Reklama

Reklama

Pechowcy wszechczasów. Trudno uwierzyć, co przydarzyło się tym ludziom

Każdy z nas czasem ma pecha. Takie są już prawa statystyki. Istnieją jednak udokumentowane przypadki, które kpią z zasad prawdopodobieństwa i fundamentów zdrowego rozsądku. Pech tych osób stanowi jakby odwrotność wielokrotnego wygrania na loterii.

Jeśli jesteście przesądni i obawiacie się wpływu piątku 13. na wasze życie - głowa do góry! Zawsze może być przecież dużo gorzej! Ale z pewnością nie będzie tak źle, jak w przypadku tych urodzonych pechowców, w których przygody czasem aż trudno uwierzyć. A jednak zdarzyły się naprawdę.  

"Panna niezatapialna"

Stewardessa Violet Jessop przeszła do historii podróży morskich, niczym wcielony przesąd o tym, że kobieta na pokładzie przynosi pecha. Z pewnością nie każda, ale akurat w przypadku Violet można by mieć poważne wątpliwości. W 1911 roku była częścią załogi okrętu RMS Olympic, gdy  w czasie pokonywania Kanału La Manche zderzył się on z krążownikiem HMS Hawke. Poważnie uszkodzony Olympic musiał udać się na naprawy do portu w Southampton. By mógł wrócić na morze zainstalowano w nim wał napędowy “pożyczony" od siostrzanej jednostki Olympica. Tak, był to właśnie słynny Titanic.

Reklama

Tym samym jego pierwsze wyjście w morze zostało na tyle opóźnione, by po zakończeniu poprzedniego feralnego rejsu Violet Jessop zdążyła się właśnie na nim zaokrętować. W kwietniu 1912 roku Titanic po zderzeniu z górą lodową zabrał ze sobą na dno 1514 pasażerów i członków załogi z 2224 osób znajdujących się na statku. Violet udało się uratować.

To jednak wcale nie koniec jej historii! W 1916 roku znajdowała się na HMHS Britanic, gdy statek ten zderzył się z podwodną miną. Skacząc do wody z tonącego okrętu Jessop pechowo uderzyła głową w kil przewróconego Britanica i straciła przytomność. Rozbitkowie znajdujący się na łodzi ratunkowej wciągnęli ją jednak na pokład i uratowali życie. Po tym wydarzeniu Violet została przez prasę ochrzczona mianem “panny niezatapialnej". 

Kosmiczny gość w dom

Niedawno opisywaliśmy historię wartej fortunę psiej budy, w którą uderzył meteoryt, nie zadając żadnych obrażeń znajdującemu się wewnątrz mieszkańcowi o imieniu Rocky. Zdarzenia takie są tak niewyobrażalnie rzadkie, że posłużyły do zobrazowania klątwy wiszącej nad Maggie O’Connell bohaterki serialu “Przystanek Alaksa". Tam na jej narzeczonego spadła satelita.

A jednak, choć statystyka się wzdryga, istnieje rzeczywisty i udokumentowany przypadek, gdy lecący meteoryt trafił niczego niespodziewającego się człowieka. Historia ta miała miejsce w Alabamie w roku 1954, a jej bohaterka nazywała się Ann Hodges. Kobieta spokojnie spała w łóżku, gdy przez dach jej domu przebił się niewielki meteoryt, odbił się od radia i uderzył ją prosto w głowę.

Absolutnie niewiarygodne jest to, że Ann nie odniosła żadnych poważnych obrażeń, poza wielkim guzem. 

Nic dwa razy się nie zdarza?

Słynną postacią wśród strasznych pechowców jest z pewnością Tsutomu Yamaguchi, który wybrał się w podróż służbową do Hiroszimy akurat w dniu, gdy to miasto zostało praktycznie zrównane z ziemią przez wybuch amerykańskiej bomby atomowej.

Tsutomu znajdował się jedynie trzy kilometry od epicentrum eksplozji, a jednak udało mu się przeżyć. Doznał jednak bardzo poważnych obrażeń i tymczasowo utracił wzrok. Następnego dnia wyjechał pociągiem do swojego rodzinnego miasta... Nagasaki.

Tam, dwa dni później, znów przeżył atak nuklearny, znów znajdując się blisko miejsca uderzenia bomby. I znów udało mu się ujść z życiem.

Zmarł w 2010 roku, rok wcześniej został przez rząd Japonii oficjalnie uznany jako jedyny człowiek, który przeżył dwa uderzenia nuklearne. Tsutomu Yamaguchi całe życie poświęcił walce o atomowe rozbrojenie. 


Człowiek, którego upodobały sobie pioruny

Praca strażnika leśnego w parku narodowym ma wiele do zaoferowania: świeże powietrze, dużo ruchu, piękne widoki, kontakt z dziką przyrodą, regularne porażenia prądem o ładunku elektrycznym 100 milionów woltów...

Tak przynajmniej było w przypadku Roy’a Sullivana pracownika Parku Narodowego Shenandoah w USA. W latach 1942 - 1977 został trafiony przez pioruny siedmiokrotnie!

Choć Księga Rekordów Guinessa przyznała mu miejsce na swoich stronach, Roy nie cieszył się wcale z takiej sławy. Popadł w paranoję, która kazała mu wierzyć, że na jego życie dybie pozaziemska moc, był przerażony. Ostatecznie odebrał sobie życie w wieku 71 lat. 

Statystyczna szansa na bycie trafionym przez piorun wynosi 1 do 10 tys. Szansa na to, by stało się to siedmiokrotnie w czasie ludzkiego życia to 1 do 10 kwadryliardów (10 000 000 000 000 000 000 000 000 000). 

Zobacz również:

Dom Salmy Hayek był nawiedzony! Co zrobiła?

Agnieszka Pilchowa: Polka, która widziała więcej

Niezwykła historia związku jasnowidza z Człuchowa

Morderstwo zapisane w ścianie

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy