Przez kilka dekad swojego funkcjonowania Polska Rzeczpospolita Ludowa, otwiera się w nowym oknie wytworzyła pokaźny dorobek nie tylko w postaci zasobu mieszkaniowego, infrastruktury gospodarczej i dzieł kultury (choć owa "pokaźność" często nie szła w parze z jakością i funkcjonalnością), ale również języka. Jej niematerialnym dziedzictwem jest zaś m.in. swoista odmiana polszczyzny, stanowiąca mieszankę literackiego języka oraz słów i sformułowań, zaczerpniętych z propagandowych przekazów bądź oficjalnej nomenklatury.
Dłużej, dłużej i skrótowo

Jednym z jego elementów było charakterystyczne nazewnictwo firm i instytucji. W przeciwieństwie do czasów współczesnych, w PRL widniejąca na szyldzie nazwa nie miała kusić klienta czy wyrażać filozofii firmy. Jej głównym zadaniem było jak najszersze informowanie o profilu działalności i strukturze danego podmiotu. A, że wszystko było "państwowe", "publiczne", "okręgowe", "wojewódzkie" "zjednoczone", "produkcyjne", "wytwórcze", "przetwórcze", nazwy rozrastały się do iście barokowych rozmiarów.
By ułatwić operowanie nimi, tworzono skrótowce, zbudowane z pierwszych liter słów składowych. Te zaś, wymawiane jednym tchem, z czasem zaczynały funkcjonować jako pełnoprawne słowa. I tak zrodził się "pegeer", "cepeen", "efeso" i wiele innych oryginałów ze słownika minionej epoki.
Czy trzy dekady po upadku PRL jego charakterystyczny język wciąż jest zrozumiały? Sprawdź w naszym quizie!
***











