Reklama

Reklama

Bałtycka "strefa śmierci" zbliża się do Polski. Eksperci alarmują

Czym są strefy martwych wód, które pochłaniają Morze Bałtyckie? To gigantyczne obszary, w których woda jest niewystarczająco natleniona. Organizmy, które do życia potrzebują tlenu – nie tylko zwierzęta, ale i roślinność – nie są w stanie przetrwać w tak trudnych warunkach. „Są zmuszone wygrzebać się na powierzchnię, gdzie czekają na nie drapieżniki – tłumaczy dr Jacob Carstensen w rozmowie z tvnmeteo.pl. „Jeśli nie uda im się uciec, duszą się” – zaznacza. Bałtyckie „strefy śmierci” coraz bardziej się rozszerzają.

Strefy martwych wód. Życie w nich zamiera

Bałtyk od dziesięcioleci cierpi z powodu niedoboru tlenu. To właśnie tu występują największe na świecie strefy martwych wód. To rozległe obszary o powierzchni kilkuset lub nawet kilku tysięcy kilometrów kwadratowych, w których życie prawie nie występuje. Dlaczego? Woda w martwych strefach jest bardzo uboga w tlen. Ryby i inne organizmy potrzebujące go, by żyć, nie mogą więc normalnie funkcjonować. Te zdolne do przemieszczania się, uciekają. Pozostałe po prostu obumierają.

Martwe strefy powstają wskutek eutrofizacji zbiorników wodnych, a więc wzrostu zawartości chemicznych substancji pokarmowych w wodzie. Występują zarówno w wodach śródlądowych, jak i otwartych morzach. Zazwyczaj swoim zasięgiem obejmują partie wód głębinowych i przydennych.

Reklama

W strefach martwych wód na próżno szukać jakiegokolwiek życia. Nie ma tam ryb ani innych organizmów wodnych. Nie ma także roślinności. "Strefy śmierci" nie są zjawiskiem nowym - martwe obszary wodne zaobserwowano już dawno temu. Jednak, wraz z upływem dekad ich powierzchnie są coraz bardziej rozległe. Szacuje się, że obecnie na świecie może występować nawet kilkaset wodnych "stref śmierci". Profesor Sandra Díaz w 1995 roku zaczęła analizować "wodne obszary śmierci" w wodach mórz świata. Wówczas naliczyła ich ponad 300. Ponadto prof. Diaz zgromadziła badania, z których wynika, że od lat 60. liczba martwych stref podwaja się co dziesięć lat.

Badania ekspertów potwierdzają, że największe martwe obszary występują w Morzu Bałtyckim. Dlaczego?

Martwe strefy w Bałtyku. Czy musimy się obawiać?

Martwe strefy nie są wynikiem szkodliwej działalności człowieka, jednak szybkie powiększanie się "wodnych obszarów śmierci" już tak. Wymiana wód Morza Bałtyckiego utrudniona jest przez liczne wyspy i wąskie przesmyki. Jednak nie tylko o ukształtowanie terenu tu chodzi. Bałtyk to jedno z najbardziej zanieczyszczonych mórz na świecie. "W XX wieku został ciężko doświadczony przez zanieczyszczenia wprowadzane przez człowieka i wciąż odczuwa skutki takich działań" - stwierdził profesor Tom Jilbert z Uniwersytetu w Helsinkach, analizując badania nad "wodnymi strefami śmierci" Morza Bałtyckiego.  

Sytuacja od dekad tylko się pogarsza. Przyczyną galopującej eutrofizacji zbiorników wodnych jest przede wszystkim przedostawanie się do wód substancji chemicznych, obecnych w nawozach sztucznych azotowych i fosforowych, ściekach i zanieczyszczeniach ze spalania paliw kopalnych.  Przeżyźnienie wód morskich sprawia, że w wodzie namnażają się algi oraz sinice, a rozkładając się, zużywają duże ilości tlenu, "zabierając"  go innym organizmom.

Problem pogłębia także globalne ocieplenie, a dokładnie coraz wyższa temperatura wód. Im woda cieplejsza, tym uboższa w tlen - alarmują  eksperci i podkreślają, że nawet minimalne wahania mają tu kolosalne znaczenie. 

Dalekosiężne konsekwencje. Co z rybami w Bałtyku?

Martwe strefy wodne Bałtyku nieustannie są przedmiotem badań naukowców. Zgodnie z szacunkami obecnie stanowią około 60-70 tysięcy kilometrów kwadratowych. Na niektórych obszarach niewystarczająca ilość tlenu w wodach głębinowych utrzymuje się przez cały rok. To szczególnie niepokojące zjawisko.

"Strefy śmierci" zbliżają się do Polski. Obecnie występują głównie w okolicach Archipelagu Zachodnioestońskiego. Otaczają także Gotlandię. Ich obszar stale się jednak powiększa. Jeśli tempo zmian się utrzyma, mogą w przyszłości zbliżyć się do Zatoki Gdańskiej i Mierzei Wiślanej. Eksperci już teraz alarmują i obawiają się o przyszłość. Jeśli wodne strefy o zbyt małej ilości tlenu dosięgną polskie Morze Bałtyckie, konsekwencje będą bolesne.

"Powstaną problemy dla turystyki nadmorskiej i dla rybołówstwa, ale przede wszystkim pojawią się zakłócenia w funkcjonowaniu ekosystemu morskiego. Kolejnym problemem będzie zmiana morskich krajobrazów, które stanowią istotny czynnik tworzenia się więzi emocjonalnej między ludźmi a morzem. Zakłócenie tego procesu może skutkować zmniejszeniem wsparcia dla działań publicznych zmierzających do zachowania dobrego stanu ekologicznego morskich ekosystemów" - tłumaczy prof. Jacek Zaucha z Instytutu Morskiego w Gdańsku w rozmowie z tvnmeteo.pl i tłumaczy, że aby spowolnić szkodliwe procesy, należy działać wieloaspektowo.

***
Zobacz również:

Bałtyk się dusi? Martwe strefy rosną w oczach

"Parawaning" nad Bałtykiem przybiera na sile. "Facet postawił szeregówkę" 

Niepokojące zjawisko w Bałtyku. Komu zagrażają sieci widmo? 

 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Bałtyk | obszary wodne | strefy martwych wód

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy