Reklama

Reklama

Anna Lewandowska: Mąż to najlepsze co mnie spotkało

Dla męża jestem w stanie zrobić dużo. Gdyby Robert powiedział mi dziś, że mam zrezygnować z kariery, zrobiłabym to. Rodzina jest najważniejsza – zapewnia Anna, żona słynnego piłkarza Roberta Lewandowskiego.

Gdy ma się doświadczenie niepełnej rodziny, to ta twoja staje się największą wartością - podkreśla trenerka fitness. Anna i Robert Lewandowscy obchodzili w czerwcu 6. rocznicę ślubu. Jednak niewiele brakowało, żeby nigdy się nie spotkali. Poznali się 12 lat temu podczas obozu studentów AWF na Mazurach. Robert przyjechał w ostatniej chwili. 

- Mogłem nie jechać na obóz integracyjny, gdzie spotkałem Anię. Mogłem nie zdążyć... Ale dojechałem na jeden dzień. I pamiętam, że zobaczyłem piękną dziewczynę - wspomina piłkarz. Z kolei Anna do chłopaka, przedstawiającego się jako "Andrzej", odnosiła się z rezerwą. - Słuchaj, daj sobie poznać faceta, którego jeszcze nie znasz - namawiał. 

Reklama

Długo czekał, aż dziewczyna wreszcie mu zaufa. - Miałam do Roberta duży dystans. Sytuacja rodzinna spowodowała, że podchodziłam do mężczyzn bardzo ostrożnie  - wyznaje trenerka. 

Tato zostawił nas z dnia na dzień

Szczęśliwe dzieciństwo Anny skończyło się, kiedy miała 12 lat, a jej brat Piotr 10. Ich ojciec, Bogdan Stachurski, operator filmowy, pewnego dnia niespodziewanie wyprowadził się z domu, zostawiając rodzinę bez środków. - Wcześniej miałam normalne życie. Tata, mama, dzieci, pieniądze. Nie brakowało na podstawowe wydatki. A potem nie miałam nawet  na podręczniki do szkoły, chodziłam w dziurawych butach zimą. To był okropny okres. Nauczyłam się, że nic nie jest na pewno - opowiada. 

Jej mama, Maria Stachurska, była scenografką i robiła wszystko, żeby utrzymać dom  i dzieci. Ponieważ jest głęboko wierzącą osobą, zwróciła się o wsparcie do Kościoła. Rodzinie pomagał również Caritas. Nigdy nie straciła nadziei, że Bóg wydobędzie ich z problemów. Zawierzyła swoją córkę opiece Matki Bożej jeszcze przed narodzinami. 

- Mówiłam: "Maryjo, to, co się pocznie, niech należy do Ciebie". I tak się stało. Ania urodziła się dzień przed świętem narodzenia Najświętszej Maryi Panny. 7 września - opowiadała. - Potem zarówno ja, jak i Ania oraz Piotr przyjęliśmy szkaplerz Niepokalanego Poczęcia. Samotne macierzyństwo było trudne. - Pamiętam mamę płaczącą - wspomina Anna. 

- Też się pogubiłam w rozpaczy. Poczucie bezpieczeństwa dawały mi treningi karate. Bardzo szybko musiała dojrzeć. Kiedy jako 18-latka  zaczęła odnosić sukcesy w sporcie, pieniądze ze stypendium (800 zł) w połowie oddawała mamie. Do dziś Marię i córkę łączy bardzo silna więź. - Mama jest moją najlepszą przyjaciółką - podkreśla. Jednak tacie bardzo długo nie umiała wybaczyć. 

Po ślubie poczułam, że jesteśmy jednym

Robert doskonale rozumiał Anię. On też wychowywał się bez ojca, który umarł, kiedy miał 16 lat. - Wiedziałem, że muszę wziąć na siebie odpowiedzialność za rodzinę. Zmieniłem klub, zacząłem zarabiać pieniądze, bo chciałem pomóc mamie - opowiada. Podobne doświadczenia bardzo zbliżyły młodych do siebie. 

- Miłość to jedno, ale my jesteśmy przyjaciółmi - podkreśla dziś trenerka. Piłkarz oświadczył się ukochanej po czterech latach znajomości. Para pobrała się w kościele Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny parafii św. Anny w Serocku 22 czerwca 2013 roku. Dla piłkarza, który jest wierzący i brał udział w akcji "Nie wstydzę się Jezusa", sakrament małżeństwa również był bardzo ważny. 

- Jeśli ktoś mi powie, że po ślubie nic się nie zmienia, nie uwierzę! Ja poczułam, że rzeczywiście jesteśmy jednym. Rozumiemy się bez słów, żyjemy dla siebie wzajemnie, wspieramy na każdym kroku - wymienia Anna. Zaraz po ślubie pojechali do Rzymu, poprosić papieża Franciszka o błogosławieństwo. 

Odłożone marzenia o dziecku

Wkrótce Lewandowscy wyprowadzili się do Monachium. Bardzo chcieli zostać rodzicami. Jednak okazało się, że Anna nie mogła zajść  w ciążę. - Poważnie zachorowałam. Leki, które brałam, powodowały spustoszenie  w organizmie. Lekarze mówili, że plany posiadania malucha musimy odłożyć. Reagowałam po swojemu: uciekałam, zamykałam się w sobie, szłam na trening. Siedziałam w sali trzy godziny, żeby zagłuszyć myśli. To był najtrudniejszy moment  w życiu - wyznaje.

Robert  nie pozwalał żonie zamykać się w bólu. - Ania, nie uciekaj - prosił. Wsparcie męża pozwoliło jej przetrwać trudne chwile. Cała rodzina oraz Eucharystyczna Wspólnota Dzieci Maryi w Warszawie, do której należy jej mama, modliła się za Annę. Polecano ją szczególnie opiece jej ciotecznej prababki, sługi Bożej Stanisławy Leszczyńskiej. 

W końcu trenerce udało się pokonać chorobę. W maju 2017 roku na świat przyszła wymodlona Klara. Córka Lewandowskich dostała imię, które Anna wybrała sobie  na bierzmowaniu. Babcia Maria zadbała o to, by wnuczka otrzymała ikonę św. Klary. Dziewczynka, podobnie jak jej mama, została zawierzona opiece Maryi. 

Chcę , żeby Klara miała dziadka

Anna jest szczęśliwą żoną i mamą. Dba o to, co jest dla niej najważniejsze. - Gdy ma się doświadczenie niepełnej rodziny, to potem ta twoja staje się największą wartością. Dlatego ja dla męża mogę zrobić dużo. Gdyby mi dzisiaj powiedział, żebym zrezygnowała z kariery, zrobiłabym to - zapewnia. - Mąż to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Poczuła się już także gotowa, by wybaczyć swojemu ojcu, że opuścił rodzinę. Spotkali się, kiedy Klara była malutka. - Chciałam, by poznała dziadka - przyznała. - Jestem dumny z córki, z tego, co osiągnęła. Zawsze ją podziwiałem - mówi z kolei Bogdan Stachurski.     

Ludzie i wiara

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy