Krwawa hrabina - Elżbieta Batory

Markiz de Sade wydawałby się przy niej matką Teresą. Skąd się wzięło i jak się objawiało nadzwyczajne okrucieństwo węgierskiej arystokratki opisuje Leslie Carroll. Ale ostrzegamy, to lektura tylko dla osób o naprawdę mocnych nerwach...

Przeczytaj fragment książki Leslie Carroll "Zbrodnie i skandale na królewskich dworach":

Reklama

Kiedy Elżbieta była małą dziewczynką, (...) w Esced pozwolono jej przyglądać się publicznej egzekucji, podczas której Cygana (przestępcę) wsadzono do rozciętego końskiego brzucha (gdy niewinne stworzenie nadal żyło) i zaszyto w ciepłym, pełnym krwi wnętrzu. Udręczony koń miotał się z bólu i próbował wyrzucić z siebie niechciany ciężar, a Cygan na próżno usiłował wydostać się z końskich wnętrzności. Obie ofiary w końcu wyzionęły ducha, lecz wcześniej swym przerażającym pokazem dostarczyły zebranym popołudniowej rozrywki.

Może Elżbieta odziedziczyła swoje skłonności po przodkach, a może tego rodzaju doświadczenia wywołały w niej upodobanie do makabrycznych tortur. W każdym razie żyła w kulturze pełnej okrucieństwa i pochodziła z rodziny szczególnie obfitującej w choroby umysłowe i upiorne wzorce do naśladowania. Przyglądając się niezwykłej egzekucji, mogła dojść do wniosku, że żadna forma tortur nie jest tak potworna, by nie dało się jej zastosować. Nigdy nie była jednak zupełnie normalna.

W wieku czterech czy pięciu lat zaczęła miewać ataki epilepsji, a także gwałtowne huśtawki nastroju, typowe przy psychozie maniakalno-depresyjnej. Cierpiała też na bardzo bolesne migreny. Choć łatwo wpadała w gniew, szlachetne urodzenie chroniło ją przed batami, a właściwie przed jakąkolwiek karą za złe zachowanie. Mogła więc do woli znęcać się nad towarzyszami zabaw, służącymi i zwierzętami.

W 1570 roku, gdy Elżbieta miała dziewięć lat, jej rękę obiecano starszemu od niej o sześć lat Franciszkowi Nádasdyemu, pochodzącemu z rodziny książęcej, choć nie tak znamienitej i potężnej jak ród Batorych. Chłopiec miał w odpowiednim czasie odziedziczyć tytuł księcia. Oficjalne zaręczyny odbyły się rok później. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem Elżbietę wysłano na dwór przyszłej teściowej, by uczyła się zarządzania domem. Zapewne miała tam jeszcze więcej swobody niż w Ecsed, gdyż pojawiły się plotki, jakoby w 1574 roku wydała na świat nieślubną córkę, której ojcem był miejscowy chłop. Dziecko podobno przekazano zaufanej kobiecie, by za sowitą opłatą wywiozła je do Wołoszczyzny i za życia Elżbiety nigdy nie wracała do Siedmiogrodu.

Zanim Elżbieta zdążyła wplątać się w nowe kłopoty, ósmego maja 1575 roku, na zamku w Varannó (obecnie Vranov nad Topl’ou na Słowacji), wyszła za Franciszka Nádasdyego. W ceremonii ślubnej wzięło udział cztery tysiące pięciuset gości. Elżbieta miała czternaście lat, a jej oblubieniec dwadzieścia. W tym czasie Franciszek był już bohaterem wojennym, znanym z walecznych czynów na polu bitwy, ale nawet jego matka przyznawała, że nie jest zbyt bystry. Po ślubie podjął nietypową decyzję, by przyjąć nazwisko żony, ponieważ dzięki wejściu do rodziny Batorych jego pozycja znacznie wzrastała. Małżeństwo połączyło dwa najpotężniejsze węgierskie rody, choć w przeciwieństwie do Batorych (znanych z chorób psychicznych) Nádasdyowie uchodzili za rodzinę szacowną, konserwatywną, a nawet pobożną.

Tak naprawdę Franciszek, nieustraszony dowódca i pogromca Turków, obawiał się nieco swej obdarzonej silną osobowością i onieśmielającej nastoletniej narzeczonej. Już kiedy był dzieckiem, wyprowadzała go z równowagi, gdy od czasu do czasu przyjeżdżał do Batorych na odpoczynek. Franciszek nie był pierwszym mężczyzną, który poślubił młodszą i inteligentniejszą żonę. Elżbieta otrzymała dużo gruntowniejsze wykształcenie, umiała czytać i pisać po grecku, łacinie, niemiecku i oczywiście w ojczystym języku węgierskim. Dobrze jest jednak, gdy małżonkowie mają wspólne zainteresowania, a ich łączyło coś szczególnego: oboje byli sadystami.

Franciszek słynął z paskudnego charakteru. Jego ulubioną sztuczką było podrzucanie w górę pary tureckich jeńców i nabijanie ich na czubki mieczy. Jako dowódca nie szczędził bicza, chłostając nim zarówno przeciwników, jak i podwładnych, za co otrzymał dumny przydomek "Czarny Bohater Węgier". Przezwisko jego żony było równie urocze: w swoim czasie znana była w całej Europie jako "Krwawa Hrabina". Po krótkim pobycie na zamku Nádasdych w Sárvár na Węgrzech, kiedy to Elżbieta próżnowała, a Franciszek studiował w pobliskim Wiedniu, para zamieszkała w trzynastowiecznym zamku w Čachticach, ponurej twierdzy położonej wysoko w Małych Karpatach, w pobliżu dzisiejszego Trenczyna. Był to ślubny prezent rodziny Nádasdych dla nastoletniej synowej. Zamek, czy raczej pozostała po nim malownicza ruina, znajduje się dziś na terenie Słowacji.

Kiedy Franciszek udawał się na wyprawy wojenne, by mordować Turków osmańskich, jego młoda żona znalazła sobie osobliwy sposób na nudę. I bynajmniej nie były to hafty, lekcje tańca czy choćby lektura ciekawego heretyckiego traktatu. Swój temperament wyładowywała w licznych romansach. Zdarzało jej się nawet na oczach domowników uprawiać seks ze szczególnie dobrze wyposażonym służącym. Siostrzenicę odwiedzała też ciotka Klara, która uczyła ją własnych ulubionych rozrywek: samobiczowania, orgii lesbijskich i różnych sadomasochistycznych zabaw. A lojalny sługa Klary, niejaki Thorko, wprowadził młodą piękną Elżbietę w świat okultyzmu i zainteresował ją warzeniem rozmaitych dekoktów. Elżbieta stała się mistrzynią w przyrządzaniu lekarstw, wywarów i mikstur, a pod nieobecność męża odwiedzali ją samozwańczy czarodzieje i jasnowidze, wiedźmy i alchemicy.

Miała obsesję na punkcie swojej urody i domagała się nieustannych komplementów. Godzinami przesiadywała przed lustrem, mrucząc zaklęcia, dzięki którym miała na zawsze pozostać piękna. Zachowanie to wydaje się znajome - i bardzo prawdopodobne, że Elżbieta Batory była pierwowzorem próżnej, złej królowej z Królewny Śnieżki, która we wczesnych wersjach bajki nakazuje łowcy, by zaprowadził młodą niewinną rywalkę do lasu, wyciął jej serce i przyniósł na dowód, że dziewczyna nie żyje.

Ulubionym zajęciem Elżbiety było uprawianie czarnej magii i torturowanie ludzi. Zwłaszcza upodobała sobie srebrne obcążki, którymi mogła wyrywać kawałki ciała. Narzędzie to miało dla niej szczególny urok, ponieważ spełniało wiele funkcji: rozgrzane do czerwoności służyło do wypalania piętna, a przywiązane do bicza świetnie zdzierało ofiarom skórę. Podczas gdy Franciszek na wojnie mordował Turków, Elżbieta uznała, że blondynki mają w życiu więcej zabawy, więc za pomocą ziołowych olejków ufarbowała swoje czarne włosy na lniany odcień, modny wśród weneckich szlachcianek i kurtyzan. Zabawiała się też rozmaitymi włoskimi akcesoriami seksualnymi. Choć autorzy biografii Elżbiety nie wdają się w szczegóły, wiadomo, że w szesnastym i siedemnastym wieku Włosi znani byli w całej Europie z wyrobu sztucznych członków.

Elżbieta lubiła też kolekcjonować przepisy. W liście do przebywającego na wojnie męża opisywała niezwykle skuteczny sposób rzucania czarów, o którym opowiedziała jej jedna ze służących. "Dorka nauczyła mnie cudownej nowej metody. Trzeba złapać czarną kurę i zatłuc ją na śmierć białą laską. Potem odrobiną krwi posmarować ciało swojego wroga. Jeśli to niemożliwe, należy zdobyć sztukę jego odzieży i ją posmarować". Jak większość sadystów Elżbieta szybko zrozumiała, że na ofiary najlepiej nadają się osoby słabe. Chłopskie dziewczyny pracujące na zamku w Čachticach były łatwym celem i Elżbieta wraz z Klarą chętnie wykorzystywały je do swoich makabrycznych zabaw. Hrabina najbardziej lubiła postawne, najwyżej osiemnastoletnie blondynki. Może silniej zbudowane dziewczyny skuteczniej opierały się torturom, czyniąc ohydną zabawę większym "wyzwaniem".

Przez kilka lat wieś Čachtice, której mieszkańcy, zdaniem Elżbiety, "byli jeszcze głupsi niż gdzie indziej", zapewniała jej stałe dostawy naiwnych dziewcząt. Oddawali je na służbę ufni rodzice, pragnący zyskać przychylność hrabiny. Pięć najbardziej lojalnych i zaufanych służących pilnowało, by dziewczęta, którym udało się przeżyć tortury i dotrwać do następnego dnia, nie powiedziały nikomu ani słowa o tym, co widziały lub słyszały. Zbyt gadatliwym zaszywano usta. Wszyscy w Królestwie Węgier, bez względu na pozycję czy miejsce zamieszkania, żyli w strachu przed potężnym rodem Batorych. Elżbieta zaczęła torturować chłopskie dziewczęta już jako nastolatka i najmniejszy błąd służącej był pretekstem, by ją ukarać. Często wydawała polecenia prawie niemożliwe do wykonania, by móc potem znęcać się nad rzekomymi winowajczyniami. Jednak nagany i wymierzanie policzków stosują tylko mięczaki. Na dworze hrabiny dziewczynę podejrzaną o kradzież rozbierano do naga i torturowano, przyciskając jej do skóry rozgrzane do czerwoności monety. Czasem sięgano po metody "naturalne": dziewczyny bito, a potem chłostano pokrzywami.

Nawet służąca, która nie popełniła żadnego wykroczenia, mogła skończyć jako obiekt makabrycznych zabaw. Jedną z ulubionych były okaleczenia. Dziewczęta wsadzano do klatek najeżonych w środku kolcami. Ściany przesuwały się, kalecząc ciała ofiar i powodując krwawą śmierć w męczarniach. Nieszczęsnym służącym wyrywano kawałki ciała rozgrzanymi do czerwoności obcęgami i szczypcami. Przypalano skórę rozżarzonym żelazem. Elżbieta udoskonaliła też technikę rozrywania głowy: ofiarę tak długo ciągnięto za kąciki ust, aż pękały, a szyja łamała się na dwoje. Podczas takich sesji tortur hrabina doznawała podobno seksualnej rozkoszy i piszczała z radości na widok agonii ofiar. Lubiła chłostać je z przodu, tak by widzieć przerażenie i ból na ich twarzach.

Czasem dla zabawy smarowała dziewczynę miodem i przywiązywała do drzewa, zostawiając na pastwę owadów i dzikich stworzeń. Pewnego dnia Franciszek odkrył jedną z takich ofiar, ale wyjaśnienie żony, że służącą ukarano w ten sposób za nieposłuszeństwo, całkowicie go zadowoliło. Jeśli tylko wszystko w domu działało bez zarzutu, zmęczony zabójca Turków nie chciał słuchać narzekań, że trudno dziś znaleźć dobrą służbę.

Hrabina lubiła też torturę za pomocą wody. Rozebrane do naga dziewczyny oblewano wodą i zostawiano na lodowatym górskim powietrzu, by zamarzły na śmierć. Z kolei sztuczki z przypiekaniem stóp nauczyła się od swojego wojowniczego męża. Franciszek stosował ją wobec żołnierzy, którym nie chciało się wstawać z łóżek lub może cierpieli na ataki epilepsji. Między palcami stóp ofiary umieszczano kawałki nasączonego olejem papieru i je podpalano. Elżbieta godzinami bawiła się, patrząc, jak nieszczęsne dziewczyny próbują się pozbyć płonących zwitków, które od gorącego oleju przywarły im do skóry. Znudziwszy się tym, zawsze mogła przypiekać służącym genitalia - rozżarzonym pogrzebaczem czy woskiem ze świec lub podpalając nasączony w oleju papier. Podczas tortur stosowała też brzytwy, pochodnie i noże.

Po śmierci Franciszka owdowiała Elżbieta zamówiła mechaniczne urządzenie zwane "żelazną dziewicą", przypominające kształtem piękną nagą dziewczynę. Figura miała prawdziwe włosy (zdarte z głowy jednej z ofiar), pomalowane na czerwono sutki, włosy łonowe i poruszające się oczy, a nawet zęby, które wyrwano jednej z torturowanych dziewcząt. Po naciśnięciu wysadzanego klejnotami naszyjnika ręce "żelaznej dziewicy" unosiły się, przyciskając ofiarę do siebie, a z otworów pod piersiami wysuwało się pięć noży, które zagłębiały się powoli w ciało zwykle także młodej dziewicy, zakłuwając ją na śmierć.

Franciszek zmarł czwartego stycznia 1604 roku, w wieku czterdziestu dziewięciu lat, zapewne na skutek rany odniesionej w bitwie. Byli z Elżbietą małżeństwem ponad dwadzieścia osiem lat. Przez pierwszą dekadę wspólnego życia Elżbieta robiła wszystko, by uniknąć ciąży, potem jednak, w latach 1585-1598, urodziła pięcioro dzieci. Trójkę, która przeżyła wiek niemowlęcy, córki Annę i Katerinę oraz syna Pála, zgodnie z powszechnym wówczas zwyczajem, umieszczono pod opieką guwernantek.

Śmierć Franciszka uświadomiła Elżbiecie, że i ona nie będzie żyła wiecznie. Zważywszy na jej zamiłowanie do tortur, nic dziwnego, iż postanowiła walczyć z nieubłaganą starością w prawdziwie makabryczny sposób. Była teraz samotną wdową po czterdziestce, tracącą urodę i gotową na wszystko, by powstrzymać niszczące działanie czasu. Tradycyjne kosmetyki już nie pomagały. Nawet nowa wspaniała garderoba nie odwracała uwagi od wiotczejącej skóry. W końcu rozpaczliwe pragnienie zachowania uciekającej młodości zmieniło się w prawdziwą żądzę krwi, a zabawy hrabiny stały się jeszcze bardziej okrutne.

"Zbrodnie i skandale na królewskich dworach", Leslie Carroll. Wydawnictwo Muza.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje