Reklama

Reklama

Ks. Jan Kaczkowski: Życie na pełnej petardzie

- W tym samym czasie przychodzi wynik badania histopatologicznego. A co! Ja jak coś robię, to zawsze porządnie. W czterostopniowej skali wylosowuję ten czwarty. Najgorszy. Glioblastoma multiforme - glejak wielopostaciowy. Rokowania oczywiste, krótkie i śmiertelne - tak o swojej chorobie, w książce "Życie na pełnej petardzie" opowiadał śp. ks. Jan Kaczkowski. Od jego śmierci mijają właśnie cztery lata.

Piotr Żyłka: Spodziewał się Ksiądz swojej choroby czy informacja o niej przyszła nagle?

Reklama

Ks. Jan Kaczkowski: - Obserwując nowotwory, zastanawiałem się, kiedy jakiś mnie trafi.

Dlaczego miał Ksiądz takie myśli?

- Wszędzie wokół nowotwory ciachały, ale nie w moim najbliż­szym otoczeniu. Nie pragnąłem choroby i nie wzywałem jej ku sobie. Może popełniłem inny błąd, a może jest to błogosławiona wina, jak mówi Exsultet?

- Nigdy się nie spodziewałem, że będę starym księdzem. W Li­turgii Godzin znajduje się modlitwa: "Noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen". A ja zupełnie nieświadomy efektu mówiłem: "śmierć szczęśliwą a rychłą". Nie mam pojęcia, skąd się to prze­języczenie wzięło. Może było mi spieszno do zbawienia albo do sytuacji granicznej, żeby zaspokoić swoją ciekawość, jak bym się w niej zachował? Czy zachowałbym wiarę, czyby się ona rozpad­ła jak wydmuszka?

Jak zaczęła się Księdza choroba?

- Widzę wyraźnie związek między stresem a rozwojem chorób no­wotworowych. Rok 2010 był dla mnie pełen napięcia. Kończyli­śmy budowę hospicjum i je wyposażaliśmy. Podpisaliśmy kon­trakt, mieliśmy pierwszych pacjentów.

- Zacząłem odczuwać ból w brzuchu. Myślałem, że to trzust­ka. Otrzymałem skierowanie na USG. Miałem już nie wykonać prześwietlenia, ponieważ w międzyczasie okazało się, że to naj­zwyklejsza przepuklina. Ale moja zastępczyni namówiła mnie: "Skoro już jesteś zapisany, to jedź!". Na USG wybrałem się w peł­nej beztrosce. Leżę na kozetce, pani doktor mnie bada i widzę, że robi się coraz bardziej skupiona, zaczyna mnie gnieść głowicą aparatu i pyta: "A co się księdzu dzieje z nerką?". "Z nerką? Nic". Zrobiła zdjęcie, pokazała, co ją niepokoi, i skierowała mnie na urologię do Wejherowa.

Nie odczuwał Ksiądz żadnego bólu?

- Ani nie odczuwałem bólu, ani nie dostrzegałem objawów. Kolej­ny lekarz opisał zmiany na nerce jako około dwu-, trzycentyme­trowy guz otoczony torbielą. "Gdybym nie widział tej zmiany na zdjęciu - mówił - to stwierdziłbym, że nerka jest zdrowa". I do­dał: "Brawo dla pani doktor". Kazał mi diagnozować się dalej. Przeszedłem więc przez kilka konsultacji, po których ów lekarz powiedział mi: "W szpitalach będą proponować księdzu różne rozwiązania".

- Faktycznie, jeden proponował, żeby nie ingero­wać, lecz obserwować. Drugi, żeby nerkę usunąć. Trzeci, uzna­ny profesor, przed którym płaszczyła się moja bratowa, również lekarka, powołując się na zdawane u tego człowieka egzaminy, proponował operację laparoskopową. Podczas rozmowy roz­siadł się w fotelu i zaczął opowiadać, iluż to operował prałatów i kościelnych notabli. "Chłopie, a co mnie to obchodzi. Mnie cho­dzi o moją nerkę" - pomyślałem. W ogóle nie wzbudził mojego zaufania, więc o operacji u niego nie było mowy. 

- Wróciłem do Wejherowa. Lekarz w Wejherowie poświęcił mi swój czas. Porozmawiał ze mną, wytłumaczył zaobserwowane zmiany, narysował sche­mat nerki i operacji. Zaproponował: "Otworzę księdza, wytnę kawałek żebra, żeby mieć lepsze dojście, i spróbuję wejść klinem. Wygląda na to, że zmiana jest otoczona torbielą i nie wchodzi w kielich nerki, więc samą nerkę spróbuję oszczędzić. Ale powi­nien ksiądz podpisać zgodę, by w razie zmiany oceny sytuacji w trakcie operacji było możliwe usunięcie całej nerki". 

- Informa­cja o dobrze rokującym nowotworze nerki z dzisiejszej perspek­tywy była dla mnie większym szokiem niż późniejsza o glejaku. Operacja się udała. Lekarz oszczędzająco usunął tylko zmianę. Od tego czasu konieczne są kontrole. Pomimo glejaka chodzę na nie. Przecież byłoby głupio umrzeć na typowy jasnokomórkowy nowotwór nerki. Przynajmniej wiedziałem, na czym stoję. Wy­glądało na to, że jest dobrze. Gdyby nowotwór był większy, miał ponad cztery centymetry, mógłby dać odległe przerzuty. Nawet do mózgu.

- Po operacji potwornie mnie bolało. Okazało się, że to typowa sytuacja. Tak zwany pacjent z protekcji. Jeżeli lekarze chcą wo­bec znajomego zrobić więcej i lepiej niż zwykle, zawsze coś się schrzani. W moim przypadku podczas narkozy założono mi cew­nik do kręgosłupa, aby po operacji móc skutecznie opanować ból. Niestety, pewnie przy przekładaniu na wózek końcówka cewnika wysunęła się i lek nie trafiał tam, gdzie powinien. Niemal wyłem z bólu. A wszyscy mówili: "Przecież podajemy leki". Na szczęście sytuacja szybko się wyjaśniła i stanąłem na nogi.

Stres: Ciężko żyć

Na długo?

- Szybko dopadł mnie stres. Niespełna dwa lata później razem ze świeckim kolegą chcieliśmy założyć szkołę katolicką, wykorzy­stując do tego zaplecze parafialne i hospicyjne oraz środki unijne. Miałem nawet od arcybiskupa pisemne pozwolenie na rozpo­częcie działań. Uzyskałem zgodę od rodziny pana marszałka, by szkoła nosiła imię Macieja Płażyńskiego, który dwa lata wcześ­niej zginął w katastrofie smoleńskiej. Tymczasem w kurii zaczęły pojawiać się donosy. Okazało się, że pomysłowi sprzeciwia się ówczesna dyrektorka puckiego gimnazjum oraz ówczesny bur­mistrz, którzy postrzegali naszą inicjatywę jako konkurencję. 

- Arcybiskup, zapewne wprowadzony w błąd, przysłał do nas ko­misję. Komisja, trzymając się dość niskich, a wręcz obrzydliwych standardów, przesłuchała proboszcza, mojego kolegę i mnie. Do­puszczano się nawet straszenia w iście ubeckim stylu, włącznie z niepokojącymi telefonami i oczernianiem ludzi. Członkami tej komisji byli księża, których znałem. Jeden z nich piastował funk­cję dyrektora nieodległych szkół katolickich, dla których nasza inicjatywa mogła być niewygodna.

- Stres, który przeżywałem, bardzo się nasilił. Przyszłość hospi­cjum zawisła na włosku. Bałem się też o siebie. Dręczyła mnie myśl, że zostanę przeniesiony poza Puck. Nie mogłem spać. Drżałem o losy hospicjum. Zrozumiałem, że pobudki kierujące komisją są naprawdę niskie. Tam gdzie w Kościele pojawia się mowa o pieniądzach, nie można spodziewać się niczego dobrego. Szczęście w nieszczęściu było takie, że mogliśmy, nie narażając się na kary, wycofać się z projektu unijnego. Zrobiliśmy to. Ko­lega jednak dopiął swego i założył tę szkołę jako świecką, a jego przedsięwzięcie nadal funkcjonuje.

- Jednak w tym okresie doświadczałem tak dużego strachu, że ciężko było mi żyć. Zacząłem wtedy modlić się za wstawiennictwem księdza Jerzego Popiełuszki. Popiełuszko w jednym z wy­wiadów skarżył się, że czasem czuje się gorzej traktowany przez pracowników kurii niż przez ubeków. Kurialiści nękali go, bo oceniali, że uderza w kompromis między władzą a Kościołem zawarty po stanie wojennym. Jego działaniom zarzucali polity­kierstwo i gwiazdorstwo. Kiedy w roku milenijnym kardynał Jó­zef Glemp przepraszał za grzechy ludzi Kościoła, z widocznym wzruszeniem mówił o swojej osobistej winie. "Nie byłem w sta­nie uratować księdza Jerzego". By nie wspomnieć tego, że świętej pamięci kardynał Józef zagrał w filmie Popiełuszko samego siebie. To pokazuje klasę zmarłego kardynała.

Przesadza Ksiądz w ocenie pracy komisji.

- W obecności proboszcza zacny prałat, członek komisji, zwrócił się do mnie tymi słowami: "Wydaje ci się, że jak raz stanąłeś pod latarnią, to będziesz kurwą przez całe życie?". Miał na myśli to, że będę wykorzystywał fakt powołania hospicjum do budowania własnej pozycji i wygodnego życia. Nadmienił także, przeklina­jąc mi do ucha: "Co ty myślisz, że media cię obronią? «Wybor­cza» z TVN? Zniszczymy cię". Wściekałem się strasznie. Aż się trząsłem na myśl, że ludzka podłość może zniszczyć hospicjum. I bałem się o siebie, czy będę mieć odwagę na swoje własne non possumus. Jak postąpię? Wtedy zacząłem prosić księdza Jerzego o wsparcie, by wyzwolił mnie z tego panicznego strachu. 

- Dziś jestem już wolny, także od przywiązania do hospicjum za wszelką cenę. Kiedy później przyszła wiadomość o chorobie, znów odczułem bliskość z księdzem Jerzym. On też żył ze świadomością, że śmierć na niego czyha, a mimo to nie zrezygnował z robienia tego, co uważał za swój obowiązek.

Po zamknięciu sprawy szkoły katolickiej mógł się Ksiądz na powrót zająć hospicjum.

- I to w pełnym wymiarze. Arcybiskup Głódź w odpowiedzi na mój list, w którym, przepraszając, poprosiłem o zwolnienie z obowiązku powołania szkoły katolickiej, gdyż nie byłbym w stanie udźwignąć tego projektu równolegle z prowadzeniem hospicjum, wezwał mnie na rozmowę. Podczas spotkania okazał zdenerwowanie, wyraził kilka ocen dotyczących mojej osoby, wreszcie przedstawił dekret, zgodnie z którym od tej pory miałem zająć się wyłącznie prowadzeniem, rozwojem i apostolstwem hos-picjum. Tak też czynię.

- Jeśli mnie pamięć nie myli, działo się to na przełomie lutego i marca 2012 roku. Sytuacja się uspokoiła. Zgodnie ze wspomnianym dekretem zostałem zwolniony z jakiejkolwiek zależności od parafii w Pucku (wcześniej formalnie byłem rezydentem, a proboszcz parafii Świętych Piotra i Pawła pozostawał moim bezpośrednim przełożonym). Wiosną tegoż roku zachorowałem na grypę. Nie mogłem jej doleczyć. Przeciągała się, a ja byłem coraz bardziej zmęczony. Zawsze tak się działo. Gdy dopadała mnie infekcja, zmęczenie, to dotkliwiej odczuwałem niedowład lewej połowy ciała. Myślałem, że i tym razem, gdy odpocznę, wszystko minie. Dlatego pewnie lekceważyłem dziwne drętwienie w lewej nodze i ręce.

- Nie odczuwałem niepokoju. Poważnie do myślenia dała mi sytuacja na trasie, kiedy prowadziłem samochód w drodze na wykłady do Torunia. Zatrzymali mnie policjanci, którzy twierdzili, że moje auto jechało wężykiem. Kiedy upewnili się, że nie jestem pod wpływem alkoholu, zapytali, jak się czuję. Zrozumiałem, że dzieje się ze mną coś niepokojącego. Przeszła mi przez głowę myśl, czy to aby nie wylew. Policjanci mnie puścili. Dojechałem na miejsce, przeprowadziłem wykład, wróciłem. Miałem tyle pracy, że zająłem się najpilniejszymi sprawami.

- Zaczął się maj. Znów byłem w trasie. Dziwnie ściągało mnie na lewo. Czy to problem z samochodem? A może złapałem gumę? Jednak nie. W pewnym momencie uderzyłem lewą stroną samochodu w barierkę odgraniczającą jezdnię. Wtedy nie na żarty się przestraszyłem. Zgłosiłem się do znajomej neurolog. Zbadała mnie, wypisała skierowanie na rezonans. Z adnotacją: "pilne". Pomyślałem: "Aha, coś się dzieje". Termin otrzymałem już na 1 czerwca.

- Wjeżdżam do rury. Maszyna zaczyna pikać. Technik jest nieprzyjemny, złości się na mnie, że mam ze sobą jakiś metalowy lub magnetyczny element. Nie mam. Wyjeżdżam z rury, a ten sam technik uprzejmie zakłada mi buty. Pomyślałem, znowu, że coś się dzieje. Wcześniej pielęgniarka zapowiadała, że wynik badania będzie za dwa tygodnie, a teraz mnie prosi, żebym usiadł, ponieważ wyniczek będzie za godzinkę. Czekam. Nerwowo czytam gazetę, ale nie mogę się skupić. Przeczuwam złe wieści. Dostaję kopertę, a w niej opis wyników badania i rachunek. "Zmiana lita, pokontrastowo wzmacniająca się o wymiarach 60 na 70 na 30 milimetrów" - czytam, a nogi się pode mną uginają. A więc takie jajko niespodzianka, myślę, tylko że z napisem "glejak".

Jak czuje się człowiek, kiedy otrzymuje znienacka tego rodzaju wiadomość?

- Dziwnie to zabrzmi, ale masz wrażenie, że po prostu tego nie cofniesz. Podziękowałem, zapłaciłem, poszedłem do auta i się popłakałem. Przecież dobrze wiedziałem, czym jest glejak. Pojechałem do mojego przyjaciela, wtedy jeszcze księdza, dziś już nie, i zadzwoniłem od niego do pani doktor, która jest ordynatorem oddziału neurologii. Przeczytałem jej wynik rezonansu. Powiedziała, żebym natychmiast przyjechał do niej do szpitala. Próbowałem oponować, bo był piątek, wiedziałem, że przez weekend nic się w szpitalach nie dzieje, a ja mam przecież w niedzielę kazania, ale w końcu dałem za wygraną.

- Przyjaciel zawiózł mnie do szpitala. Zadzwoniłem do brata, żeby poinformować rodzinę, co się dzieje. Na miejscu dostałem leki antyobrzękowe przygotowujące organizm do operacji. Po kilku dniach, we wtorek lub w środę, operowano mnie w Gdańsku. Operacja nie przebiegła zbyt pomyślnie. Lekarzowi coś się nie udało, wystąpiło krwawienie, jak później przyznał, niemal straciłem życie. Po operacji przez pewien czas dochodziłem do siebie. Stale przyjmowałem sterydy, radioterapię i chemioterapię. Od leków znacznie przytyłem, zmieniłem się fizycznie. Było mi ciężko. Zostałem też wprowadzony w błąd. Najpierw poinformowano mnie, że guz został usunięty, a dopiero potem powiedziano, że lekarz wyjął tylko komponentę płynową i że w zasadzie była to po prostu biopsja.

- W tym samym czasie przychodzi wynik badania histopatologicznego. A co! Ja jak coś robię, to zawsze porządnie. W czterostopniowej skali wylosowuję ten czwarty. Najgorszy. Glioblastoma multiforme - glejak wielopostaciowy. Rokowania oczywiste, krótkie i śmiertelne.

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje