Reklama

Reklama

Mały Smok jest Wielki

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak Bruce Lee zmienił obraz współczesnego świata. Aż trudno wyobrazić sobie, co mogłoby być, gdyby tragiczna śmierć nie przerwała życia trzydziestodwulatka.

To była moja wielka miłość. A jak wiadomo - taka potrafi uskrzydlać, sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. W rękach miałam prawdziwą broń - naprzeciwko siebie zdjęcia Bruce’a Lee. Były osadzone na drucikach wetkniętych w szklane fifki, o grubości ledwie kilku milimetrów. Obok stały rzędem kwiaty zrobione z bibuły. Serce biło mi jak szalone. Nacisnęłam  spust i usłyszałam dźwięk rozpadającego się szkła. Zdjęcie Bruce’a było moje!

Reklama

Wąsaci panowie oblegający strzelnicę zaczęli mi bić brawo, a ja oblana rumieńcem wzięłam swoją zdobycz, podziękowałam i pobiegałam wprost z wesołego miasteczka do domu dziadków.

Moja miłość do Bruce’a Lee nie słabła. Postanowiłam zacząć ćwiczyć kung-fu i kupowałam w tym celu "Świat Młodych", który na publikował lekcje w odcinkach. Wycinałam je i wklejałam do, starając się jak najwierniej odwzorować swą postawą postać przedstawioną na rysunku. Gdyby wtedy ktoś to nagrał i wrzucił do sieci, pewnie zostałabym memem, z którego śmieje się świat. Tyle że w owych czasach nie było internetu, mogłam czuć się bezpiecznie.

Niestety, moje uczucie okazało się wielce niedojrzałe. Byłam bardziej dzieckiem, niż dziewczyną, a co dopiero dorosłą kobietą. Czarnobiałą fotografię włożyłam do książki, a książkę odłożyłam na półkę. Zajęłam się szkołą i zwykłym życiem, zapominając o płomiennym uczuciu.

Gdzieś tam za oceanem, w suterenie kolegi, 12- letni Matthew Polly zobaczył po raz pierwszy "Wejście smoka" i... przepadł. Jego miłość, w przeciwieństwie do mojej, okazała się trwała. Chłopiec pochłaniał wszystkie filmy, w których występował Lee, oglądał je po kilkadziesiąt razy. Kasety wideo zajechał na śmierć. Czytał pisma dotyczące sztuk walki, na studiach zaczął uczyć się chińskiego i znalazł instruktora kung-fu, z którym zaczął trenować.

Po trzecim roku rzucił studia i przeniósł się do klasztoru Shaolin, by mieszkać i ćwiczyć z mnichami. Doświadczenia z tego czasu opisał w swojej pierwszej książce, potem powstała druga. Trzecią podpowiedział przyjaciel, sugerując, że powinna to być biografia Małego Smoka (to pseudonim artystyczny Bruce’a). Matthew był przekonany, że takich jest na pęczki, jakież było jego zdziwienie, gdy odkrył, że jedyna została napisana ponad 20 lat temu przez byłego basistę Elvisa Costello.

Książka "Bruce Lee. Życie" Matthew Polly'ego wpadła mi w ręce na wakacjach. Wyjeżdżając miałam spakowane dwie inne, które już kończyłam i... choć zostało mi kilka w jednej i kilkadziesiąt stron w drugiej, przerwałam zaczęte narracje. Po prostu nie byłam w stanie się oderwać od opowieści Matthew. Biografie mają to do siebie, że łatwo jest je zepsuć nadmierną ilością faktów, suchym albo zbyt kwiecistym językiem. Łatwo można popaść w pułapkę uwielbienia, gdy pisze się o legendzie, nietrudno zejść na manowce snując opowieść swoim idolu. Polly tymczasem szuka prawdy, ma wiedzę, ale się nią nie popisuje. Nie pisze o swoim bohaterze z pozycji kolan, ale osadza go w kontekście społeczno-historycznym.

Przeglądając dziesięciostronicową bibliografię najlepiej widać, jak wielką pracę wykonał. Bardzo ważne w okazało się dotarcie do faktów z dzieciństwa ojca Bruce’a i nieprawdopodobnej, jak na owe czasy, historii miłosnej rodziców Małego Smoka.

Dzisiaj dziecko takie jak Lee z pewnością dostałoby diagnozę ADHD. Nie wiadomo też, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie był tak dobry w sztukach walki za swoich młodzieńczych lat. Bo nastolatek Bruce był prawdziwym łobuzem i dawał się we znaki nie tylko innym zbirom, ale także nauczycielom (jednemu groził nawet nożem!).

Dwa światy 

Dzisiaj często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak trudno było Azjacie przebić się w świecie białych, nie mówiąc już o Hollywood. Jedno natomiast nie ulega wątpliwości - Bruce dokonał tego dzięki heroicznej pracy i determinacji. On nie tylko wszedł do tego świata, ale świat ten zmienił. "Przed śmiercią Lee na świecie było najwyżej pięćset szkół sztuk walki. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, dzięki niemu, tylko w Stanach Zjednoczonych sztuki walki ćwiczyło ponad dwieście milionów osób" - pisze autor biografii.

Dużo bym dała, żeby w naszych czasach pojawił się taki bohater, który odciągnie od niebieskich ekranów dzieci i młodzież, i dla którego będą chcieli pracować nad własnym ciałem.

Dowiedz się więcej na temat: Lee Bruce

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje