Reklama

Reklama

Gdzie się podziały tamte prywatki?

PRL to nie tylko długie kolejki i puste sklepowe półki. To także czas prywatek, leniwych niedziel spędzanych w domu lub na działce, a także wakacyjnych wojaży w ośrodkach wczasowych czy pod namiotem. Dzieci i młodzież spędzały całe dnie na podwórkach: bawiły się na trzepaku, grały w piłkę i kapsle, a z domów wynosiły scyzoryki oraz noże. O czasie wolnym Polaków w minionej epoce z sentymentem opowiedział Interii Wojciech Przylipiak - dziennikarz, autor bloga Bufet PRL oraz książki „Czas wolny w PRL”.

Iwona Wcisło, Interia: Skąd pomysł, by napisać książkę o tym, jak ludzie spędzali czas wolny w PRL?

Wojciech Przylipiak: - W zasadzie był to naturalny proces. Od wielu lat prowadzę bloga Bufet PRL, w którym opisuję różne przedmioty z tamtych lat. Dorastałem w ostatniej dekadzie PRL-u i mam do nich ogromny sentyment. Siłą rzeczy wiele z nich jest związanych z czasem wolnym. Są wśród nich zabawki, Atari, Commodore i inne komputery sprzed lat, gry planszowe, jak na przykład "Fokus", czyli gra roku 1987, według czasopisma "Świat Młodych". Rok temu odezwało się do mnie wydawnictwo MUZA i doszliśmy do wniosku, że fajnie byłoby napisać o tym książkę. Nie chodziło o wybielanie ciemnych stron PRL, ale pokazanie zarówno popularnych, jak i  mniej znanych sposobów spędzania wolnego czasu przez zwykłych ludzi. Bez bajdurzenia, że kiedyś było lepiej czy gorzej. Było po prostu inaczej.

Reklama

Z czasem wolnym było jednak kilka problemów. Polacy musieli się nauczyć wypoczywać, a dodatkowo oferta była odgórna, dość ograniczona i przesiąknięta propagandą. Jak sobie poradziliśmy?

- To prawda. Na początku lat 70. tygodnik "Przekrój" opublikował wyniki sondażu, z których wynikało, że 80 proc. ankietowanych nie umie wypoczywać. Idea wolnego czasu zaczęła się rodzić dopiero po wojnie i świat robotniczy nie do końca wiedział, co z nim zrobić. Z drugiej strony, nie było go wcale tak dużo. Pamiętajmy, że wolne soboty pojawiły się dopiero w latach 70. i na dodatek trzeba je było odpracować. Wolne więc były tylko niedziele, kiedy ludzie najczęściej odsypiali ciężki tydzień pracy. "Przekrój" przekonywał, że sztuki odpoczywania można się jednak nauczyć: polega ona na tym, żeby robić wszystko z wyjątkiem tego, co robi się przez cały rok.

- Ale Polska Ludowa nie miała zamiaru oddawać czasu wolnego tak po prostu - zgodnie z założeniem, że gdy ktoś ma go za dużo, to zaczyna kombinować. Dlatego zaczęto go Polakom organizować.  Miało to swoje dobre i złe strony. Państwo miało wprawdzie monopol na organizowanie nam czasu wolnego i wszystko było skażone propagandą, ale z drugiej strony dzięki władzy wielu Polaków po raz pierwszy w życiu wyjechało na wakacje, zobaczyło zagraniczny film - nie tylko radziecki, czy poszło do teatru.

- W tych trudnych czasach rodziły się też niesamowite pomysły na spędzanie wolnego czasu. Blokada wolności pobudza kreatywność, czego doskonały przykład mamy teraz podczas kwarantanny, kiedy powstaje wiele fajnych inicjatyw. Liczną grupę obywateli PRL stanowili ludzie, którzy żyli po swojemu, z dala od wytycznych władzy. Jak chociażby Stanisław Orzepowski - jeden z pionierów podwodnej fotografii w Polsce,  Bogusław Laitl i Tadeusz Sowa, którzy w 1957 roku jako pierwsi przejechali Polskę autostopem, czy Tadeusz Sakowski - pionier polskiego caravaningu, który pracował też z młodzieżą i prowadził teatry.

Niemal każdy, kto z sentymentem wspomina dzieciństwo w czasach PRL, twierdzi, że dzieci się wtedy nie nudziły. Jak najmłodsi spędzali wolny czas? Bo ja głównie na trzepaku i budowach.

- Czas wolny młodych ludzi wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Przez większość epoki PRL, do lat 80. spędzano go przede wszystkim na podwórku - siedziało się tam dopóki mama nie krzyknęła z okna, że pora na kolację. Jednym z najważniejszych miejsc dzieciństwa dla tych, którzy wychowali się na peerelowskich podwórkach, był trzepak - najczęściej zlokalizowany tuż przy śmietniku. Poza godzinami trzepania dywanów pełnił on funkcję placu zabaw, kawiarni czy siłowni. Zawierano tam przyjaźnie, rodziły się miłości i dochodziło do drak. Dziś trzepaki rdzewieją na pustych podwórkach.

- Nie była to oczywiście jedyna forma spędzania wolnego czasu przez dzieci i młodzież po szkole. Poza modelarstwem, fotografią i innymi zajęciami w domach kultury, popularne były dyscypliny sportu, które można było uprawiać na świeżym powietrzu. Na wielu podwórkach grano w piłkę nożną, siatkówkę, ping-ponga czy jeżdżono na rowerze. Popularnością cieszyły się też różne gry i zabawy: skakanka, hula-hoop, klasy, cymbergaj, kolory, ciupy i hacele, kapsle, pikuty, państwa, podchody, widoczki, dwa ognie, zbijak czy zośka. Trzeba pamiętać, że to się zmieniało z czasem - inaczej wyglądało zaraz po wojnie, a inaczej w latach 80. Formy spędzania wolnego czasu różniły się też w zależności od regionu Polski.

- Ale nie wszystkie dzieci miały tak dużo wolnego czasu. Na wsiach dużo pracowały: w gospodarstwach, na polach, przy żniwach. Czas wolny był tam też o wiele gorzej zorganizowany przez władzę. Ale również w mieście można było spotkać dzieci, które z trudem znajdowały pół godziny dziennie na zabawę na podwórku. Najpierw była szkoła, potem pomaganie rodzicom, stanie w kolejkach - gdzie członkowie rodziny się zmieniali, odrabianie lekcji, bajka i do spania. Tak mijał im dzień za dniem.

- Doskonale pokazują to filmy dokumentalne. Na przykład:"Ludzie z pustego obszaru" z 1957 roku. Władysław Ślesicki i Kazimierz Karabasz pokazują w nim włóczącą się po Warszawie młodzież, która łobuzuje i przesiaduje na Stadionie Dziesięciolecia. Chodzili tam na wagary, grali w karty, pili wino i wódkę, uprawiali miłość.

Podwórko w PRL nie było chyba najbardziej bezpiecznym miejscem?

- Mówiąc trochę żartem, trochem serio: dzieci wychowujące się na peerelowskich podwórkach  cudem przeżyły ten czas. Chłopców pociągały zabawy pirotechniczne z saletrą lub karbidem. Z kawałka gumy i drewna dzieciaki robiły proce - trafienie z niej kogoś skoblem, czyli zakrzywionym drucikiem, było bardzo bolesne. Podobnie jak strzały posyłane ze spluwki. Dzieci chodziły z finkami lub scyzorykami, z domów wynosiło się noże.

- Jeszcze bardziej niebezpieczne były metalowe konstrukcje stawiane na placach zabaw wśród betonowych murków. Zjeżdżalnia na moim podwórku w Słupsku pochłonęła jeden dziecięcy palec - to naprawdę niewiele zważywszy na ogrom potencjalnych niebezpieczeństw. Wielką atrakcją były też wszelkie okoliczne budowy z pustakami, rurami i dołami. Patrząc z dzisiejszej perspektywy wszystko to było bardzo niebezpieczne, ale mimo robienia wielu głupot, większość z nas przeżyła.

Kiedy młodzież i dzieci zaczęły znikać z podwórek?

- Dzieci zaczęły spędzać mniej czasu na podwórkach w latach 80., kiedy pojawiła się telewizja satelitarna, pierwsze magnetowidy i oczywiście komputery. Wcześniej jedyną konkurencją dla zabawy z kolegami była telewizja. W radiu nie było zbyt wielu propozycji dla dzieci. Telewizja wystartowała wprawdzie w latach 50., ale w całym kraju było wtedy zaledwie kilka tysięcy odbiorników. Dopiero w latach 70., kiedy niemal każda rodzina miała już swój telewizor, zaczęto przed nim spędzać czas wolny.

- Duży przeskok nastąpił w latach 80. Pojawiła się telewizja satelitarna, a w niej pierwsze filmy oglądane po niemiecku czy holendersku - co nie miało żadnego znaczenia. Ważne, że był Rambo i strzelał (śmiech). Aby korzystać z tych dobrodziejstw, trzeba było uzasadnić potrzebę oglądania telewizji satelitarnej i uzyskać odpowiednie zezwolenie.

- Niemal w tym samym czasie Polacy rzucili się również na kasety VHS. Pojawiły się magnetowidy, choć początkowo ich zakup był poza zasięgiem finansowym przeciętnego obywatela. Nie stanęło to jednak na przeszkodzie rozwojowi rynku wideo w naszym kraju. Zaczęły się pojawiać pierwsze wypożyczalnie kaset, a także miliony pirackich kopii, których jakość często pozostawiała wiele do życzenia.

- No i kolejna zmiana, po której nic już nie było takie samo: pojawiły się komputery. Swój pierwszy, Atari 65 XE, dostałem w 1987 r. Pamiętam, jak z bratem znaleźliśmy go przed gwiazdką - był schowany pod jakimś kocem. Nie mieliśmy pojęcia, co to jest! Ale wiedziałem, że na pewno odmieni moje życie (śmiech). Wtedy najbardziej dało się zauważyć zmianę: coraz mniej dzieciaków biegało po ulicach, a coraz więcej przesiadywało przed komputerami Atari, ZX Spectrum, Commodore 64 i konsolami.

A co z dorosłymi? Jedna osoba powiedziała mi, że głównie pili, bo nie mieli zbyt wielu alternatyw.

- Alkohol rzeczywiście był dużym problemem. Dotarłem do danych, z których wynika, że w 1975 roku statystyczny Polak wypijał 8 litrów czystego spirytusu w ciągu roku, czyli dziewięć razy więcej niż przed wojną! Pamiętam, że pili wszyscy i wszędzie. Wynikało to z wielu przyczyn, między innymi z nudy. W jednej z gazet znalazłem wypowiedź mężczyzny: "Gdybym miał okazję, piłbym nawet codziennie. Zapiję mordę, zapomnę o moim beznadziejnym życiu, tanim kosztem przeniosę się w świat nierealny, kolorowy, radosny". Alkohol był na kartki i dostępny dopiero od godziny 13, ale dla nikogo nie stanowiło to przeszkody. W latach 80. pojawiała się też narkomania. Skala zjawiska była mniejsza i dotyczyło ono głównie młodych ludzi, ale problem był odczuwalny.

- Wracając do spędzania wolnego czasu przez dorosłych: z grubsza możemy podzielić go na czas spędzany w domu, na podwórku, w ogródkach działkowych i na wakacjach.

Co Polacy porabiali w domach?

- Zacznijmy od tego, że w domu tego wolnego czasu nie było zbyt wiele - zwłaszcza wśród kobiet, które po powrocie z pracy miały mnóstwo obowiązków domowych. A do tego dochodziło stanie w kolejkach w sklepach. Dla nich czas wolny był luksusem. Zupełnie inaczej było w przypadku mężczyzn: ich czas pracy kończył się wraz z wyjściem z zakładu. Statystyka pokazuje, że tylko nieco ponad 30 proc. mężczyzn aktywnie uczestniczyło w wychowaniu dzieci.

- W pierwszych dekadach PRL-u najpopularniejszą formą spędzania wolnego czasu było słuchanie radia. Potem pojawiła się telewizja, wideo i komputery. Polacy chętnie odwiedzali się w domach. Były wizyty na kawkę, wspólne obiady, imieniny i oczywiście prywatki. W oczekiwaniu na sobotnie prywatki można było też spędzić czas w najprostszy możliwy sposób - pod kioskiem z piwem. Fenomenalnie rzeczywistość pod budką z piwem pokazał Jerzy Gruza w filmie "Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy" z 1973 roku.

Jaki był przepis na udaną prywatkę?

- Jak na każdej prywatce, nie tylko w PRL, musiało być dobre towarzystwo, muzyka, napoje i jedzenie. Odpalało się gramofon Bambino i puszczało przeboje Paula Anki, Neila Sedaki czy Andrzeja Zauchy. Do tego była wódka lub wino, na przykład riesling. Piwa raczej się nie piło. No i obowiązkowo zagrycha, czyli galareta, sałatka jarzynowa, kanapki. Ten kto miał dostęp do mięsa, przynosił kiełbasy. Ktoś inny wódkę, a jeszcze inni robili ciasto. Pamiętam kilka takich prywatek w domu. Podczas jednej z nich mój nauczyciel ze szkoły zasnął w wannie - na szczęście bez wody (śmiech). Podczas innej wspólnie śpiewano piosenki Zauchy, a jeszcze innej - przebierano się. 

- A gdy już prywatka się skończyła, to można było poczekać na poranny przejazd polewaczki i tak wrócić do domu. Na taksówkę nie było szans. Taki obraz możemy zobaczyć w jednym z odcinków serialu "Czterdziestolatek". Najbardziej pamiętny opis prywatki z PRL-u to oczywiście ten z piosenki Wojciecha Gąssowskiego: "Gdzie się podziały tamte prywatki".

Wspomniał pan również o ogródkach działkowych. Można powiedzieć, że był to hit PRL, który na dodatek dziś wraca do łask. Ceny działek są zawrotne, zwłaszcza w wielkich miastach. Na czym polegał ich fenomen?

- Ogródki działkowe pełniły bardzo ważną rolę w życiu Polaków. I choć nie były wynalazkiem PRL-u, bo pierwsze powstały jeszcze w XIX wieku, to rzeczywiście wtedy przeżyły rozkwit. W okresie powojennym stanowiły ważne zaplecze żywieniowe. Nie tylko uprawiano na nich owoce i warzywa, ale hodowano też zwierzęta, takie jak króliki czy gołębie. Słynne było hasło ministra handlu i aprowizacji Alfreda Jaroszewicza z 1946 roku: "Czym dawniej było mięso, dziś są warzywa". Z czasem doszedł aspekt wypoczynkowy. Na działkach zakwitło życie towarzyskie. W latach 80. aż 2,5 miliona obywateli odpoczywało tutaj po pracy. O działkę starało się wtedy 700 tys. osób - czterokrotnie więcej niż o fiata 126 p. Polacy byli tak zdesperowani, że gdy nie przyznano im działki, tworzyli dzikie ogrody.

- Działki były nie tylko wytchnieniem od ciasnych, ciemnych i zawilgoconych mieszkań, ale też miejscem, gdzie można było poczuć wolność. Z jednej strony działkowicza obowiązywał regulamin, ale z drugiej mógł wcielić się w rolę architekta i budowniczego, dając upust swojej kreatywności. W efekcie powstawały domki składaki z przeróżnych niepasujących do siebie elementów: każde okno było inne, a funkcję drzwi wejściowych pełniły np. drzwi toaletowe z mieszkania w bloku.

- W książce napisał pan, że po budulcu altanek łatwo było poznać, gdzie pracuje właściciel działki albo gdzie ma znajomości.

- Dokładnie! Na przykład na działce mojej babci Zosi altanka powstawała z drzwi, które wujek wynosił z pracy. Domki działkowe często były składane z elementów "załatwionych" z zakładów pracy albo pobliskich budów. Były to kawałki blachy, drewno albo cegłówki z rozbiórki, drzwi od windy czy nawet kioski Ruchu.

- Dziś ogródki działkowe przeżywają drugą młodość - choć już w trochę innej formie. W zeszłym roku odwiedziłem działki przy alei Waszyngtona w Warszawie. To m.in. tutaj rozgrywa się akcja książki Adama Bahdaja i serialu Stanisława Jędryki "Stawiam na Tolka Banana". Przy bramie zamiast składaków, syrenek czy małych fiatów, stały luksusowe samochody. Kiedyś ludzie głównie uprawiali tam owoce i warzywa, dziś po prostu odpoczywają w otoczeniu kwiatów. Obowiązkowy jest grill i trampolina. Mimo tych zmian działki nadal stanowią świetną odskocznię od życia w blokowiskach.

Porozmawiajmy o wakacjach. Gdzie spędzali je Polacy?

- Najczęściej w ośrodkach wczasowych, które były w praktycznie w każdym miejscu kraju, lub pod namiotami. Ciekawą opcją były też przyczepy campingowe. Chyba każdy kojarzy charakterystyczne niewiadówki, które później przerabiano na bufety - skąd wzięła się nazwa "zapiekanki". Do dziś możemy jest spotkać na parkingach, gdzie służą jako budki ochrony.

- Najpopularniejszymi rejonami wypoczynkowymi były góry i morze. Tuż po wojnie to właśnie rejony górskie miały najlepszą bazę wypoczynkową - było tam po prostu najmniej zniszczonych obiektów. Prym wiodło oczywiście Zakopane. Ale dość szybko zaczęła się też przygoda Polaków z morzem: modny Sopot, Mielno, Chałupy, Kołobrzeg i inne nadmorskie miejscowości zaczęły cieszyć się ogromną popularnością. Amatorzy żeglarstwa chętnie wypoczywali latem na Mazurach. Polacy jeździli też do miejscowości uzdrowiskowych i nad polski Balaton, czyli Zalew Zegrzyński.

- Na czym polegał fenomen Zakopanego? W książce podaje pan, że miasto to przyciągało aż 10 procent całego ruchu turystycznego!

- Rzeczywiście miało się wrażenie, że do Zakopanego jeździli wszyscy. To miasto, w którym po prostu wypadało bywać. Podobnie jak w Sopocie, zderzały się tam dwa światy: robotniczy i artystyczny. Wielką atrakcją było spotkanie znanej osoby, która przechadzała się po Krupówkach.

- Fenomen Zakopanego wynikał też ze specyficznego kapitalistycznego klimatu. Funkcjonowało tam wielu prywaciarzy - zdarzało się, że całe ulice były w prywatnych rękach. Komisja wysłana do Zakopanego na początku lat 70. wykazała m.in., że więcej miejsc dostępnych było w kwaterach prywatnych niż państwowych. Miasto było swoistą oazą swobody w szarym PRL-u.

A kim był kaowiec, którego postać przewija się w opowieściach o ośrodkach wczasowych?

- Kaowiec, czyli referent kulturalno-oświatowy, był zaraz obok kierownika najważniejszą osobą w ośrodku wczasowym. Jego zadaniem było organizowanie zajęć wczasowiczom. Tak jak mówiliśmy na początku: władza dawała czas wolny, ale chciała mieć nad nim kontrolę. Najsłynniejszym kaowcem był Stanisław Tym w filmie "Rejs". Choć on go tam tylko udawał.

- Do obowiązków kaowców należała nauka pieśni związkowych lub patriotycznych, organizacja przeglądów prasy, pogadanek o ruchu robotniczym, zawodów i gier sportowych. Organizowali też wieczorki zapoznawcze. Często byli to ludzie z łapanki, niedouczeni, którzy po prostu przeszkadzali w odpoczynku. Ale czasami taki kaowiec się przydawał, kiedy ludzie nie wiedzieli, co robić na wakacjach.

- W książce wspomina pan, że różni ludzie przyjeżdżali na wczasy i zdarzało się, że kaowiec uczył wczasowiczów, jak jeść nożem i widelcem, a nawet czytać.

- Tak, ludzie przyjeżdżali do ośrodków wczasowych niczym z innej planety. Wielu z nich nie wiedziało, jak zachowywać się w towarzystwie nieznanych sobie osób, ani jak wypoczywać. Po wojnie 99 proc. czasu ludzie spędzali ze swoją rodziną, a tu nagle zostali wysłani do obcego miejsca, w którym nikogo nie znali. Warto podkreślić, że na początku ludzie wyjeżdżali na wczasy sami - rozdzielano nawet małżonków, każdy otrzymywał inny przydział. Kaowiec musiał więc uczyć ich podstawowych zachowań i tego, jak wypoczywać. Obejmowało to również naukę czytania - w okresie powojennym odsetek analfabetów wśród Polaków był bardzo wysoki.

Wielkim sukcesem PRL było zmniejszenie analfabetyzmu po wojnie z 20 do zaledwie 3 proc. Jak władza ludowa tego dokonała?

- Przede wszystkim dzięki wspieraniu czytelnictwa i dostępie do literatury. Po wojnie wręcz lawinowo rosła liczba bibliotek - także na wsiach. Wprawdzie przeważała w nich literatura radziecka, szczególnie na początku, ale pojawiały się też klasyki polskie i europejskie. Poprawił się system edukacji, nastąpił rozwój prasy. Nakłady były wtedy ogromne! W 1948 roku, zaledwie po siedmiu miesiącach od pierwszego wydania, nakład "Przyjaciółki" wynosił milion egzemplarzy! A były czasopisma, które miały jeszcze większe nakłady. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie i choć było to skażone propagandą, to ludzie czytali. Nie można zapomnieć też o kinofikacji wsi, czyli wysyłaniu tam kina. Podobnie było z teatrami objazdowymi.

A jak wyglądał seks Polaków? Przecież w przyciasnym mieszkaniu, gdzie łóżka dzieliło wiele osób nie było łatwo o odrobinę intymności. Dane statystyczne liczby urodzeń wskazują jednak, że ludzie jakoś sobie z tym radzili.

- Radzili sobie, szczególnie podczas stanu wojennego, bo co robić, kiedy jest ciemno i głucho (śmiech)? Teraz też eksperci podejrzewają, że efektem kwarantanny będzie wzrost liczby urodzeń. Musimy jednak pamiętać, że przez większość PRL-u temat seksu i erotyki praktycznie nie istniał. Nikt nie mówił, jak to się robi, ani o celowości innej, niż poczęcie młodego człowieka. Temat eksplodował dopiero w latach 80., kiedy dotarła do nas telewizja satelitarna i niemieckie kanały z filmami erotycznymi.

Nie zapominajmy o Michalinie Wisłockiej.

- Tak, Wisłocka zapoczątkowała większą otwartość w sprawach seksu. Polacy mieli też problemy natury technicznej. W mojej książce pojawia się postać pani Teresy, której życie to świetny przykład typowych "trudności". Kobieta wstawała o 4:30, by zdążyć do pracy. Kończyła ją o 13:30 i ruszała w mozolną wędrówkę po sklepach, spędzając długie godziny na staniu w kolejkach. Średnio zajmowało jej to trzy godziny dziennie. Po drodze odbierała dziecko ze żłobka, a potem wykonywała kolejne obowiązki domowe. Na koniec dnia cała rodzina układała się na wersalkach: na jednej dwoje dzieci, na drugiej babcia, a na trzeciej Teresa z mężem. Trudno tu mówić o miejscu na jakąkolwiek intymność, a co dopiero seks.

Czego dziś możemy zazdrościć pracującemu ludowi miast i wsi z czasów PRL?

- Nie wiem, czy to jest kwestia zazdrości - bardziej sentymentu czy nostalgii. Trudno ten czas rozpatrywać w kategorii, że coś było lepsze czy gorsze. Było po prostu inne. Mam obawę, że my nie będziemy mieć takich opowieści, jakie usłyszałem podczas pracy nad książką. Niemal każdy życiorys to jest gotowym scenariuszem na film. Nie wiem, czy byłbym w stanie opowiadać o tym, co robiłem w życiu dłużej niż przez godzinę, a z niektórymi moimi bohaterami spotykałem się kilka razy, po wiele godzin i nie wyczerpaliśmy nawet 5 proc. tematu! Nie można tego powiedzieć oczywiście o każdym, bo wiele osób przeżyło ten czas na jednej nodze, nie robiąc nic ponadto, co trzeba było, żeby przeżyć.  Ale byli ludzie, którzy sami kierowali swoim życiem i byli pionierami w wielu dziedzinach, w ogóle o tym nie myśląc. Zazdroszczę im fascynującego życia.

* Więcej o książce "Czas wolny w PRL" przeczytasz TUTAJ.

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje