Reklama

Reklama

Koniec miasta, jakie znamy?

Na szalejące w XIX wieku epidemie architekci odpowiedzieli modernizmem. Funkcjonalne mieszkania z dostępem do światła, powietrza i bieżącej wody, miały sprzyjać przestrzeganiu zasad higieny i zachowaniu zdrowia. Czy po COVID-19 również czeka nas architektoniczna rewolucja? Na to pytanie odpowiada dr Monika Arczyńska – architektka, wykładowczyni Politechniki Gdańskiej, autorka bloga Six Letter City.

Aleksandra Suława: Ma pani balkon?

Monika Arczyńska: Mam. Na pewnym etapie epidemii miałam nawet ochotę pogłaskać go po balustradzie w podzięce za to, że umożliwia mi wyjście na zewnątrz.

Niby tylko kilka metrów kwadratowych, a ile zastosowań: do pracy, do zabawy, do biegania, do koncertowania... Wystarczy spojrzeć na to, co na swoich balkonach w czasie lockdownu robili Włosi.

 - Pojawiają się już nawet badania na ten temat - jedna ze studentek w ramach pracy magisterskiej sprawdza, w jaki sposób ludzie korzystają z balkonów i jak te praktyki zmieniły się w czasie epidemii. Niewykluczone, że nasze aktualne doświadczenia, przełożą się na przyszłe wytyczne do projektowania: być może balkony staną się obowiązkowe i to nie w formie wysepek, na których z trudem mieści się suszarka, ale jako pełnoprawna część mieszkania. Nie zdziwiłabym się też, gdyby ludzie - mając w głowie to, że sytuacja epidemii może się powtórzyć - zaczęli uznawać balkon za element konieczny, a nie miły dodatek do nowo kupowanego lokum.

Reklama

Zdaniem części naukowców koronawirus to dopiero pierwsza z wielu czekających nas pandemii. Powracające epidemie zmienią przestrzeń wokół nas?

 - Takie pytanie pojawia się w architektonicznym środowisku i, jak nietrudno się domyślić, opinie są podzielone. Ja stoję w opozycji do futurystów i w moim zdaniem miasta takie, jakie znamy, całkiem dobrze nadają się do walki z zarazą.

Te ciasne ulice starówek, rynki na których gromadzą się tłumy, wielorodzinne domy, windy w blokach mają sprzyjać walce z zarazą?

 - Nasze ulice i rynki niejedno już widziały. Przetrwały wojny, epidemie, techniczne rewolucje, zmieniały się wykorzystywane do ich budowy materiały, ewoluowały style i proporcje. Jednak sam koncept miasta, ten wzorzec z naprzemienną zabudową i pustką, z placami jako miejscami spotkań i wiodącymi do nich ciągami komunikacyjnymi, pozostaje niezmienny. To archetyp, najbardziej funkcjonalna i intuicyjna forma. W swej istocie nie różni się ona od sposobu, w jaki pierwotne plemiona porządkują swoje szałasy. To również forma niezwykle pojemna: gdybyśmy spojrzeli na Kraków, Gdańsk, czy Wrocław, to ulice tych miast przyjęły już wszystko: handel uliczny, ścieki, wozy konne, a teraz, w tej samej przestrzeni, wchodzimy w nowy etap i uczymy się korzystać z niej w inny sposób. Nie musimy wynajdywać koła na nowo, wystarczy mądrze korzystać z dotychczasowego dorobku.

W takim razie proponuję grę: projektujemy miasto od podstaw. Korzystamy z tego, co wymyślono dotychczas, ale priorytetem jest dla nas walka z epidemią. Może być?

 - Może.

Jak to miasto miałoby wyglądać? Duże? Małe?

 - Tutaj znaczenie miałaby nie tyle jego wielkość, co sposób organizacji. Musiałoby to być miasto podzielone na, w dużym stopniu samowystarczalne, jednostki. Taki model czasem nazywa się "miastem krótkich odległości" - najprościej mówiąc chodzi w nim o to, by jak najwięcej potrzeb zaspokajać jak najbliżej domu.

Czyli nie jak w postapokaliptycznych filmach: ciągnące się w nieskończoność przedmieścia pełne zabarykadowanych domków?

 - Pojawiają się oczywiście przewidywania, według których po doświadczeniu lockdownu ludzie porzucą mieszkania w śródmieściu i przeniosą do domów na obrzeżach, w których będą mogli się odizolować, jeść warzywa z własnej uprawy i wypuszczać dzieci do ogrodu. Jeśli chodzi o indywidualne bezpieczeństwo sanitarne, taki model pewnie zdałby egzamin. Jednak rozpatrywany w globalnym kontekście, nie wypada już tak dobrze. Mieszkańcy przedmieść, chcąc zaspokoić najprostsze potrzeby, muszą wsiąść w samochód i pojechać do skupiska usług. Częstsze podróże to większy smog, a istnieje związek między zanieczyszczeniem powietrza, a umieralnością na Covid - 19. Poza tym, im bardziej się izolujemy, tym rozleglejszej infrastruktury potrzebujemy. Przy skomplikowanej sieci połączeń, jeśli w łóżkach szpitalnych wyląduje spora część populacji, zostaniemy bez prądu, wody i internetu. Będziemy odcięci od świata, a sąsiedzi nam nie pomogą, bo przecież będą mieszkać bardzo daleko.

- Dlatego w momencie, w którym musimy sięgnąć po drastyczne środki i ogłosić lockdown, najlepiej sprawdza się model miejski, zawierający w sobie takie elementy jak bliskość usług, przedszkole i szkoła oddalone od domu o kilka minut spaceru, wielobranżowe sklepy w sąsiedztwie.

Ten opis przypomina mi PRL-owskie osiedle.

 - Można podać taki przykład. Ale może też przywołać Berlin, Kopenhagę, Wiedeń - miasta, które nie tylko nieźle sprawdzają się w epidemicznej codzienności, ale również bardzo dobrze wypadają w rankingach zadowolenia mieszkańców. To ośrodki, wobec których można użyć przymiotników, uznawanych za cechy dobrze zaprojektowanego miasta: "sustainable", czyli zbilansowane i "resilient" czyli odporne - na kryzysy, wahania ekonomiczne i zagrożenie epidemiczne.

Co czyni miasto odpornym?

 - Na przykład wspomniane już rozdrobnienie: jeśli miasto będzie złożone z kilku splecionych ze sobą ogniw, to nawet jeśli jedno z nich ulegnie uszkodzeniu, cały system nadal będzie funkcjonował. Chodzi nie tylko o tworzenie wielu osiedli, ale też o dywersyfikowanie źródeł energii, czy o produkcję żywności w mieście. Im mniej miasto jest zależne od dużych i odległych dostawców, tym szybciej może reagować na kryzys i unikać sytuacji, w której jego mieszkańcy nie są w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb.

***Zobacz także***

Następny element: przestrzeń publiczna. Co z parkami, bulwarami, placami zabaw, tymi wszystkimi miejscami, które miały służyć integracji społeczeństwa. Znikną, bo sprzyjają zakażeniu?

 - Miasto nie może funkcjonować bez takich miejsc, a jego mieszkańcy nie są w stanie całkowicie zrezygnować z interakcji. Zauważyła pani, kto najczęściej łamał zasady kwarantanny?

Seniorzy.

 - Tak, bo dla nich, często mieszkających w pojedynkę, wyjście z domu i spotkanie z drugim człowiekiem to absolutna konieczność, potrzeba tak samo istotna jak spanie, czy jedzenie. Niemożność jej realizacji może mieć skutki porównywalne do epidemii.

Jak więc wyglądałyby te przestrzenie w naszym mieście?

 - Tak samo jak te, które znamy, zmieni się jednak sposób ich użytkowania. Prawdopodobnie będziemy musieli przyzwyczaić się, że są one otwierane lub zamykane w zależności od fazy epidemii. Trzeba będzie wyzwolić się z charakterystycznego dla naszych czasów myślenia, że każda inwestycja musi się zwrócić, być używana przez całą dobę i wykorzystywana na sto procent. Nie musi. Być może wkrótce widok pustego placu zabaw czy bulwaru stanie się codziennością. Nie znaczy to też, że powinniśmy przestać inwestować w miejsca do integracji i rekreacji. Wręcz przeciwnie: one spełniają też inne funkcje: pozwalają na cyrkulację powietrza, retencjonują wodę...

Kolejna sprawa: transport publiczny, jak będzie wyglądał?

 - Ta kwestia niepokoi mnie najbardziej. Od kilku lat w Polsce ścierają się dwa stanowiska. Po jednej stronie jest coś, co hasłowo można by określić "rowerową rewolucją": budujemy drogi rowerowe, przesiadamy się na hulajnogi, zrywamy asfalt, organizujemy protesty, kiedy pod naszymi oknami chcą wycinać drzewa. Po drugiej są zaś racje tych, którzy za priorytet uznają komfort w przemieszczaniu się samochodem. Oni chcą szerokich ulic, parkingów, nawet kosztem strat, jakie w wyniku tego rodzaju inwestycji ponosi środowisko. W ostatnim czasie "rowerowi rewolucjoniści" zdawali się wygrywać: w miejskich politykach wprowadzano koncepcje zrównoważonego transportu, ułatwiano życie pieszym, mówiono o standardach dostępności. Obawiam się, że teraz ten trend się odwróci, a argument "przecież samochód jest najbezpieczniejszym środkiem transportu", będzie nie do przebicia.

Jest coś bezpieczniejszego niż samochód?

 - Może nie bezpieczniejszy, ale porównywalnie bezpieczny jest rower: pozwala na zachowanie dystansu i stosowanie środków ochrony osobistej. Na Zachodzie, gdy ogłoszono lockdown, zamknięto część ulic, by pozwolić pieszym i rowerzystom na poruszanie się z zachowaniem odpowiedniej odległości, arterie zamieniły się w prawdziwe cyklostrady. Niektórzy spekulują, że jeśli tego rodzaju rozwiązania się sprawdzą, być może zostaną utrzymane po zakończeniu epidemii. Niestety obawiam się, że w Polsce takie pomysły nie spotkałyby się z ciepłym przyjęciem. Wręcz przeciwnie: u nas głos tych, którzy chcą korzystać z aut bez ograniczeń, jest bardzo silny.

Było mieszkalnictwo, był transport, to teraz urzędy i biura. Jak będą wyglądały?

 - Gdybym miała wskazać jakieś dobre strony pandemii to elektroniczna rewolucja, która dokonuje się w urzędach, byłaby jedną z nich. Mam nadzieję, że na zawsze skończy się model zbierania pieczątek na druczku i wysyłania tego wszystkiego listem poleconym. Być może skończy się też biznesowy wzorzec, w którym jedziemy na drugi koniec Polski po to, by odbyć półgodzinne spotkanie. Wszyscy już wiedzą, że te same sprawy można omówić przez komunikator. Zmieni się też podejście do zdalnego nauczania, które może zostać uznane za poważną alternatywę dla tego tradycyjnego. To zaś daje nowe możliwości: pozwala na przykład na poszerzenie kadry i zapraszanie ekspertów z całego świata.

Urzędy, uniwersytety, biurowce dziś tworzą całe dzielnice. Co się stanie z tymi budynkami? Znikną? Zmienią swoje funkcje?

 - Pewnie tak, ale nie kolosalnie. Strefy przyjęć w urzędach mogą zostać zmniejszone, ale nigdy nie znikną całkiem, bo pewne osoby i pewne sprawy zawsze będą wymagały kontaktu twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Kto korzystał z telefonicznych porad lekarskich, ten wie, o czym mówię. Biura zaś mogą przejść na system hotdeskowy: w firmie będzie np. 100 pracowników, ale miejsc do pracy tylko 50, ponieważ zawsze się zdarzy, że ktoś pracuje z domu, ktoś ma urlop, ktoś zajmuje się dzieckiem. To oczywiście wymaga dobrego zarządzania i sporego zaufania do pracowników, ale może sprawić, że zapotrzebowanie na przestrzeń będzie trochę mniejsze.

***Zobacz także***

Mamy więc miasto, podzielone na wiele małych jednostek, których mieszkańcy jeżdżą na rowerach, podstawowe punkty usługowe mają w zasięgu ręki, kilka razy w tygodniu pracują z domu, a sprawy urzędowe załatwiają mailem. Takie miasto byłoby tańsze i zdrowsze od tego, co metropolii, w których mieszkamy teraz?

 - Oczywiście. To, co pani opisała to cel, do którego dąży wielu urbanistów. Z drugiej strony jednak, nie jest to jakaś architektoniczna "rocket science", wymagająca gigantycznych inwestycji i zaawansowanych technologii. Pierwszym krokiem do zbudowania takiego miasta jest przerzucenie do sieci znacznej części obiegu informacji. Jeśli nie będziemy musieli spotykać się osobiście, kilka razy w ciągu dnia, w kilku punktach rozrzuconych po całym mieście, samochód, gwarancja wygody i mobilności, przestanie być potrzebny. Na mniejsze odległości można przecież dojechać rowerem, w przypadku większych dystansów i tak wygodniejszy jest transport publiczny, w którym można np. poczytać książkę. Mniej samochodów to mniej wydatków - drogi są jednymi z najkosztowniejszych inwestycji, wymagają nieporównywalnie większych nakładów niż budynki. To wreszcie oszczędność miejsca - miasto niepoprzecinane grubymi pasmami asfaltu jest o wiele bardziej zieloną i kompaktową przestrzenią.

My tu sobie gdybamy, a zmiany już się pojawiają. Widziała pani, jak hiszpańskie hotele przygotowują się na ten sezon: przegrody z pleksi między leżakami, szybkie testy przy wejściach do hoteli, wytyczone ścieżki, po których będą mogli poruszać się hotelowi goście. Przyjmie się taka forma?

 - Nie sądzę, żeby jakiekolwiek tego rodzaju rozwiązanie miało przetrwać na dłużej. Ci, którzy nie mogą żyć bez rajskich wakacji, pewnie z nich skorzystają i będą narzekać, że dziwnie, niewygodnie i niewakacyjnie. Wydaje mi się jednak, że w tym sezonie mało kto będzie miał ochotę na beztroski wypoczynek. Trudno relaksować się na otoczonym pleksiglasem leżaku, kiedy cały świat walczy o przetrwanie.

Wyciągniemy z tego doświadczenia jakąś lekcję? Psychologowie mówią, że nauczymy się doceniać relacje, ekonomiści, że będziemy żyć oszczędniej, progności trendów, że kończy się konsumpcjonizm. Co mówią architekci?

 - Historia pokazuje, że epidemia może być całkiem cenną lekcją. Przecież modernizm, jeden z najważniejszych nurtów XX wieku, to reakcja na epidemię gruźlicy. Był pomysłem architektów na to, jak ludziom żyjącym w niesamowitym ścisku, w mieszkaniach bez dostępu do bieżącej wody, toalet, świeżego powietrza i światła zapewnić warunki pozwalające na przestrzeganie zasad higieny. To, że dziś każdy ma w domu okno i łazienkę jest między innymi efektem walki architektów z epidemiami. Z drugiej jednak strony, mam wrażenie, że z ludzkością jest jak ze sprężyną: można ją nagiąć, ale gdy tylko siła przestanie działać, natychmiast wraca ona do poprzedniego stanu i to najkrótszą drogą.

A gdybyśmy zdecydowali się jednak na trochę dłuższą drogę? Jakie wnioski warto byłoby wyciągnąć z epidemii?

 - Pozwólmy na zieleń. Przez kilka tygodni lockdownu, możliwość obserwowania wiosny, która w tym roku wybuchła ze szczególną intensywnością, była niezwykłym, wręcz atawistycznym doświadczeniem. Nie zapominajmy o nim. Zostawmy miejsce na współistnienie miasta i natury, bo w kryzysowym momencie to ona jest tym, co podtrzymuje na duchu i pozwala przetrwać.

 *

dr Monika Arczyńska - studiowała architekturę w Gdańsku i w Delft, w 2013 roku obroniła doktorat na temat konsumpcjonizmu w wyborach mieszkaniowych. Przez ponad 10 lat była związana z Heneghan Peng Architects, gdzie pracowała głównie nad projektami budynków użyteczności publicznej, m.in. The Grand Egyptian Museum, The Palestinian Museum, National Centre for Contemporary Arts w Moskwie oraz wielokrotnie nagradzanym Giant’s Causeway Visitor Centre. Wykłada na Politechnice Gdańskiej,  publikuje, m.in. jako stały współpracownik miesięcznika "Architektura Murator" oraz czeskiego INTRO. Obecnie razem z Łukaszem Pancewiczem rozwija własną firmę - A2P2 architecture & planning.

***

#POMAGAMINTERIA

Wolontariusze akcji Zupa na Plantach przed epidemią mogli wspierać osoby będące w kryzysie bezdomności między innymi organizując im spotkania przy misce zupy co niedzielę na krakowskich Plantach. Teraz starają się dostarczać paczki żywnościowe, nawet do kanałów, w których egzystują. Tygodniowo potrzeba 200 takich paczek. Spraw, by pomoc mogła nadal docierać do potrzebujących. Wesprzyj zbiórkę, przekaż produkty, albo namów współpracowników, żebyście pomogli wspólnie. Sprawdź szczegóły >>


 

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje