Reklama

Reklama

Największa afera obyczajowa w II RP

Na sądowe spektakle dwudziestolecia tłumnie stawiała się publiczność, której ciekawość podsycały sensacyjne artykuły prasowe. Na ławach oskarżonych zasiadali sprawcy głośnych wydarzeń: wzgardzone kochanki, poniżeni mężowie, oficerowie wymachujący bronią w imię honoru, pospolite zbiry i panie z półświatka. Przeczytaj fragment książki Heleny Kowalik "Przed sądem II RP", w którym autorka opisuje największą aferę obyczajową w II RP.

Policji wpadła w ręce widokówka pornograficzna, na której - w drastycznej scenie orgii urządzanych w poznańskim Klubie Wtajemniczonych 7 Stopnia - rozpoznano jedną z dziewczynek. Kiedy miejscowy "Rekord Polski" opublikował 24 marca 1932 roku tę informację, nikt w redakcji jeszcze nie wiedział, że zaczyna się odsłona największej afery obyczajowej w II RP.

Reklama

Kolejne tropy policji były już starannie strzeżone przed przeciekiem do gazet.

Na ten najważniejszy naprowadził funkcjonariuszy niejaki Franciszek Gensler, pracownik Urzędu Telegraficznego w Poznaniu. Od pewnego czasu śledził swoją żonę Małgorzatę, matkę dwojga dzieci, zaniepokojony informacją od służącej, że pani od rana chodzi do kawiarni, a wraca dopiero pół godziny przed przyjściem męża.

Mężczyzna zgłosił się na komendę policji. Owszem - uprzedził pytanie oficera dyżurnego - pytał żonę, dlaczego to robi. Odpowiedziała, że nie może żyć bez kawiarnianego gwaru. W domu czuje się taka samotna...

Nie uwierzył. Kiedyś nie musiała iść do lokalu, aby wypić kawę. Wziął przepustkę w pracy i odwiedził większość poznańskich lokali gastronomicznych. Nigdzie jej nie spotkał.

Zaintrygowany postanowił ją śledzić. Nie musiał długo czaić się za parkanem ich domu. Wyszła wkrótce po nim, gdy rzekomo udał się do biura. Była mocno umalowana. Doprowadziła go aż na przedmieście, do nowo budowanej okazałej wili. Ze zdumieniem zauważył, że otwiera drzwi kluczem wyjętym z torebki. Zajrzał przez okno. W holu na kanapach zobaczył starszych mężczyzn taksujących paradujące przed nimi półnagie dziewczynki. Ten widok pozbawił go złudzeń.

- Moja żona - wyznał policjantowi - jest kimś w rodzaju burdelmamy.

Wieczorem przedstawił małżonce wyniki swojego śledztwa. Płakała, krzyczała, że to nie tak, pozory mylą, wszystko wyjaśni, musi tylko zebrać myśli. Wyszła do ogrodu i zniknęła. Spotkał ją kilka miesięcy później w sądzie.

Nie uciekła daleko. Policja ją śledziła. Kiedy poszukała schronienia w domu schadzek, w ślad za nią weszła tam policja. Kilka osób aresztowano. Prostytucja była legalna, ale nie sutenerstwo.

Osadzenie podejrzanej w celi zniosło embargo na prasowe informacje o tej aferze.

Krakowski "Ilustrowany Kurier Codzienny" podał nazwiska aresztowanych "za czyny niemoralne":

Małgorzata Genslerowa, lat 25, Maria Hermanowa (matka Genslerowej, lat 51), Maria Mehringowa, lat 62, oraz Helena Stróżykówna (panna, modystka, lat 35). Kobiety najpierw zawieziono na oddział dla wenerycznie chorych.

W wyniku przesłuchania podejrzanych policja zatrzymała czterech znanych i szanowanych obywateli pod zarzutem "dopuszczenia się przez nich czynów niemoralnych" - informował na razie powściągliwie "IKC". Tym razem nie podano nazwisk, tylko inicjały. Byli to według gazety starsi panowie w wieku 50-70 lat, którzy urządzili się we wspólnej garsonierze, gdzie przyjmowali nieletnie dziewczęta od 12-14 lat życia, rekrutujące się z biednych sfer.

Natomiast "Rekord Polski" poświęcił aferze kilka numerów. Pisano w stylu bulwarówki o: wyrafinowanej rozpuście starych lowelasów i o ohydzie seksualnej. Gazeta była rozchwytywana. Sprzedającym ją na ulicy chłopcom płacono kilkakrotnie więcej, niż wynosiła cena. (Redakcja natychmiast się tym pochwaliła).

Było o czym czytać.

Genslerowa naganiała "towar" przy pomocy uczennic ze szkoły podstawowej, płaciła im po 20 groszy za przyprowadzenie koleżanek. W proceder wciągnięto też 12-letniego chłopca, który chodził z informacją od burdelmamy do pobliskiej cukierni, gdzie klienci czekali na swoje wejście do "pokoiku rozkoszy".

Nie minęło kilka dni, kiedy "IKC" zdecydował się na opublikowanie również nazwisk mężczyzn korzystających z domu publicznego - znaleziono u nich 150 fotografii nagich dziewczynek, także w ich towarzystwie.

Byli to:

Znany prezenter radiowy Feliks Piekucki, podpułkownik rezerwy, zasłużony podczas powstania wielkopolskiego w najtrudniejszych miesiącach walki o niepodległość komendant Związku Towarzystw Powstańców Wielkopolskich i urzędnik Krajowego Ubezpieczenia Ogniowego. Związany ze Stronnictwem Narodowym jako wybitny członek Legionu Wielkopolskiego. Podczas międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego w Poznaniu był organizatorem religijnego widowiska plenerowego Męka Pańska.

Piekucki zbudował swoją karierę polityczną w II RP na walce z wszelkimi przejawami rozpusty czy nawet zwyczajnej swobody obyczajowej. Jako komendant wojewódzki Zachodniej Straży Obywatelskiej tępił knajpy zatrudniające kobiety do towarzystwa oraz lokale znane z podniety do opilstwa. Zakazywał tańców publicznych bez zezwolenia, a także turniejów gry w karty.

Kolejni podejrzani z listy "IKC" to: 58-letni Alfons Pawlicki, kierownik fabryki mebli; 48-letni Władysław Andrzejewski, prokurent w firmie Foto Greger, oraz 61-letni Feliks Hirschberg, właściciel restauracji, były sędzia pokoju, działacz Polskiego Czerwonego Krzyża. (...)

Małgorzata Genslerowa, matka dwójki dzieci, była właścicielką restauracji "Cristal". Stręczycielstwo uprawiała zarobkowo - za każde dostarczone dziecko płacono jej 25 zł. W stręczeniu dziewczynek pomagały jej 13-letnia Marysia (uspokajała zgwałcone ofiary i dbała o to, aby żadna nie opowiedziała nikomu, co się zdarzyło w "pokoiku rozkoszy") i 11-letnia Iza, szczególnie gorliwa w przyprowadzaniu koleżanek z ławy szkolnej. Każda dostawała 20 groszy na cukierki.

Z uwagi na wiek dziewczynek, a także obowiązki domowe Genslerowej, która zwykle o godzinie 17.00 podawała mężowi obiad, dom schadzek wieczorem był zamknięty. Jeśli klienci chcieli się zabawić z dorosłymi kobietami, szli do innych zakamuflowanych mieszkań organizatorów tego procederu. Tam również zjawiał się fotograf.

Naganianie "żywego towaru" wyglądało w ten sposób, że elegancko ubrana Genslerowa spacerowała z małą córką w parku i wypatrywała na ławkach młodziutkich, biednie ubranych dziewczyn. Przysiadała się, udawała serdeczną, proponowała za darmo ładne sukienki po starszej córce albo pracę niani u swej bogatej znajomej. Ofiara łatwo wpadała w sieć. Dziewczyny trafiały do zawiadującej domem schadzek Hermanowej, matki Małgorzaty Gensler.

- Ściągnięto mnie tam pod pretekstem obdarowania i zhańbiono - zeznawały jedna po drugiej na procesie.

* Więcej o książce "Przed sądem II RP" przeczytasz TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: II RP | skandal obyczajowy | afera

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje