Reklama

Reklama

Byliśmy świadkami tworzenia się zupełnie nowego świata

Katarzyna Kościelak i Katarzyna Jurkowska w książce "Kobiety przełomu" stworzyły 12 portretów Polek, które w latach 90. zmieniały oblicze polskiego kina, teatru, gastronomii, mody, rynku wydawniczego czy sportu. W wywiadzie dla Interii opowiadają o transformacji, głodzie zagranicznych podróży, marzeniach, zmianach obyczajowych i oczywiście kobietach bez których współczesna Polska nie wyglądałaby tak samo.

Katarzyna Pawlicka, Interia: "Kobiety przełomu" są książką o kobietach lat 90. i o samych latach 90. Myślą panie o tym czasie z sentymentem, nostalgią?

Katarzyna Kościelak: - Dla mnie to był okres dojrzewania, młodości. Wtedy studiowałam filologię włoską, miałam marzenia związane z wchodzeniem w dorosłość, z pierwszą pracą czy podróżami. Otwierały się granice i nie tylko u mnie rodziła się wielka ciekawość, co nas za nimi czeka. Dlatego śmiało mogę mówić o sentymencie czy nostalgii. Miałam bowiem poczucie, że przeżywam coś wyjątkowego.

Reklama

- Niektórzy historycy porównują przełom 1989-90 do 1918 roku. Jako pokolenie byliśmy świadkami tworzenia się zupełnie nowego świata. Oczywiście ten świat miał zarówno swoje mroczne, jak i piękne strony: jednym oferował wielkie możliwości, inni musieli sobie poradzić z bardzo trudną sytuacją.

Katarzyna Jurkowska: - Lata 90. to mój przyjazd z Łodzi do Warszawy na studia dziennikarskie i pierwsze doświadczenia związane z samym dziennikarstwem. Wyjazd do stolicy stał się dla mnie "przełomem", zmienił bowiem moje życie zawodowe i prywatne. Dekada transformacji była uczeniem się samodzielności, korzystania z wolności, także w wymiarze osobistym. Obserwowałam, jak zmienia się rzeczywistość, ale i intensywnie w niej uczestniczyłam.

- Z Łodzi wiele osób uciekało do Warszawy przed bezrobociem i po lepszą przyszłość. Gdy wracałam do rodzinnego miasta na weekend, miałam "oczy szeroko otwarte" i zdawałam sobie sprawę, że nie dla każdego transformacja stała się trampoliną. Mnóstwo fabryk, zakładów przecież zamknięto, ludzie zostali bez pracy. W Łodzi w latach 90. bezrobocie sięgało blisko 30 procent. Do stolicy wchodziły z kolei międzynarodowe korporacje, otwierały się restauracje, powstawały gazety, komercyjne stacje telewizyjne i radiowe. Dlatego dla mnie - dziewczyny, która chciała zostać dziennikarką - to był czas nowych szans.

Katarzyna Kościelak: - Dopiero teraz, kiedy patrzę na lata 90. dostrzegam te wszystkie mroki, o których mówi Kasia. Transformacja była dla wielu ludzi bezwzględna: świat walił im się na głowę. Szczęśliwie należałam do drugiej grupy.

Katarzyna Jurkowska: - Moje zetkniecie z Warszawą lat 90. miało różne oblicza np. pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie pierwsza przejażdżka metrem. Wynajmowałam pokój w Alejach Jerozolimskich, więc w pamięci utkwiło mi słynne targowisko pod Pałacem Kultury: tzw. szczęki*, prowizoryczne stragany i ludzie, którzy tam handlowali dosłownie wszystkim. Nigdy za to nie byłam na Stadionie Dziesięciolecia (śmiech) nazywanym "Jarmarkiem Europa". To był czas kontrastów, bo z jednej strony ten uliczny handel, a z drugiej wspomnienia pierwszych wizyt w Teatrze Rozmaitości na "rewolucyjnych" przedstawieniach Grzegorza Jarzyny. Pamiętam też, jak zakończyłam tę dekadę - pierwszym samodzielnym materiałem telewizyjnym "Sylwester 2000".

Dziś o latach 90., a szczególnie o ich pierwszej połowie, socjologowie czy historycy mówią raczej jako o okresie wciąż szarym, siermiężnym, pełnym ograniczeń. Tymczasem i panie, i bohaterki "Kobiet przełomu" wyjeżdżały za granicę, świetnie znały języki obce. Mówimy o wyjątkach? A może pamiętamy ten okres gorzej niż faktycznie się przedstawiał?

Katarzyna Kościelak: - Generalnie mamy skłonność do widzenia rzeczywistości w skrajnych kategoriach, w kolorach bardzo ciemnych albo bardzo jasnych. Tymczasem każdy okres ma wiele odcieni. Przecież nawet w PRL dużo osób się kształciło i to całkiem solidnie. Zdarzały się kobiety świetnie ubrane, eleganckie, znające języki.  

- Nasze bohaterki nie ukrywają, że lata 90. były dość siermiężnym okresem. Restauratorka, Agnieszka Kręglicka, mówi wprost, że ten czas kojarzy jej się z pewnym obciachem. Ale w tym obciachu było coś roztkliwiającego. Naród, przez wiele lat tłamszony i odcięty od reszty Europy, dostał szansę, by o siebie zawalczyć. Ci wszyscy początkujący przedsiębiorcy w, faktycznie, trochę obciachowych, połyskujących, źle uszytych garniturach, albo wręcz dresach i białych skarpetkach, którzy próbowali sprzedać na rozkładanych łóżkach wszystko, co się dało... Oni po prostu chcieli skorzystać z wolności i zawalczyć o lepsze życie dla siebie i swoich rodzin. I wiele osób to lepsze życie wygrało. Także nasze bohaterki uwierzyły, że mogą osiągnąć wiele i postanowiły zrealizować marzenia.

Katarzyna Jurkowska: - Myślę, że nie doceniamy lat 90. Pisząc tę książkę uświadomiłyśmy sobie, że to był czas niezwykle ważnego przełomu społecznego, ogromny krok w przyszłość. Przede wszystkim zaś otwarcie na świat. Aneta Kręglicka i Dorota Segda, bohaterki "Kobiet przełomu", wspominają, jak trudne wcześniej było samo zdobycie paszportu: poprzedzone kilkugodzinnym staniem w kolejce, zbieraniem przeróżnych, czasem absurdalnych, dokumentów i zezwoleń.

- Kiedy w końcówce lat 80. Dorota Segda zagrała w węgierskim filmie, legalnie zarobione na planie pieniądze musiała wydać na miejscu albo rulony forintów przewozić przez granicę ukryte w bieliźnie. Nie mogła bowiem założyć konta, na które produkcja przelewałaby jej wynagrodzenie, bo nie można było rozliczać się w obcej walucie. Takie to był czasy.

- W dekadzie przełomu wiele rzeczy było nowych: restauracje z kuchnią świata dopiero się otwierały, w telewizji pojawiły się telenowele i pierwsze reklamy. Nie mówiąc o przemianach obyczajowych: kobiety nie musiały wychodzić za mąż, żeby wyprowadzić się z domu, przenieść do innego miasta, mieszkać "na swoim". Mogły być wolne i samodzielne.

Katarzyna Kościelak: - Ludzie odkrywali zupełnie nowe światy: poprzez smaki, modę, film, podróże.

Katarzyna Jurkowska: - Wrócę jeszcze do Doroty Segdy, która opowiada w naszej książce, jak w początkach 1989 roku kręciła film "Ostatni prom". Ekipa, nawet podczas kilkudniowego sztormu, który uniemożliwiał zdjęcia, musiała zostać na pełnym morzu, bo wpłynięcie do portu i opuszczenie statku wiązało się z utraceniem wizy i ponownymi, żmudnymi staraniami. To dziś dla nas niewyobrażalne! Wystarczyło kilka miesięcy i wszystko się zmieniło.

Katarzyna Kościelak: - Nie zdajemy sobie sprawy, ile osiągnęliśmy wówczas własnymi siłami: dzięki przedsiębiorczości, odwadze, podejmowaniu ryzyka. I to jest wartość lat 90.

* Szczęki to potoczna nazwa metalowego kioski, straganu, niezwykle popularnego w latach 90.

Więcej o książce "Kobiety przełomu" przeczytacie TUTAJ

"Kobiety przełomu" uświadamiają nam również, że zjawiska, dziś przez wszystkich oswojone, miały swój początek całkiem niedawno. Janina Ochojska opowiada o Polskiej Akcji Humanitarnej, Iwona Guzowska o kobiecym boksie zawodowym. Kobiety w latach 90. wyważały drzwi.

Katarzyna Jurkowska: - Janka Ochojska wspomina, jak uczyliśmy się jako społeczeństwo pomagać ludziom. Zaczęły powstawać organizacje charytatywne, fundacje, organizacje pozarządowe. Ochojska wprowadzała akurat w Polsce francuski wzorzec funkcjonowania, bo ten znała najlepiej. W dobie pandemii koronawirusa, szczególnie ważne wydają się jej wspomnienia o powodzi z 1997 roku. Dziś nie pamiętamy, jak straszny w skutkach był to kataklizm i jak mocno pomagaliśmy sobie wtedy nawzajem.

W książce takich zapomnianych nieco epizodów jest oczywiście dużo więcej. W pamięci utkwiła mi szczególnie hollywoodzka przygoda Katarzyny Figury. Jak dziewczyna z Polski trafiła na oscarowe afterparty z gwiazdami Hollywood?

Katarzyna Kościelak: - Na ceremonię rozdania Oscarów trafiła przypadkiem, ale tego typu przypadki nie zdarzają się każdemu. Katarzyna Figura wiedziała, jak pomóc losowi. W latach 80. zagrała w słynnym filmie "Pociąg do Hollywood" dziewczynę, która marzy o międzynarodowej karierze filmowej. Szybko okazało się, że grała siebie.

Katarzyna Jurkowska: - Katarzyna Figura myślała o Hollywood już od dziecka, to ojciec obudził w niej ciekawość świata. Potem w szkole filmowej, a to był początek lat 80., trudny czas stanu wojennego, wiedziała, że chce grać nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Jej droga do Hollywood prowadziła przez Paryż, gdzie wyjechała na stypendium aktorskie Została zauważona we Francji i postanowiła pobyć tam dłużej, spróbować swoich sił. To nie było dla niej łatwe, bo w Polsce zostawiła małe dziecko.

- W 1991 roku we francuskiej ekipie, która wówczas wyjeżdżała z filmem "Cyrano de Bergerac", kandydatem do nagrody za film nieanglojęzyczny, na ceremonię rozdania Oscarów, pojawiło się wolne miejsce. Katarzyna Figura z nimi pojechała. To było spełnienie marzeń! Postanowiła wykorzystać okazję, choć nie miała nawet odpowiedniego stroju - zdobywanie butów, sukienki, biżuterii to materiał na osobną opowieść.

- Co więcej, po oficjalnej gali dostała się na przyjęcie pooscarowe, odbywające się w modnej pizzerii i wtedy poznała prawdziwe Hollywood. Producenci filmowi, reżyserzy, aktorzy, agenci byli na wyciągnięcie ręki. Figura świetnie znała języki: francuski i angielski, bo rodzice zadbali o jej edukację. Nie miała więc problemu, żeby odnaleźć się w międzynarodowym towarzystwie. Wszyscy myśleli, że jest Francuzką. Ten wieczór i ta impreza zmieniły jej życie. Ludzie z filmowej branży zaczęli się nią interesować na tyle, że dostała propozycję rozmowy z agentami. A po rozmowie wyszła z kontraktem - aktorkę z Polski w Hollywood miała reprezentować jedna z najlepszych agencji.

Wspomniała pani, że Katarzyna Figura miała wówczas malutkie dziecko. Wczesnego, czasem nieoczekiwanego macierzyństwa, doświadczyły też inne bohaterki "Kobiet przełomu": Iwona Guzowska, Katarzyna Groniec, Jolanta Fraszyńska. Żadna z nich nie mówi o dziecku jako przeszkodzie w osiąganiu zawodowych celów.

Katarzyna Jurkowska: - Tak, ale nasze bohaterki doświadczyły też trudów macierzyństwa. Niekiedy samotnego. Kasia Groniec otwarcie mówi o trwającej blisko rok depresji poporodowej. Wówczas nikt jej nie rozumiał - nawet lekarze, do których się zwracała o pomoc! Jola Fraszyńska w ciążę zaszła na studiach. Przedstawienie dyplomowe przygotowywała, będąc mamą malutkiego dziecka.

Katarzyna Kościelak: - Iwona Guzowska została mamą w wieku 17 lat. Kilka miesięcy po urodzeniu dziecka wróciła na ring i brała udział w bardzo brutalnych walkach. To jest chyba najbardziej skrajny przypadek. Ani na chwilę nie pomyślała o rzuceniu kariery bokserskiej, chociaż ojciec dziecka chciał, żeby zostawiła boks i poświęciła się domowi.

- Dopiero po latach Guzowska przyznaje, że było to jedno z najtrudniejszych doświadczeń z tamtego okresu, ale też właśnie to doświadczenie najbardziej ją wzmocniło, zbudowało. Wyznała też, że wczesne, nieplanowane macierzyństwo było w gruncie rzeczy szczęśliwym zrządzeniem losu, bo gdyby nie została mamą tak młodo, przez przypadek, być może w ogóle nie miałaby dzieci. 

Katarzyna Jurkowska: - Żadnej z nich macierzyństwo nie przeszkadzało w realizacji marzeń. Bo to jest też książka o sile kobiet! Specjalnie tak dobrałyśmy bohaterki, żeby dziewczyny, które w latach 90. zakochiwały się, zakładały rodziny, rodziły dzieci, odnalazły w tych portretach też fragmenty swoich historii.

Możemy pozwolić sobie na uogólnienie i spróbować odpowiedzieć na pytanie, o czym marzyły Polki u progu transformacji?

Katarzyna Kościelak: - Na pewno łączyło je mocne pragnienie niezależności i samorealizacji. Tak właśnie rozumiały wolność. Wspomniana przeze mnie Iwona Guzowska opowiada, jak bardzo utożsamiała się z piosenką "Wolność" Chłopców z Placu Broni. Mówi, że był to hymn jej życia.

- Nie chciały żyć tak, jak pokolenie ich matek - pokornych kobiet, które pracowały, bo musiały, bardzo tradycyjnie pełniąc przy tym role żon i matek. Dla osiągnięcia własnych celów gotowe były dużo zaryzykować i poświęcić. Być może w czasach, kiedy ma się tak niewiele, kiedy doświadczyło się niedostatku, niedosytu, te marzenia są bardziej intensywne. Czymś wyjątkowym staje się wyjazd za granicę, jak w przypadku Kasi Figury czy Doroty Segdy.

- Ale były też i marzenia tradycyjne. Np. Jolanta Fraszyńska, pochodząca z niepełnej rodziny, podkreśla, że zawsze marzyła przede wszystkim o dobrym związku. Wszyscy jej znajomi ze szkoły teatralnej łaknęli wielkich karier. Jej samej sukcesy zawodowe przychodziły dosyć łatwo, natomiast satysfakcjonujący związek pojawił się dopiero w późniejszym wieku.

Katarzyna Jurkowska: - Aneta Kręglicka, jak przyznaje po latach, chciała z kolei udowodnić, że jest nie tylko Miss Świata. Do tej pory często oceniamy kobiety przez pryzmat tego, jak wyglądają. A ona już wtedy się przeciwko temu buntowała. Miała potrzebę udowadniania, że ma nie tylko piękną twarz i piękne ciało, ale także piękny umysł. Dziś ocenia, że nałożyła na siebie zbyt dużą presję, bardzo ciężko pracowała. Teraz więcej czasu poświęciłaby sobie, życiu prywatnemu. W latach 90. dużo kobiet, szczególnie w większych miastach, stawiało pracę na pierwszym miejscu.

Katarzyna Kościelak: - "Kobiety przełomu" to książka o marzeniach, ale też przede wszystkim dążeniu do ich realizacji. Nasze bohaterki były wyjątkowo zdeterminowane, by osiągnąć to, co chcą, zmienić swoją sytuację. I to im się udało.

Katarzyna Jurkowska: - Były też bardzo odważne. Jak Katarzyna Figura, która po prostu postawiła wszystko na jedną kartę i wyjechała do Hollywood. Albo Shazza, która rzuciła pracę na etacie, by zająć się tym, co kochała - muzyką. Z kolei Kasia Groniec wyrwała się z domu jeszcze przed maturą i pojechała na casting do Warszawy, chociaż jej rodzina była temu przeciwna.

Bohaterki "Kobiet przełomu" podejmowały tak odważne decyzje, często jeszcze przed 20. urodzinami, większość z nich miała najwyżej lat dwadzieścia kilka. W tym wieku myślałam wyłącznie o studiach i życiu towarzyskim, nigdzie mi się nie spieszyło.

Katarzyna Kościelak: - Niezwykły był ten czas, sprzyjał odważnym decyzjom tu i teraz. Pani studiowała w normalnych czasach, mogła sobie wiele rzeczy zaplanować. Natomiast one czuły, że albo teraz, albo nigdy.

Katarzyna Jurkowska: Poza tym pamiętały szary PRL, A tu nagle dla nich zrobiło się niezwykle kolorowo, intensywnie. "W końcu mam szansę wyrwać się stąd. Mam szansę wyjechać na zachód, mam szansę wyjechać do stolicy" - myślały i nie bały się podejmować ryzyka. Były zdeterminowane, żeby tą szansę wykorzystać.

Katarzyna Kościelak: - Większość kobiet, z którymi rozmawiałyśmy, podkreślała, że taka szansa dzisiaj pewnie by się nie powtórzyła. Że to wszystko, co osiągnęły wtedy, nie byłoby do osiągnięcia w dzisiejszych warunkach. Na pewno nie w takim szalonym trybie.

Historią dziś już niemożliwą, a jednocześnie właściwie gotowym scenariuszem na film, jest dla mnie biografia Niny Kowalewskiej. Gdy miała 30 lat, stanęła na czele polskiego oddziału ogromnego wydawnictwa Harlequin. Wcześniej nigdy nie pracowała w wydawnictwie, nie miała żadnego doświadczenia.

Katarzyna Kościelak: - Atutem Niny Kowalewskiej w oczach zachodnich pracodawców był właśnie brak doświadczenia. W trakcie rozmów kwalifikacyjnych odrzucili wszystkich szanowanych i uznanych wydawców polskich, z doświadczeniem zdobytym w PRL-u. Wyszli z założenia, że łatwiej wyszkolić kogoś od podstaw niż oduczyć dawnych nawyków.

- Trafili na podatny grunt, ponieważ Nina Kowalewska była wyjątkowo zdolną, bystrą i odważną osobą. Mówi o sobie, że całe życie była dziewczyną do zadań specjalnych, podejmowała wszystkie wyzwania, które podsuwało jej życie. Po prostu niczego się nie bała, miała do siebie ogromne zaufanie. Tak zresztą została wychowana. Rodzice przekazali jej dużo miłości i wiary w siebie. Ale nawet Nina wyznała, że taka kariera jak jej, była możliwa tylko w latach 90.

Imponujący był jej zmysł wyczuwania nowych tendencji. Mówię chociażby o, raczkującym w Polsce, rynku reklamowym. Większość ekspertów chciało przeszczepiać do nas gotowe rozwiązania z zachodu, a Kowalewska twierdziła, że trzeba dostosować je do polskich realiów. Szybko okazało się, że miała rację.

Katarzyna Kościelak: - To świadczy o jej dużym talencie i świetnej intuicji. Nina nie bazowała na teoretycznych podstawach, opracowaniach naukowych. Wyczuwała polski rynek intuicyjnie i tym wygrywała. Rzeczywiście była to urodzona menedżer, samorodny talent.


Z kolei Agnieszka Kręglicka, z pomocą brata i męża, przewidywała, co może podobać się w kuchni Polakom, jakich smaków mogą być ciekawi, jakie miejsca chcieliby w stolicy mieć i odwiedzać.

Katarzyna Kościelak: - Myślę, że w przypadku rodziny Kręglickich zadziałał nieco inny mechanizm. Urządzali restauracje, w jakich sami chcieliby jeść. Serwując kuchnię tych krajów, którymi byli zafascynowali. Oczywiście, często się to sprawdzało, bo Polacy w latach 90. byli ciekawi innych kultur, pragnęli poznawać świat także poprzez smaki.

- Nie obyło się jednak bez małych wpadek: tak było z pierwszą restauracją meksykańską w Warszawie, w którą Marcin i Agnieszka Kręgliccy zainwestowali dużo energii, pieniędzy i pracy. Krótko po otwarciu okazało się, że kuchnia meksykańska oparta na fasoli i bardzo specyficznych przyprawach, jak np., kolendra, nie zasmakowała mieszkańcom stolicy. Klienci przekonali się do tego miejsca dopiero, gdy w restauracji pojawiły się kolorowe drinki z parasolką, a przygrywać zaczęła orkiestra mariachis. Co ciekawe, restauracja El Popo na placu Teatralnym w Warszawie istnieje do dziś i grają tam ci sami mariachis.

Niestety, bohaterki "Kobiet przełomu" doświadczyły też porażek, z którymi po prostu musiały się w pewnym momencie pogodzić.

Katarzyna Jurkowska: - Porażki oczywiście były wpisane w biografie naszych bohaterek, tak jak każdego z nas. Przypomnijmy choćby, będący początkiem drogi artystycznej Kasi Groniec - musical "Metro", który w Stanach nie odniósł takiego sukcesu, na jaki liczyli jego twórcy. Pobyt Katarzyny Figury w Hollywood też nie był pasmem samych sukcesów.

Katarzyna Kościelak: - Historia Iwony Guzowskiej, choć kończy się sukcesem, jest opowieścią o dość trudnej życiowej drodze. Ta dziewczyna przeżyła bardzo dużo... Była adoptowanym dzieckiem, przez co musiała walczyć z poczuciem gorszości, kompleksami. Trafiła do trudnego domu: ojciec był alkoholikiem, czasem brakowało pieniędzy. Sukcesy sportowe odnosiła więc dzięki sile woli, determinacji i pasji, bo pokochała to, co robi. Bilans jest pozytywny, ale sporo w tej opowieści dramatycznych momentów.  

Katarzyna Jurkowska: - Rozczarowania nie ominęły też Shazzy. Była nazywana królową disco - polo. Na jej koncertach bawiły się setki tysięcy osób, sprzedawała miliony płyt, a jednak mainstream odrzucał ten gatunek muzyczny. Shazza, wówczas dwudziestokilkuletnia dziewczyna, jak wspomina w naszej książce, musiała się też zmierzyć z całą masą negatywnych reakcji - od pogardy aż po nagonkę. To nie było łatwe ani dla niej, ani dla jej bliskich.

Shazza była też bardzo blisko realizacji ogromnego marzenia z młodości, a jednak jej na to nie pozwolono.

Katarzyna Jurkowska: - W 1997 roku jako suport przed koncertem Michaela Jakcsona w Polsce miał wystąpić artysta, który sprzedał w tym czasie najwięcej płyt w kraju. Wówczas tą osobą była właśnie Shazza. Jednak do tego występu nie doszło. Jak wyznała w naszej książce "Tak zwana branża muzyczna sczyściła mnie z tego koncertu". Obawiano się, że disco polo zostanie w ten sposób oficjalnie usankcjonowane.

Co ciekawe, wybrano wówczas Formację Nieżywych Schabuff, co dziś zdaje się chyba decyzją dość kontrowersyjną...

Katarzyna Jurkowska: - A Shazza koncertu Michaela Jacksona, który był jej idolem z lat dziecięcych, słuchała ze swojego balkonu. "Nie wszystkie marzenia się spełniają" - wyznała w książce.

Czy podobną książkę mogłyby panie napisać o kobietach kolejnej dekady? Zupełnie innej i na pewno bardziej zbliżonej do dzisiejszej rzeczywistości.

Katarzyna Kościelak: Zastanawiałyśmy się, czy nie jest jeszcze za wcześnie. Do rzetelnej oceny potrzebny jest jednak dystans czasowy. Nie wiem, czy nasze bohaterki byłyby w stanie podsumować tak samo dobrze lata 90., gdybyśmy poprosiły je o to 20 czy 15 lat temu.

Katarzyna Jurkowska: - Niczego nie wykluczamy, ale zgadzam się z Kasią, że dystans jest niezbędny. Bohaterki "Kobiet przełomu" są dzisiaj dojrzałe, mają za sobą różne doświadczenia, patrzą na lata 90. z nostalgią, ale potrafią je też ocenić, spojrzeć obiektywnie.

Być może dlatego "Kobiety przełomu" czyta się również jako dokument minionej epoki.

Katarzyna Kościelak: - Chciałyśmy, żeby tę książkę można było czytać na różnych poziomach. Na pierwszym planie są oczywiście historie naszych bohaterek: zawodowe i osobiste. Ale równie ważne jest tło tych opowieści. Użyję metafory: na pierwszym planie jest kilka pięknych drzew, ale trzeba też umieć zobaczyć cały las w głębi. Tym lasem jest polska transformacja: nie w formie kalendarium historycznego - je możemy znaleźć w różnych opracowaniach, tylko codziennego życia, które się zmieniało, każdego dnia przynosiło coś nowego, zaskakującego.

Katarzyna Jurkowska: - "Kobiety przełomu" są dokumentem czasu: możemy przeczytać, jak wyglądały w latach 90. polska reklama, kino, teatr, a nawet ludzie na ulicy. Nie zapominajmy bowiem, że jedną z bohaterek jest Joanna Klimas, która opowiada bardzo ciekawą historię o modzie z tamtych lat. W tych portretach kobiet odbija się także historia przemian obyczajowych, społecznych i kulturowych.

Katarzyna Kościelak: Dopiero podczas pracy nad książką, zdałyśmy sobie sprawę, że od polskiej transformacji minęło ponad 30 lat! Wielu ludziom z naszego pokolenia wciąż wydaje się, że to wszystko wydarzyło się wczoraj. Tymczasem to jest już historia i dlatego pora, by zacząć o niej mówić i pisać. 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje