Reklama

Reklama

Marzyciele

Stworzenie ekologicznych, wygodnych i tanich miast od ponad pół wieku jest jednym z największych pragnień ludzkości. Jednak niektóre wizje architektów przywodzą na myśl stare powiedzenie: Uważaj, o czym marzysz. A nuż się spełni.


Jadąc przez Stany Zjednoczone, przez wiele dni możesz nie natknąć się na żadne zabudowania. Co najwyżej miniesz stację benzynową - maleńki punkcik przy pięciopasmowej autostradzie. Nic dziwnego - odkąd jednym blokiem połączono wschodnie i zachodnie wybrzeże, większość kraju zamieniła się w park narodowy. Gigantyczny budynek ciągnie się od San Francisco do Nowego Jorku, a w jego wnętrzu możesz znaleźć wszystko, czego potrzebujesz do życia - od własnego łóżka poprzez kino, szpital, miejsce pracy, aż po siedzibę państwowego urzędu.

Tradycyjnych miast już nie ma - z akcji wielkiego wyburzania ocalał wyłącznie Nowy Jork, przykryty gigantyczną kopułą, która izoluje go od spalin i zapewnia mu stałą temperaturę. Podobne rozwiązania stosuje się z powodzeniem w Japonii. Europa zachowała tradycyjny podział na wsie i miasta, ale te ostatnie zrównała z ziemią. Ileż było krzyku, przy wyburzaniu Paryża! Na miejscu metropolii wzniesiono regularne pasy bloków. Duża część architektury znalazła się na wodzie lub pod wodą, część krąży po ziemskiej orbicie.

Reklama

Brzmi jak powieść science fiction? Możliwe. Jednak każdy z tych projektów istniał naprawdę, stworzony przez światowej sławy architektów i prezentowany (często z sukcesami) na międzynarodowych targach. Wiele z nich uważano za zbawczą wizję świata. Żadnego nie udało się zrealizować na masową skalę. Na szczęście - chciałoby się powiedzieć.

My i nasza technologia poradzimy sobie

Są lata 60. Gagarin ląduje na księżycu, telewizor, radio i samochód są standardem, dzieci bawią się miniaturowymi robotami, projektanci wyprowadzają na wybieg modelki w sukienkach - skafandrach. Wydaje się, że rozwój techniczny jest (używając porównania z tamtych czasów) jak rakieta, której nic nie będzie w stanie zatrzymać.

Jednak od dekady człowiek wie jeszcze o jednym - coś złego dzieje się z klimatem. Ziemia się ociepla, lodowce zaczynają topnieć. Ludzkość już wie, że musi pomóc planecie, bo inaczej, za kilka pokoleń, Ziemia nie będzie nadawała się do życia. Wierzy, że może to zrobić dzięki technice.

Kosmos nas Manhattanem

Pierwsza odpowiedź na problemy klimatyczne pojawia się w 1960. Jest banalnie prosta i idealnie oddaje atmosferę tamtych lat: Żeby miasto nie szkodziło środowisku, a środowisko jemu, trzeba je odizolować.

Polem do klimatyczno-urbanistycznych eksperymentów miał być Nowy Jork, a konkretnie jego najbardziej prestiżowa dzielnica - Manhattan. Inżynier-samouk Buckminster Fuller zwany "Buckym" i architekt Shoji Sado opracowali koncepcję "Kopuły nad Manhattanem".

Według ich pomysłu szklana konstrukcja miała mieć 3 kilometry szerokości, sięgać od East River po rzekę Hudson i stanowić lek na całe klimatyczne zło: Chronić Manhattan przed opadami, mrozem skwarem i w niewyjaśniony sposób zmniejszać zanieczyszczenie powietrza. Szaleństwo? W żadnym razie! Jak głosił Bucky, inwestycja powinna zwrócić się w ciągu 10 lat dzięki redukcji samych tylko kosztów odśnieżania miasta.

Miasto kompletne

Co jednak z innymi miastami Stanów Zjednoczonych? Globalną wizję ochrony przyrody północnej Ameryki zaprezentował brytyjski duet: Mike Mitchell i Dave Boutwell. Ich pomysł na tzw. "Miasto kompletne" przewidywał zrównanie z ziemią całej rujnującej klimat, istniejącej już infrastruktury i zaczęcie wszystkiego od nowa. Tym "nowym" miał być gigantyczny blok ciągnący się od San Francisco do Nowego Jorku.

Zaprojektowany przez nich budynek był LeCorbusierowską "maszyną do mieszkania" - genialną, multizadaniową strukturą, która spełnia te same funkcje co tradycyjne miasto. Lokator takiego bloku mógłby iść do szkoły, pracy, lekarza, teatru czy parku, nie wychodząc z domu.

Jak miałaby wglądać komunikacja miedzy poszczególnymi partiami bloku? Niewiele o tym wiadomo. Być może Mitchell i Boutwell myśleli o sieci autostrad albo o czymś modniejszym - superszybkich windach lub... projektowanych przez wspomnianego Fullera "latających chmurach". Bucky, zafascynowany szklanymi kopułami, stworzył też ich latającą wersję - gigantyczne kule, które miały szybować nad kontynentem, przewożąc w swym wnętrzu tysiące ludzi.

Wodne osiedla

Kiedy zaanektowano już ziemię i powietrze, architekci łakomie zaczęli spoglądać na wciąż niezagospodarowaną wodę. Jak mówił Fuller -  skoro pokryte jest nią trzy czwarte planety, marnotrawstwem byłoby nie wykorzystać tego potencjału. - Pływające miasta nie płacą czynszu. Są usytuowane na wodzie, którą odsalają i włączają do obiegu na wiele pożytecznych, nieszkodliwych dla środowiska sposobów - pisał w połowie lat 60.

Jego pierwsze eksperymentalne "Miasto Tryton" miało powstać w Zatoce Tokijskiej (Japonia, zniszczona wojną i późniejszym tsunami, była w owym czasie szczególnie wdzięcznym polem architektonicznych eksperymentów). Miasto miało być samowystarczalne, ekologiczne i tanie. Prefabrykowane budynki (w jednym mieściły się apartamenty dla 3,5 - 6 tys. mieszkańców) łączyły się w zwarty kompleks w kształcie ściętego ostrosłupa. Fuller twierdził, że taka konstrukcja czyni miasto niezatapialnym, a mieszkańcom gwarantuje komfort i intymność. Rzeczywiście, tarasowy układ budynków miał dwie podstawowe zalety - sprawiał, że nikt nie zaglądał sąsiadowi w okna i pozwalał na stworzenie mini ogródka. W mieście oprócz budynków Fuller zaprojektował szkołę, supermarkety i punkty usługowe, po brakujące dobra można było przedostać się na ląd mostem.

Koncepcji Fullera nigdy nie udało się zrealizować, ale poważnie rozważał ją rząd Stanów Zjednoczonych i US Navy, a prezydent Lyndon Johnson ponoć przechowywał model Trytona w swojej bibliotece w Teksasie. Powstały też realizacje inspirowane pomysłem "Miasta Tryton", z których najbardziej znanymi jest lotnisko w Osace.

Budować chciano nie tylko na wodzie, ale również pod wodą - najsłynniejszym podwodnym miastem była La Chalupa, pierwotnie służąca jako kompleks naukowy, jednak potem została zakotwiczona u wybrzeży Florydy i zamieniona w hotel, który w ciągu 30 lat jego istnienia odwiedziło 30 tys. gości.

Wydawało się, że kierunek rozwoju miast został wytyczony.

 - Choć z budową latających chmur musimy jeszcze parę lat poczekać, możemy śmiało powiedzieć, że wraz z pływającymi tetraedrami miast, wieżowcami transportowanymi na miejsce drogą powietrzną, podwodnymi wyspami, mieszkaniami podziemnymi, miastami przykrytymi kopułami, (...) człowiek może uzyskać zdolność gromadzenia się i rozlokowywania na Ziemi bez wyczerpywania jej zasobów - pisał Fuller.

Mieszkać w mieście, ale na wsi

Dzisiaj wiemy, że nie ma mowy o ekologicznej architekturze bez jej zintegrowania z przyrodą. Niestety ani o kopułach, ani o pływających miastach nie można było powiedzieć, że są rozwiązaniami bliskimi naturze.

Równolegle do Fulera pracował inny architekt - Moshe Safdi, któremu udało się połączyć dwie pozorne sprzeczności. Znalazł odpowiedź na pytanie: Jak budować megabudynki nie izolując ich od natury? Jak mieszkać jednocześnie w mieście i na wsi? W 1967 roku, na Expo w Montrealu zbudował Habitat 67 i stał się absolutną gwiazdą imprezy.

Według dzisiejszych kryteriów Habitat to koszmar: Klocki (porównanie nie bezpodstawne, bo architekt inspirował się Lego), sześciany poukładane jedne na drugim, tworzące z pozoru bezkształtną, chaotyczną bryłę. Przytłaczający swoją skalą, szary, smutny, budynek. Moloch.

Jednak w 1967 roku, Habitat zachwycał elegancją czystego, surowego betonu, oszałamiał skalą i wyglądał jak obietnica lepszej przyszłości. Zwłaszcza, jeśli znało się ideę, która stała za jego projektem.

Safdi uważał, że ówczesna urbanistyka nie potrafi pogodzić dwóch potrzeb człowieka: Chęci posiadania prywatnej, intymnej przestrzeni i pragnienia aktywnego życia w mieście. Postawił więc sobie wyzwanie: "wymyślić taki typ budynku, jaki zaspokoi pragnienie posiadania domu z ogródkiem, a jednocześnie będzie na tyle mały, aby nadawał się do centrum miasta. W ten sposób można zyskać jedno i drugie" - pisze o jego ambicjach Wade Graham w świetnej książce "Miasta Wyśnione".

Habitat 67 dziś liczy 146 mieszkań (pierwotnie było ich 158), każde z nich zajmuje od jednego do ośmiu modułów, a ich powierzchnia waha się od 21 do 167 m2. Między mieszkaniami można poruszać się windą albo osłoniętymi korytarzami zewnętrznymi. I co najlepsze - każdy z mieszkańców ma swój ogród - dachy modułów porasta zieleń, a są to ogrody nie byle jakie bo od 21 do 93 m2. Gdyby porówna się je do dzisiejszych 25 metrowych mieszkanek bez balkonów, dużo ostrożniej szafuje się określeniami w rodzaju "moloch" czy "mrówkowiec". Zresztą, Habitat do dzisiaj pozostaje prestiżowym adresem w Montrealu.

Safdi nad swym najsłynniejszym projektem pracował ponad 10 lat, a inspiracji szukał m.in. formach starożytnych zigguratów i śródziemnomorskich miasteczek wyrastających na zboczach gór. Chciał, żeby domy, niczym naturalne organizmy, rosły wraz z potrzebami mieszkańców. Zmieniały się, zwiększały, pomniejszały, ewoluowały jak żywa tkanka. Masz kolejne dziecko i nie mieścisz się w mieszkaniu? Nie musisz się wyprowadzać, wystarczy, że dokupisz kolejny moduł (są prefabrykowane, zrobione z żelbetu wiec możesz po prostu je zamawiać). Musisz zacisnąć pasa i obniżyć czynsz? "Odczep" od swojego mieszkania jedną z kostek.

Chociaż drugi z problemów raczej nie dotyczył mieszkańców Habitatu. Koszt budowy tej kanadyjskiej utopii sięgnął 20 milionów dolarów i oczywiście znalazł odbicie w cenach mieszkań. Habitat 67 nie był (i nie jest) adresem dla ubogich.

Krótko po zakończeniu Expo, jego repliki i interpretacje budynku Safdiego zaczynają wyrastać na całym świecie. Nurt, w którym budynki niejako przyrastają w miarę użytkowania i odsłaniają swoje funkcje, zyskuje nawet swoją nazwę - określa się go mianem metabolizmu. Jego najbardziej znanym przykładem jest Centre Pompidou w Paryżu - gigantyczna bryła, której instalacje zostały wyciągnięte na zewnątrz. Ale mieszkalna ikoną pozostaje Capsule Tower w Tokio. To pierwszy na świecie budynek z "wymiennymi częściami", jego betonowe, kapsuły można wymieniać (miedzy nimi znajdują się kilku centymetrowe szczeliny więc z wysokości 13 piętra można spojrzeć w dół "przez środek" budynku).

Idea podobna do habitatu, ale komfort - zupełnie inny - tutaj każdy moduł ma wymiary 2,3 m x 3,8 m x 2,1. Choć trzeba przyznać, że jest świetnie wyposażony - na powierzchni niewiele większej niż 8 metrów kwadratowych mieściło się łóżko, łazienka, kuchnia i stolik. I wciąż nie brakuje chętnych do zamieszkania. Ale bycie lokatorem Capsule Tower nie jest łatwe.

- Mimo wszystko, trudno nam oprzeć się wrażeniu, że mieszkamy w czymś między hotelem a eksperymentem naukowym - mówiła para portugalskich architektów, którzy wprowadzili się do budynku.

Dzisiaj wyposażeni w wiedzę o panelach słonecznych, zamkniętych obiegach wody, roli cyrkulacji powietrza w budynku - na projekty sprzed pół wieku patrzymy jak na kuriozum. Chociaż nasza postawa nie uległa zmianie - wciąż wierzymy, że uda nam się dostosować do klimatu nie zmieniając zbyt wiele w naszym ziemskim stylu życia.

Aleksandra Suława

W tekście wykorzystałam informacje z książki "Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat" Wade'a Grahama. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Karakter.

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy