Gabinetów medycyny estetycznej jest więcej niż supermarketów

- Dla Ministerstwa Zdrowia hasło „medycyna estetyczna” po prostu nie istnieje. Tymczasem Polska jest krajem, gdzie rozwija się najszybciej w Europie - wzrost wynosi 18 proc. - mówi Piotr Zachara - dziennikarz, wykładowca poznańskiej School of Form i autor książki „Zrobieni”.

Katarzyna Pawlicka, Interia: Przygotowując się do napisania książki, pracował pan jako cień lekarza zajmującego się medycyną estetyczną, brał pan udział w kongresach. Zapytam więc wprost: co powinnam sobie "zrobić"?

Piotr Zachara: - Nie nadaję się do takich zadań, brak mi kwalifikacji, jeszcze bardziej odwagi. Zwłaszcza teraz, gdy wiem, czym mogą skończyć się zabawy z medycyną estetyczną. Na dodatek mam dość dziwny gust: w ludziach podoba mi się przeważnie to, co akurat chcą w sobie zmienić. Ale bez problemu znajdzie pani ekspertów - autentycznych lub nie - którzy chętnie obejrzą, ocenią, poradzą i od razu poprawią, jeżeli jest co poprawić. A jeżeli nie... bywa różnie - po co zniechęcać klienta, który sam pcha się nam w ręce? O tym także jest moja książka. Pani pytanie jest bardzo niebezpieczne, bo zachęca do szczerości, a ta po pierwsze zabija grę towarzyską, jaką jest życie, po drugie daje szansę wyszaleć się samozwańczym specjalistom.

Reklama

Jaki jest w takim razie pana stosunek do medycyny estetycznej?

- Gdyby nie była nikomu potrzebna, nie zrobiłaby się tak popularna, tak łatwo dostępna. W mojej dzielnicy klinik i gabinetów medycyny estetycznej jest więcej niż supermarketów, a to naprawdę mocny wynik. Rozumiem ludzi, którzy poddają się zabiegom korygującym defekty czy przedłużającym fizyczne oznaki młodości. Zwłaszcza gdy natura nie była dla nich hojna, poskąpiła urody. Sam natomiast zaliczyłem już wystarczająco dużo zabiegów przywracających lub poprawiających zdrowie, by kolejnych, w mniejszym stopniu niezbędnych do życia, przynajmniej na razie sobie odmówić.

Medycyną estetyczną w Polsce mogą zajmować się nie tylko lekarze, ale także kosmetolodzy, a nawet kosmetyczki. Jak można zdobyć stosowne uprawnienia? Czy istnieją jakieś regulacje?

- Medycyna rozwija się w takim tempie, że prawo nie jest w stanie za nią nadążyć. Do niedawna nawet nie próbowało, stąd nie ma wyraźnych zasad, kto może się medycyną estetyczną zajmować, a kto nie. Nie ma też oficjalnej definicji, czym jest "medycyna estetyczna" - łatwiej powiedzieć, czym ona nie jest. A nie jest specjalizacją medyczną, w takim sensie jak np. onkologia, laryngologia czy ginekologia. I pewnie wszystko byłoby OK, gdyby ambicji do naprawiania urody nie zdradzali ludzie bez wykształcenia medycznego, przekonani, że lifting wykonany laserem czy botoks to taka trochę bardziej skomplikowana pielęgnacja - krzywda nikomu się nie stanie. No niestety - staje się i to codziennie. Dlatego podstawowe pytanie, które pada w mojej książce brzmi: bawimy się czy się leczymy? Jeżeli bawimy, to do pierwszej skuchy, prędzej czy później pewnie wylądujemy u lekarza. I wtedy pada pytanie numer dwa: jakiego? Chirurga plastycznego? Dermatologa?

Specyfika pracy tych ostatnich zmieniła się bardzo na przestrzeni ostatnich 15 lat...

- Zanim medycyna estetyczna zrobiła się u nas popularna, dermatologię traktowano jak specjalizację drugiej kategorii, taką tam medycynę dla kobiet. I to raczej tych, których na nic więcej nie stać - mądrzejsze zostawały przynajmniej pediatrami. Aż tu nagle okazało się, że na takiej "głupocie", jaką jest leczenie skóry, da się rewelacyjnie zarobić i sporo lekarzy natychmiast odkryło w sobie gen dermatologa. Postanowili się przekwalifikować, a możliwości mają mnóstwo.

Jakie na przykład?

- Dwuletnie studia podyplomowe, np. na Uniwersytecie Medycznym w Warszawie, dwu lub nawet trzyletnie szkoły działające przy stowarzyszeniach lekarzy, którzy medycyną estetyczną już się jakiś czas zajmują, setki kursów organizowanych przez koncerny farmaceutyczne (często prowadzą je prawdziwe autorytety ale też tzw. "głośne nazwiska" -  jednego z drugim lepiej nie mylić). To wszystko wyłącznie dla lekarzy, absolwentów uczelni medycznych. Ale jeżeli ktoś nie miał czasu lub ochoty studiować, też może się przeszkolić. W "Zrobionych" zająłem się m.in. karierą doktora L., który z medycyny estetycznej zrobił sobie patent na życie - szkoli wszystkich chętnych, przeważnie kosmetologów i kosmetyczki.

Czy są w takim razie kraje, które rynek medycyny estetycznej pozostawiają lekarzom?

- Polska nie jest wyjątkowa. Na całym świecie medycyna estetyczna działa trochę na marginesie prawa do czasu, aż wydarzy się jakaś tragedia. Francuscy i brytyjscy politycy medycyną estetyczną zainteresowali się dopiero po aferze z implantami piersi marki PIP, przez kilka lat produkowanych z silikonu przemysłowego, przeznaczonego do robienia materaców. W Anglii powołano specjalną komisję, która przez rok penetrowała rynek świadczeń medycznych. Wniosek jest krótki: poprawianie urody i cofanie czasu to "sajgon", każdy robi, co chce, pacjenci są beztroscy, lekarze wyluzowani, o ile w ogóle są lekarzami, bo botoks w Londynie można sobie zrobić równie dobrze u fryzjera czy kosmetyczki. Dopiero teraz zaczęto wprowadzać jakieś zasady, m.in. wystudzenia. Polega ona na tym, że między pierwszą konsultacją a zabiegiem muszą minąć dwa tygodnie, żeby pacjent spokojnie pomyślał, na co się decyduje. Nie ma niewinnych, w stu procentach bezpiecznych, zabiegów.

- Chociaż rynek medycyny estetycznej oficjalnie u nas nie istnieje, rozwija się dwa razy szybciej niż przewiduje średnia światowa. W 2015 roku pół miliona Polaków przyznało w badaniach, że chcą sobie coś poprawić. Ilu lekarzy da im dwa tygodnie do namysłu, zanim np. "zrewitalizuje usta"? Konsultacja to wydatek rzędu 150-500 złotych. Mało - na prostym zabiegu można zarobić kilka razy więcej, za lifting kolan zainkasować od razu 20 tysięcy. Pokusa szybkiego zysku jest zbyt duża, żeby bawić się w jakieś tam wystudzanie. Wyjątek stanowią naprawdę dobrzy lekarze.

Myślę, że dużą szkodę pacjentom wyrządzają programy telewizyjne. Część z nich promuje model błyskawicznego rozwiązania - pacjentkę sadza się na fotelu, po chwili przychodzi lekarz i po prostu wstrzykuje jej jakąś substancję w usta czy czoło.

- Takie programy mają sporą wartość edukacyjną. Pokazują, że wiele problemów da się dzisiaj rozwiązać i dzięki temu pozbyć kompleksów, zyskać pewność siebie. Tylko, że telewizja to przede wszystkim scenariusz, reżyseria, akcja, dramaturgia, emocje. Program musi się dobrze oglądać, prawda w tym przeważnie nie pomaga, nie jest telegeniczna.

Na wyobraźnię potencjalnych pacjentów działa też Internet...

- Mnóstwo portali publikuje rankingi lekarzy i zabiegów rekomendowanych przez pacjentów. Jeśli taki np. "Mommy makeover" - przywracanie ciała do stanu sprzed porodu - zbiera 97 proc. pozytywnych opinii, wiele kobiet z rozstępami zaczyna się zastanawiać: może warto. Trochę ten zabieg kosztuje, prawda, ale to przecież inwestowanie w siebie, najlepsza lokata kapitału, zrobię to, tamto i znów będę wyglądać jak rakieta. Każdy producent wypełniaczy z kwasem hialuronowym - w Europie jest ich 100 - swój preparat zachwala jako przełomowy, rewolucję w zabiegach anti-aging. Tymczasem dobrzy lekarze mówią o czterech bentleyach, kilku mercedesach i całej reszcie. Dr Ewa Chlebus, dermatolog, jedna z najlepszych ekspertek w Europie w leczeniu trądziku różowatego, swoich pacjentów zawsze pyta: idziemy drogą marketingu czy medycyny?

Która z nich jest mniej obciążająca dla portfela?

- Nowe zawsze jest wrogiem dobrego, sprawdzonego i bezpiecznego, także w medycynie. Sporo zabiegów z górnej półki cenowej szybko przechodzi do historii, bo ich skuteczność jest znikoma, a pacjent lubi widzieć, za co zapłacił. Efekt musi być natychmiastowy i z gatunku "wow!". Swoją drogą to wcale nie atrakcyjna cena zachęca Polaków do "zrobienia" sobie czegoś u kosmetyczki zamiast u lekarza. Jeżeli w ogóle jest różnica w rachunku za zabieg, to minimalna, rzędu 10 - 20 proc.

Skoro różnica w cenie między zabiegiem u kosmetyczki i zabiegiem u lekarza jest tak niewielka, może rolę odgrywa tu psychologia. Wydaje nam się, że zabieg wykonywany u kosmetyczki nie może być niebezpieczny...

- Relacja klientka-kosmetyczka łatwo zmienia się prawie w przyjaźń. Podczas zabiegów pielęgnacyjnych są warunki, żeby się zwierzyć, zbliżyć. U lekarza na pogaduchy nie ma czasu, w kolejce czekają następni pacjenci. W zaufaniu do kosmetyczki dr Barbara Walkiewicz-Cyrańska, prezes Stowarzyszenia Lekarzy Dermatologów Estetycznych, dostrzega też spadek po poprzednim systemie politycznym. W PRL-u dermatolodzy nie mogli prowadzić samodzielnej praktyki prywatnej, tymczasem kosmetyczki nie miały takich ograniczeń, ich gabinety były erzacem luksusu. Niewiele osób traktowało skórę poważnie, dziecko z trądzikiem prędzej wysyłało się do kosmetyczki niż do dermatologa i ta lekcja została szybko zapamiętana na przyszłość: o wygląd dbamy u kosmetyczki, a lekarz jest od tego, żeby leczyć.

Co możemy zrobić, by zagwarantować sobie względne bezpieczeństwo?

- Przede wszystkim sprawdzić, z kim mamy przyjemność. Jeżeli z prawdziwym lekarzem, jego nazwisko figuruje w rejestrze Naczelnej Izby Lekarskiej, do wglądu 24 godziny na dobę w Internecie.

A czy mamy narzędzia, by sprawdzić, jaki dokładnie preparat zostanie nam zaaplikowany?

- Nikt nam nigdy nie odbierze prawa, by zapytać lekarza. Tylko jak, jakimi słowami, jak przełamać w sobie strach? Polski pacjent woli milczeć, nie wychylać się, bo jeszcze lekarz sobie pomyśli, że mu nie ufamy, albo odpowie tak, że człowiek nic z tego nie zrozumie. Każdy porządny preparat z kwasem hialuronowy ma też podwójną banderolę - jedna jest do dokumentacji w gabinecie, druga dla pacjenta, żeby wiedział, co ma w skórze. Zwłaszcza gdy nabierze ochoty na więcej, ale już u kogoś innego. Pacjentów, którzy robią z tej banderoli użytek jest mniej niż 10 proc. Reszta nie ma pojęcia lub nie pamięta, co sobie zrobili i kiedy to było. Popatrzyli w lustro, uznali, że po poprzednim zabiegu śladów już nie ma, no to wracają - wyluzowani, beztroscy.

W "Zrobionych" nie stroni pan od drastycznych przykładów powikłań - w pamięć zapadły mi chociażby powieki opuchnięte do tego stopnia, że okulary przeciwsłoneczne zsuwały się z nosa. Potrzebna była natychmiastowa interwencja lekarza. Rozumiem, że nie chodziło o zniechęcenie czytelnika do medycyny estetycznej, ale element akcji uświadamiającej...

- Reklamy preparatów i zabiegów, w myśl zasady: po co straszyć pacjenta, jeszcze się zniechęci i ucieknie, prawie w ogóle nie wspominają o bólu, a co dopiero o powikłaniach. Dr Ewa Kaniowska, dermatolog  z Wrocławia, od lat powtarza: powikłania były, są i będą. Czasami występują już w trakcie zabiegu, ale bywa też, że dopiero tydzień po - lekarz musi się na to przygotować. Mówię "lekarz", bo kosmetyczka prawdopodobnie wpadnie w panikę - przecież potrzebne są lekarstwa wydawane na receptę. Medycyna jest świetnym dowodem na to, że każdy z nas jest naprawdę wyjątkowy. Preparat, który poprawił wygląd znajomemu, nam może się nie przysłużyć. Większość dobrych lekarzy ma pod ręką dwie toksyny botulinowe, różnych producentów. Na jedną pacjent może zareagować źle albo wcale, natomiast druga, o niemal identycznej recepturze, sprawdzi się.

Spotkał się pan z przykładami zmian nieodwracalnych?

- Widziałem przypadek wstępnie zdiagnozowany jako martwica skóry, bez większych szans na ratunek. Udało się, ale oczywiście nie od razu - leczenie wymagało konsultacji aż trzech specjalistów. W reklamie każdy producent preparatów obiecuje, że jego środki są skuteczne, bezpieczne i "metabolizują się". Takich cudów nie ma. Dr Lubomir Lembas, chirurg plastyczny, na jednym z kongresów zaproponował koniec zabawy w grę słówek: poprawiający napięcie skóry zabieg laserem to lifting, każdy preparat wprowadzony w skórę to implant. Nigdy nie znika bez śladów.

W książce pisze pan o kobiecie, której medycyna estetyczna pomogła w walce z depresją. Po zabiegu jej życie zmieniło się na lepsze...

- Kasia odzyskała twarz, dzięki medycynie estetycznej zaczęła przypominać siebie sprzed operacji guzów ślinianki zausznej. To miał być rutynowy zabieg, z minimalnym ryzykiem powikłań, skończył się tym, że połowa twarzy straciła unerwienie. Lekarze uprzedzili, że jeżeli w ogóle będzie poprawa, to powolna. Dlatego Kasia odpuściła sobie terapię.  Do dermatologa poszła kibicować przyjaciółce w walce ze zmarszczkami. Przy okazji usłyszała, że nad nią też warto popracować, bo może być zdecydowanie lepiej. I rzeczywiście jest. Co prawda nie idealnie, to jeszcze nie ten etap rozwoju medycyny, ale już widać, jak wiele wspólnego medycyna estetyczna ma z chirurgią rekonstrukcyjną. To naprawdę nie jest "bardziej skomplikowana pielęgnacja".  

No właśnie. Czy możemy w ogóle wyznaczyć granice między medycyną estetyczną a chirurgią plastyczną? Czy tą granicą jest tylko skalpel?

- Nie jesteśmy lekarzami tylko potencjalnymi pacjentami. Świadomość, czy są jakieś granice, gdzie one przebiegają, do niczego nam się nie przyda. Ważne, żebyśmy wiedzieli, gdzie kończy się pielęgnacja, a zaczyna medycyna; jak trafić do lekarzy, którzy leczą, a nie do ludzi, którzy chcą na nas zarobić. Coraz więcej Polaków zgłasza się do gabinetów z konkretnymi życzeniami: poproszę większe usta, prosty nos, powieki, które nie opadają.... Wskazań medycznych do wykonania zabiegu nie ma, estetyczne są mocno dyskusyjne, ale pacjent przyszedł, ma chęci, ma świadomość, że można i ma też pieniądze. Właśnie w takich momentach wytyczana jest granica między leczeniem a spełnianiem zachcianek.

Przybywa osób uzależnionych od medycyny estetycznej. Czy to zjawisko doczekało się już badań?

- Światowe statystyki mówią, że aż 15 proc. pacjentów klinik medycyny estetycznej cierpi na dysmorfofobię. Nie potrafią ocenić swojego wyglądu, nienawidzą szczegółów albo całości, nie chcą oglądać swojego odbicia w lustrze lub przeciwnie - co chwilę sprawdzają, czy nie pojawiła się jakaś nowa wada. Medycyna estetyczna w niczym im nie pomoże, potrzebują pomocy psychologa lub psychiatry. Czy do niego trafiają? Sądząc po twarzach znanych osób i tych anonimowych, spotykanych na ulicy, na pewno nie wszyscy.  

Gdyby lekarze wykazywali się większą konsekwencją, być może w Polsce nie byłoby tylu osób znanych właśnie z tego, że nadużywają zabiegów medycyny estetycznej.

- Nie każdy z tych przypadków jest dysmorfofobią. Są ludzie, którzy nie chcą wyglądać naturalnie. Za duże usta i policzki traktują jak dowód, że dbają o siebie, stać ich, znaczy: odnieśli sukces lub są bardzo blisko celu. Powiedzieć "to chore" jest bardzo łatwo, ale dla każdego z nas ma to nieco inne znaczenie. Poza tym show-biznes codziennie wysyła nam sygnały, że kluczem do błyskawicznej kariery wcale nie jest dziś talent tylko wielkie usta, dziwne rzęsy, nowe policzki lub surrealistyczna talia.

Mam wrażenie, że przekaz medialny dotyczący medycyny estetycznej, fundowany głownie przez portale plotkarskie, jest wciąż wyraźnie negatywny.

- A Gigi i Bella Hadid? A Kylie Jenner? Zrobione od A do Z, nigdy tego nie ukrywały. Przeciwnie, ze szczerości na pograniczu ekshibicjonizmu zrobiły sobie swój patent i oręż w walce o sławę. Ludzie mówią, że są sztuczne, sam silikon i plastik, inni, że pospolite, a jeszcze inni, że to ambitne dziewczyny, wzięły się za siebie, popracowały nad wyglądem, zainwestowały i proszę, są efekty - są! Skoro im się udało, inni też mają szansę.  

Więcej o książce "Zrobieni" Piotra Zachary przeczytacie TUTAJ

Dowiedz się więcej na temat: medycyna estetyczna | chirurgia plastyczna | rewitalizacja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje