobity. Traci pamięć. Zachowuje jednak umiejętność leczenia ludzi, co czyni jako wiejski znachor. "Chcąc serce pozyskać, trzeba całe serce okazać" - pisze Dołęga-Mostowicz. Zgodnie z tą zasada dobroć profesora Wilczura zostaje na koniec doceniona, sprawiedliwość przywrócona, a przemiła Marysia, której w kulminacyjnym punkcie ratuje życie, okazuje się jego córką. Historia wręcz nieprawdopodobna, ale pełna wzruszeń i dająca nadzieję.

Ciekawe, że w prywatnym życiu autor nie był tak idealną postacią jak jego bohater. Miał opinię playboya rozbijającego się po Warszawie luksusowym autem marki Buick, niepoprawnego podrywacza, organizatora zbytkownych przyjęć.

Dzisiaj bardziej niż kiedyś docenia się literacki sukces Dołęgi-Mostowicza, Mniszkówny i Rodziewiczówny. Nie pisali arcydzieł, lecz umieli rozkochać czytelników emocjami, uczuciami. I tak zostało do dziś.

Dorota Filipkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje