Reklama

Reklama

Najgłośniejszy romans II Rzeczypospolitej

To był dramat jak z powieści Heleny Mniszkówny „Trędowata”. Rolę guwernantki Stefci odegrała w nim adorowana przez Józefa Piłsudskiego piękna lekarka.

Był czerwiec 1924 r. Marszałek Józef Piłsudski wybrał się z rodziną na wypoczynek do Druskiennik nad Niemnem. Któregoś dnia wieczorem zasłabł po dłuższej wycieczce. Żona Aleksandra pobiegła po pomoc, wróciła w towarzystwie młodej lekarki. - Dobry wieczór. Nazywam się Eugenia Lewicka. Co panu dolega? - zapytała. Marszałek otworzył oczy i uśmiechnął się...

Reklama

Doktor Lewicka przyjechała do Druskiennik na zaproszenie współwłaściciela kurortu, którego zainteresowały jej koncepcje leczenia schorzeń za pomocą aktywności fizycznej. Piłsudski szukał pretekstu, by spędzać czas z Eugenią. Ze wspólnych spacerów marszałek wracał w doskonałym nastroju, co w końcu zaczęło niepokoić jego żonę. Fakt, że lekarka była młodsza od jej męża o prawie 30 lat, wcale nie rozpraszał tych obaw. W końcu sama też została kochanką Piłsudskiego w wieku 24 lat, mając 18 lat mniej od jego pierwszej żony, Marii Juszkiewiczowej.

Piłsudska poważnie potraktowała zagrożenie, jakie dla niej, już 42-letniej matki dwóch córek, stanowiła 28-latka. Lewicka była urodziwą, inteligentną kobietą. Miała powodzenie u mężczyzn, nie musiała spośród zalotników wybierać akurat podstarzałego mężczyzny. Nie unikała jednak spotkań z legendarnym Naczelnikiem Państwa, uważała je za zaszczyt.

Po zakończeniu wakacji Piłsudski wrócił z rodziną do Sulejówka. Przez kolejne miesiące podtrzymywał znajomość z piękną lekarką drogą listowną, w tajemnicy przed żoną. Następnego lata pojechał do Druskiennik sam. Podobnie było w 1926 r., gdy po zamachu majowym znów był najważniejszą postacią w II RP. Prawdopodobnie właśnie wtedy znajomość z doktor Lewicką przekształciła się w romans.

Ze wspomnień ludzi z najbliższego otoczenia Marszałka można wnosić, że jego erotyczne związki z kobietami zawsze miały podłoże uczuciowe. Wobec tych, które przestawały mu być obojętne, potrafił być niestrudzony w adorowaniu i bezwzględny w dążeniu do celu. Tyle że gdy kobietę już zdobył, zaczynał ją traktować jak podkomendnego.

Marszałek chciał mieć Eugenię stale w pobliżu, ale bez prowokowania plotek. W styczniu 1927 r. rozkazał więc powołać do życia Urząd Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego. Nadzorowała go rada naukowa, na czele której sam stanął, a jej sekretarzem uczynił właśnie Lewicką. Teraz, pod przykrywką służbowych kontaktów mógł się z nią spotykać, kiedy tylko miał na to ochotę. Lekarka dzięki jego poparciu mogła realizować swoje naukowe pomysły. Materialnie wiodło jej się znakomicie. Wynajęła 4̵-pokojowe mieszkanie przy Belwederskiej 44, tuż przy Belwederze, gdzie mieszkał Marszałek.

Pod koniec 1930 r. Piłsudski dla podreperowania zdrowia wyruszył na portugalską wyspę Madera. Wkrótce do świty Marszałka dołączyła jego kochanka. Mieszkali w willi Quinta Bettencourt w Funchal. Fotoreporter portugalskiej gazety sfotografował parę m.in. podczas przejażdżki łodzią i zamieścił zdjęcie w lokalnej gazecie. Ktoś przesłał zrobione przez niego fotografie do Warszawy. Chcąc zapobiec skandalowi, Marszałek odesłał Eugenię do kraju. Sam pozostał w Funchal do końca marca 1931 r.

Tymczasem Lewicka przeżywała w Warszawie piekło. Co rusz była "wizytowana" przez Aleksandrę Piłsudską i jej przyjaciółki. Zaczął się towarzyski bojkot... Osamotniona i zaszczuta przez otoczenie, z nadzieją czekała na Piłsudskiego. Ale ten po powrocie z Madery przestał się z nią spotykać!

27 czerwca 1931 r. sekretarka znalazła ją nieprzytomną w biurze. Lekarze ze Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie przez dwa dni walczyli o uratowanie życia Eugenii. Jednak skutki zatrucia środkami chemicznymi okazały się nieodwracalne. Kobietę pochowano 2 lipca na Powązkach. Piłsudski pojawił się na jej pogrzebie jako osoba prywatna. Zajął miejsce w tylnych ławkach kościoła, wyszedł już po 10 minutach.

Najgłośniejszy romans II Rzeczypospolitej zakończył się samobójstwem kochanki Marszałka. Albo - jak niektórzy podejrzewają - jej... otruciem.

Waldemar Lodziński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje