Reklama

Reklama

Hanna: Najlepsze, co mama zrobiła, to szybko umarła

Przez pierwsze lata życia matka jest dla nas absolutnym autorytetem. Przyswajamy i traktujemy za pewnik wszystko, co nam przekazuje. Jednak w niektórych przypadkach relacja matka-dziecko boleśnie naznacza na całe życie. Przeczytaj fragment książki "Toksyczna matka", w którym Hanna opowiada swoją wstrząsającą historię. Na końcu znajdziesz komentarz psychoterapeuty.

Hanna, lat 47

Uważam, że jedną z lepszych rzeczy, jaką mama zrobiła mnie i mojej siostrze, było to, że szybko umarła. Miała wtedy siedemdziesiąt trzy lata. Równie dobrze mogłaby żyć dwadzieścia lat dłużej i dalej nas męczyć swoją osobą.

Reklama

Moja mama była lekarzem podwójnej specjalizacji. Pierwszą była neurologia. Przez wiele lat pracowała na oddziale neurochirurgii. Specjalizowała się w konsultacji guzów mózgu, w tym w opisywaniu badania EEG. Podobno była w tym świetna, bo kiedy zrobiła specjalizację z psychiatrii i została ordynatorem oddziału leczenia nerwic (który zresztą sama stworzyła), to do końca życia, raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc  jeździła do kliniki neurochirurgii, by wystawiać swoją opinię pod przeprowadzonymi badaniami. Ale oddział leczenia nerwic był jej największym osiągnięciem zawodowym. Był to drugi tego typu oddział w Polsce.

Po tym, jak mnie urodziła, bardzo szybko wróciła do pracy. Może po sześciu tygodniach? Nie wiem, ile wtedy trwał urlop macierzyński. Od niemowlaka wychowywały mnie opiekunki. Nie było z tym problemu, bo mama nie karmiła mnie piersią. To były lata siedemdziesiąte, bardzo modna była wtedy Humana. Uważano, że na tym mleku każde dziecko świetnie wyrośnie. Ale mama później się tłumaczyła: "Haneczko, ja cię nie karmiłam piersią, bo między nami był konflikt serologiczny. W zakresie grup głównych i czynnika Rh". A gdy dorosłam, przeczytałam, że nie jest to przeciwwskazaniem. Może w latach siedemdziesiątych sądzono inaczej?

Z okresu wczesnego dzieciństwa, zanim urodziła się moja siostra, pamiętam mamę raczej radosną. Ale wiem też, że lubiła się awanturować. Wchodziła gdzieś, gdzie chciała coś załatwić, a gdy w kolejce stało dużo ludzi, mówiła kategorycznym tonem: "Jestem lekarzem. Należy mi się obsługa poza kolejnością!". Z reguły ludzie to akceptowali, a kiedy zaczynali protestować, robiła awanturę. Zawsze, gdy widziałam taką sytuację, było mi potwornie wstyd. Stałam obok niej i myślałam: "Znowu muszę to znosić, znowu muszę to znosić!".

Największą traumą z tym związaną był nasz wjazd na Kasprowy Wierch. Miałam jakieś trzy, cztery lata, lecz doskonale to zapamiętałam. Podeszłyśmy do kolejki, a tam tłum ludzi czekających na wjazd. Mama zaczęła się przepychać, ciągnąc mnie za rękę i krzycząc, że jest lekarzem, a lekarze są obsługiwani poza kolejnością. Wywiązała się potworna awantura. Byłam przerażona, że ci ludzie nas pobiją. Kiedy mama wciskała mnie do wagonika, między nim a peronem utknął mi but. Szarpała moją nogę, a ludzie w wagoniku wypychali nas na zewnątrz. To jej awanturowanie się w miejscach publicznych było dla mnie ogromnym ciężarem. Myślałam: "Dlaczego moja mama nie może się zachowywać tak jak inne kobiety?".

Mama zawsze dużo pracowała, również w soboty i niedziele. Brała dyżury, bo mówiła, że za nie najlepiej płacą. Ojciec dość dobrze zarabiał, był dyrektorem w państwowym przedsiębiorstwie, ale jej pieniędzy zawsze było za mało, dlatego oprócz pracy w szpitalu prowadziła prywatną praktykę. Pamiętam, jak wracała wieczorem do domu, siadała w fotelu i z namaszczeniem przeliczała pięćdziesiątki i setki, które zarobiła. Im więcej było stów, tym bardziej jaśniała jej twarz. Ja spędzałam weekendy z tatą. W tygodniu zajmowały się mną opiekunki. Nie zawsze były fajne.

Kiedy miałam pięć lat, mama postanowiła skończyć pisanie doktoratu. Pisała go już od dwóch lat, ale stwierdziła, że idzie to tak wolno, ponieważ jej przeszkadzam. Wymyśliła, że odda mnie na rok do babci, a wtedy się spręży i go skończy. Powiedziała mi, że musi napisać doktorat, bo jak się pracuje w szpitalu klinicznym, doktorat trzeba mieć. Zadecydowała, że w tygodniu będę mieszkać u babci, a do domu będę przyjeżdżać tylko na weekendy. Ojciec słuchał się mamy, nigdy nie potrafił sprzeciwić się jej pomysłom.

Nie przepadałam za babcią. Była wyjątkowo surową kobietą. Strasznie nie chciałam do niej jeździć. Pamiętam, jak pierwszy raz mnie do niej odwieziono: ojciec niósł mnie pod pachą, a ja zalewałam się łzami. A ponieważ babcia mieszkała w centrum Katowic, a my w dzielnicy Ligota, poszłam na rok do nowego przedszkola.

Mama rzeczywiście się sprężyła i doktorat napisała. Miałam sześć lat i wróciłam do domu. Do zerówki poszłam znowu do innego przedszkola. Myślałam, że mama w końcu znajdzie dla mnie czas. Całe dzieciństwo na to czekałam. Nic się jednak nie zmieniło. Uświadomiłam sobie wtedy, że nigdy nie będzie go dla mnie miała, i przestałam czekać. Odsunęłam się od niej. Co z tego, że często mi mówiła, jak bardzo mnie kocha, skoro nigdy jej przy mnie nie było?

Po napisaniu doktoratu mama postanowiła urodzić drugie dziecko. Bo uważała, że należy mieć dwoje. Ojciec nie chciał, ale ona się uparła. Rodzice wcześniej żyli ze sobą różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale od zajścia mamy w ciążę kłócili się codziennie. Moja siostra urodziła się, kiedy miałam siedem lat. Od razu zostały zatrudnione opiekunki. Były z siostrą do południa, a później opiekę nad nią przejmowała babcia, która także nadzorowała niańki. Mój ojciec wracał do domu około siedemnastej i najpierw kłócił się z babcią, a po powrocie mamy kłócili się wszyscy razem.

Babcia często przyjeżdżała do nas już w poniedziałek i zostawała do środy, czwartku, bo nie chciało jej się codziennie kursować tam i z powrotem. Mieliśmy sześćdziesięciometrowe, trzypokojowe mieszkanie. W trójkę mieszkało nam się wygodnie, ale w piątkę już nie. Ja zostałam wyrzucona z własnego pokoju i zajęłam mniejszy, bo w moim ulokowały się mama z siostrą. Ojciec spał w salonie. Kiedy nocowała u nas babcia, spała w moim pokoju na moim łóżku, a ja na rozstawianym łóżku polowym.

Z czasem mama urządzała coraz więcej awantur domowych. Kłóciła się z ojcem w paskudny sposób, bo najpierw czepiała się go o jakieś drobnostki, a później jechała po całym jego życiorysie: wyzywała od nieudaczników, od impotentów. Kochałam tatę, więc bardzo to przeżywałam. Ulubionym miejscem do awantur był dla mamy samochód. Wsiadaliśmy wszyscy w czwórkę do naszej zielonej skody i się zaczynało. Uważam, że ojciec miał świętą cierpliwość do matki, ale w samochodzie często ponosiły go nerwy, bał się spowodować wypadek. My z siostrą też się bałyśmy. Afera kończyła się, kiedy ojciec zatrzymywał samochód gdzieś na poboczu i mówił matce, że albo się zamknie, albo on dalej nie jedzie, bo nie chce pozabijać nas wszystkich. Mama za­mykała się natychmiast i do końca drogi była już spokojna.

Po tym, jak ukończyłam trzecią klasę podstawówki, kiedy miałam dziesięć lat, a siostra trzy lata, rodzice przestali ze sobą mieszkać. Ojciec pojechał do sanatorium, gdyż jako wysoki mężczyzna całe życie miał problem z kręgosłupem, a mama postanowiła się wyprowadzić. Spakowała nas, zamówiła firmę przeprowadzkową. Przeniosłyśmy się do babci, co było zaskakujące, ponieważ mama całe życie była z nią skonfliktowana. Wytłumaczyła nam, że gnieździmy się w sześćdziesięciometrowym mieszkaniu, a babcia po wyprowadzce brata mamy została sama na stu pięćdziesięciu metrach. Wszyscy będziemy mieli więcej miejsca, a babcia nie będzie musiała do nas przyjeżdżać. Wytoczyła jeszcze inny argument: "Ty, Haneczko, dostałaś się teraz do szkoły baletowej, więc od babci będziesz miała bliżej. A tata zostanie na Ligocie, bo gdyby się z nami przeprowadził do babci, to wiecznie by się z nią kłócił. Poza tym mieszkanie jest spółdzielcze, na tatę, więc żeby nie przepadło, tata musi tam mieszkać". Nie powiedziała ojcu, że się wyprowadza. Zrobiła to ukradkiem. Wiele razy potem tata nam mówił, jaka to była dla niego trauma, kiedy po powrocie z sanatorium zastał puste mieszkanie. Bez nas, bez mebli. Rozwaliła naszą rodzinę.

Po jakimś czasie mama oznajmiła tacie, że ma dość przyjmowania pacjentów w przychodni i chce mieć prywatną praktykę. Postanowiła ją urządzić w naszym dawnym wspólnym mieszkaniu. Tata przeniósł się znowu do dużego pokoju, a dwa pozostałe pokoje mama adaptowała na swoją praktykę. Wtedy babcia w pełni przejęła dowodzenie domem. Miało to swoje plusy: wszystko było lepiej zorganizowane. Na przykład przygotowywanie śniadań przez mamę zawsze łączyło się z dużym stresem. Robiła nam śniadania, ponieważ uważała, że dziecko musi zjeść śniadanie, ale zawsze towarzyszyło temu bieganie, krzyki, że przez to ona się spóźnia do kliniki (obchód był o ósmej trzydzieści). Dodatkowo zamiast przygotować coś prostego, robiła wymyślne posiłki, co tylko potęgowało poranny stres. Wychodziłyśmy z siostrą do szkoły w ostatniej chwili. To znaczy ja do szkoły, a siostra do przedszkola - po drodze musiałam ją odprowadzić. Praktycznie biegłyśmy. Moja siostra ciągnięta przeze mnie na tych swoich jeszcze krótkich nóżkach... A i tak często się spóźniałam. Przez matkę.

Mama lubiła wchodzić w rolę ofiary. Zwykła mawiać, że to przez nas tyle harowała. Zawsze jadła to, co najdłużej stało w lodówce. Babcia, która lubiła gotować i praktycznie codziennie przygotowywała coś świeżego, mówiła: "Przecież możesz zjeść to świeże". "Nie. Ja muszę zjeść to, co najstarsze, bo jedzenia nie można wyrzucać. A to najświeższe musi być dla dzieci". I zawsze podkreślała, że nie może zjeść tego, na co miałaby ochotę.

Na kolejnej stronie poznasz przerażającą prawdę o matce Hanny >>

* Więcej o książce "Toksyczna matka" przeczytasz TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: toksyczne matki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama