Reklama

Reklama

Największe festiwalowe skandale

Letnie festiwale piosenki, transmitowane przez telewizję, były wydarzeniami w naszych domach. Lubiliśmy też poplotkować o festiwalowych aferach.

Halina Frąckowiak wystąpiła w 1970 r. na festiwalu w Opolu w dziwnym stroju, który przykuł uwagę publiczności. Zrobiony był, bo trudno powiedzieć "uszyty", z metalu o miedzianozłotym połysku.

Strój więcej odsłaniał niż zasłaniał

23-letnia wtedy piosenkarka miała na sobie króciutką blaszaną spódniczkę, staniczek z ornamentami, a na rękach i na szyi nosiła bransoletki. Na stopach zaś - sandały rzymianki. Zaprojektowała to cudo Barbara Hoff, która w tamtych czasach prowadziła rubrykę o modzie w tygodniku "Przekrój" i stroiła na występy gwiazdy estrady. Nie był to jednak jej pomysł. Inspiracji dostarczyła sama piosenkarka, która wypatrzyła podobne "wdzianko" w jednym z numerów magazynu "Vogue". Poprosiła tylko, żeby Hoff bardziej zasłoniła jej piersi, bo oryginał był jeszcze śmielszy.

Reklama

"Moja sukienka była o wiele skromniejsza niż ta z gazety. A i tak w Opolu zastanawiano się, czy mogę w takim stroju wystąpić. Poruszenie było niesamowite. Próbowano mnie podglądać, jak się przebierałam" - wspominała artystka.

Realizatorzy telewizyjni wpadli w popłoch

Uznali, że kreacja jest zbyt odważna i może z tego wyniknąć ogólnokrajowa afera. Zadecydowali, że pokażą Frąckowiak wyłącznie w dalekim planie. Nie pomogło! Na drugi dzień i tak rozprawiała o tym cała Polska! Jedni podziwiali gwiazdę za nowoczesny gust i odwagę, inni gorszyli się lub widzieli w tym występie obciach i kicz. Ale niektórzy do dziś wspominają jej "złotą zbroję" i mówią, że... wyprzedziła swoją epokę.

- Wiele lat później przyjaciele się śmiali, że Whitney Houston wystąpiła w mojej zbroi w filmie "Bodyguard" - skomentowała Halina Frąckowiak.

Interwizja ocenzurowała zespół Boney M

Całkiem innych emocji dostarczyli nam członkowie zachodnioniemieckiej grupy Boney M. Ta supergwiazda ery disco w 1979 r. wyruszyła w trasę po Polsce. W kilku miastach wybudowano gigantyczne sceny, które trzeba było przysłonić dachami, bo zespół miał wprawdzie grać niezależnie od pogody, ale tylko jeśli organizatorzy zapewnią mu odpowiednie warunki. Publiczność też musiała pomyśleć o sobie. Dlatego nieufni krakusi wykupili 10 tys. parasoli, szykując się na występ Boney M na stadionie Wisły.

Najważniejszy występ zespołu, w sopockiej Operze Leśnej, miał być transmitowany przez Interwizję do krajów demokracji ludowej. Cała Polska czekała zwłaszcza na najnowszą piosenkę "Rasputin". Niestety, ten wielki przebój zachodnich dyskotek radzieccy, a w ślad za nimi polscy specjaliści od propagandy, uznali za obraźliwy. Dziś naprawdę trudno dociec, dlaczego piosenka drażniła ówczesnych cenzorów. Ukazała się na płycie w rok po koncercie grupy na Placu Czerwonym w Moskwie, zorganizowanym na zaproszenie pierwszego sekretarza, Leonida Breżniewa.

Opowiadała o mnichu Grigoriju Rasputinie, który zyskał wielki wpływ na żonę ostatniego cara Rosji. Człowiek ten panoszył się na carskim dworze, a naród rosyjski go nienawidził. Po kraju krążyła plotka, że mnich był kochankiem carycy. Potem mówiło się wręcz, że jej bezkrytyczny stosunek do Rasputina, który wtrącał się w sprawy państwa, przyczynił się do wybuchu rewolucji październikowej. Tym niemniej radzieccy komuniści nie chcieli wspominać tej postaci i singiel "Rasputin" został zakazany w ZSRR. Nigdy go tam oficjalnie nie wydano! Zakaz przeniesiono też na inne "demoludy".

W Polsce "Rasputina" nie puszczano w radiu

Nie emitowano też teledysku w telewizji, a za odtwarzanie piosenki milicja podobno ścigała pracowników dyskotek. Ale że jako naród zawsze byliśmy odważni i krnąbrni wobec partyjnej biurokracji i cenzury, wiele osób liczyło, że Boney M zaśpiewa "Rasputina" w Sopocie. Z tego samego powodu organizatorzy festiwalu - o zgrozo! - naciskali, żeby zespół wystąpił z playbacku. Tak więc, paradoksalnie, to muzycy pragnęli grać na żywo, lecz reżyser chciał mieć pewność, że obędzie się bez "ideologicznych" wpadek. Na niewiele się to zdało.

Publiczność krzyczała: "Rasputin, Rasputin!" po każdej piosence

Mówiono potem, że technik obsługujący playback chciał uniemożliwić zespołowi wykonanie tego utworu, puszczając od razu następny wcześniej zaplanowany, lecz wtedy zaprotestował wokalista Bobby Farrell. Ku radości widowni grupa zaintonowała "Rasputina". W tłumaczeniu na język polski początek piosenki zabrzmiał tak: "Dawno temu w Rosji żył pewien mężczyzna/ Był wysoki i silny, w oczach żarzył mu się ogień/ Większość ludzi patrzyło na niego z trwogą i strachem/ Ale dla moskiewskich panienek był słodkim kochankiem...". Widownia oszalała z zachwytu, refren "Rasputina" śpiewała wraz z zespołem.

Natomiast prawdziwym skandalem było to, że widzowie przed telewizorami nie mogli tego zobaczyć: ani na żywo, ani w ogóle, bo... występ został ocenzurowany! Okazało się, że transmitowano tylko konkurs piosenek, a recitale gwiazd były nagrywane i emitowane z jednodniowym opóźnieniem. Czujny cenzor poradził więc sobie z występem, który miał "zagrozić naszemu sojuszowi z bratnim Związkiem Radzieckim" - wyciął fragment taśmy z nagraniem i tyle. Jednak wieść o odśpiewaniu "Rasputina" rozeszła się po całym kraju.

Modlitwa Ałły Pugaczowej na scenie

W rok po koncercie Boney M gromy spadły na Jerzego Gruzę, który wyreżyserował sopocki festiwal w 1980 r., w tym koncert Ałły Pugaczowej. Ałła, dama w wieku Maryli Rodowicz, do dziś jest legendą w swoim kraju - występuje, zmienia mężów na coraz młodszych, surogatki rodzą jej dzieci. Polacy - o dziwo - polubili ją, zwłaszcza za żywiołowy temperament i dwa melodyjnie przeboje: "Królowie wszystko mogą" i "Arlekino".

"Festiwal przypadł w tym samym okresie, co dramatyczne strajki w Stoczni Gdańskiej im. Lenina - wspominał Jerzy Gruza. - Wszyscy byliśmy w ogromnym napięciu. Zwłaszcza orkiestra czeska, której członkowie bali się, że wybuchną tu w Trójmieście jakieś strasznie krwawe historie. Na próbie trzasnęła nam z hukiem lampa, a oni w tym momencie uciekli ze sceny i za pięć minut spakowani siedzieli w autobusie gotowi do drogi. Wówczas też otrzymałem karę finansową za to, że Ałła Pugaczowa przeżegnała się na scenie". Ściślej mówiąc - Rosjanka najpierw zaśpiewała a capella cerkiewną pieśń, a potem wykonała znak krzyża na wizji. Widzowie zgotowali jej owację, lecz decydenci partyjni byli oburzeni. Nie mogli ukarać artystki, padło więc na reżysera Gruzę.

Skandali na festiwalach było znacznie więcej... Pamiętacie Demisa Roussosa? Jego występ w Sopocie w 1979 r. i taniec na scenie z Ireną Dziedzic przeszły do legendy, ale wielu nie wybaczyło Grekowi do dziś, że śpiewał z playbacku. Z kolei Whitney Houston, zdenerwowana niską temperaturą w Operze Leśnej, ubrała się na koncert "jak z bazaru". Widzowie odebrali jej zachowanie jako brak szacunku.

Dorota Filipkowska

Naj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy