Reklama

Reklama

Sprawa Tomka Komendy: Światełko w tunelu

Ta historia nigdy nie powinna się wydarzyć! Niewinny chłopak z Wrocławia padł ofiarą nieudolnego i bezdusznego aparatu państwa. Został niesłusznie skazany za gwałt i morderstwo. W ten sposób odebrano mu 18 lat życia. Grzegorz Głuszak w książce "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" zdradza kulisy procesu i odkrywa tajemnice, które nie miały ujrzeć światła dziennego. Przeczytaj fragment.

Pod bramę zakładu karnego w Strzelinie podjeżdża nieoznakowana srebrnoszara kia. Wysiada z niej dwóch mężczyzn, Remigiusz, czterdziestodwuletni funkcjonariusz operacyjny Centralnego Biura Śledczego, i Marek, nieco starszy pracownik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Nie muszą mieć przepustek, w odróżnieniu od innych, którzy przychodzą tu na widzenia. Dzwonek do więziennej bramy. Po chwili zza zaciemnionej szyby, przez którą nie widać strażnika, padają słowa:

- Panowie do kogo?

- Do Tomasza Komendy. Policja, mamy tu nakaz prokuratorski pobrania osadzonego.

Reklama

Ciężka, żelazna brama otworzyła się. Mężczyźni weszli, pokazali legitymacje, nakaz i poczekali na osadzonego, aby zawieźć go na przesłuchanie do Prokuratury Krajowej Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji we Wrocławiu. Doprowadzony przez oddziałowego Tomasz Komenda wypełnił niezbędne formalności, podobnie jak funkcjonariusze, i przez drzwi zakładu karnego wyszedł za bramę, wciąż winny morderstwa i gwałtu, skuty w kajdany, ale już za murami, z nadzieją, że jego chwilowe wyjście do prokuratury ma jakiś większy sens.

Dwa tygodnie wcześniej dowiedział się z telewizji, że do sprawy, za którą został skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności, zatrzymano kolejnego sprawcę, bo Tomek miał działać z dotąd nieustaloną osobą. Wiedział, że tego nie zrobił, a skoro nie on, to może w końcu po osiemnastu latach jego bezsensownej odsiadki śledczy znajdą prawdziwego sprawcę brutalnego gwałtu i morderstwa piętnastoletniej Małgosi.

Z zakładu karnego w Strzelinie do Prokuratury Krajowej Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu jest niespełna trzydzieści kilometrów, około czterdziestu minut drogi. Z relacji policjantów, ale i Tomka, wiem, że była to cała wieczność. Zapytałem jednego z funkcjonariuszy, co Tomek mu wtedy powiedział. Odparł, że tylko zapytał:

- Panowie, czekałem na was osiemnaście lat. Czy wierzycie, że jestem niewinny? Bo bardzo mi na tym zależy. Nie na tym, żeby wyjść, tylko czy wy mi wierzycie, bo to dla mnie bardzo ważne.

- Dlatego po ciebie przyjechaliśmy, bo wiemy, że osiemnaście lat siedzisz za kogoś innego, i spróbujemy wyjaśnić dlaczego.

- A co zamierzacie?

- Uwolnić cię.

To było drugie wyjście Tomka poza mury więzienne w ciągu osiemnastu lat. Wcześniej miał taką możliwość tylko raz, kiedy poprosił dyrektora zakładu karnego, by mógł uczestniczyć w pogrzebie swojej babci. Na ceremonię nie zdążył, bo samochód, który miał go konwojować, spóźnił się i nie dotarł na czas. Pilnujący go strażnicy dali mu jednak pięć minut, by mógł się pożegnać ze zmarłą. Rodzina zdążyła już opuścić cmentarz, ponieważ pogrzeb zakończył się kilkanaście minut wcześniej. Z konwojentami nie zamienił ani słowa. Nikt nie chce rozmawiać z takim jak on: pedofilem, gwałcicielem i mordercą. Trudno się też dziwić funkcjonariuszom służby więziennej, którzy przecież sami mają rodziny i dzieci. Widok Tomka, czego łatwo się domyślić, budził w nich wstręt i pogardę. Nawet grabarze uciekli z miejsca pochówku, kiedy zobaczyli skutego mężczyznę w obstawie kilku strażników wyposażonych w długą broń. Dla Tomka była to jednak wyjątkowa chwila, ponieważ przez kilka minut mógł poczuć zapach powietrza bez widoku krat.

Dziś drugi raz opuszczał zakład karny, pełen nadziei, po tym jak usłyszał w telewizji, że zatrzymano drugiego ze sprawców. On cały czas pozostawał tym pierwszym. Tym razem konwojujący go policjanci słowami: "Zamierzamy cię uwolnić", dali mu prawdziwą nadzieję. Pierwszy raz od osiemnastu lat pojawiło się światełko w tunelu, czekał już tylko na to, co ma mu do powiedzenia prokurator.

Wjeżdżając do Wrocławia, nie poznawał swojego miasta. Kiedy zamykano go w więziennej celi, nie było galerii handlowych, które teraz mijali jedna za drugą. Ogromny Sky Tower też był czymś nowym. Kiedy trafił za kraty, wieżowce nie osiągały stu metrów, nawet w Warszawie, ten miał ponad dwieście. Co kilka kilometrów stacja benzynowa.

On pamiętał jedynie CPN, którego logo już dawno zastąpiły nowe nazwy. Przejeżdżające wiaduktem pendolino robiło wręcz kosmiczne wrażenie. Podobne maszyny widział tylko w filmach science  fiction, kiedy był jeszcze na wolności. I telefon, który co jakiś czas mówił prowadzącemu samochód policjantowi: "Za sto metrów skręć w prawo, potem jedź prosto. Dotarłeś do celu". Tomek zupełnie nie wiedział, co się dzieje wokół niego, choć matka i bracia mówili mu, że przez te osiemnaście lat świat bardzo się zmienił. Wszystkie te nowinki widział jedynie w telewizji. Stara konsola Play Station 3 i FIFA, w którą grał co wieczór pod celą, to był jego cały nowoczesny świat.

Po czterdziestu minutach srebrnoszara kia z Tomaszem Komendą zatrzymała się na ulicy Piłsudskiego we Wrocławiu, nieopodal miejsca, skąd osiemnaście lat wcześniej został wywleczony z domu przez funkcjonariuszy policji. Kiedy przyjechali na miejsce, policjanci wprowadzili go do prokuratury już bez kajdanek. W dość ciasnym pomieszczeniu zainstalowana była kamera, skierowana wprost na krzesło, na którym miał usiąść Tomek. Dwóch prokuratorów, Robert Tomankiewicz i Dariusz Sobieski, razem z psycholog Justyną Poznańską czekali przygotowani do przesłuchania. Zapis w kamerze włączył policjant:
 
- W dniu dwudziestym czwartym czerwca dwa tysiące siedemnastego roku o trzynastej osiem rozpoczynamy czynność przesłuchania w sprawie o sygnaturze PKI WZ Ds. 43.2017. W czynności tej będą brali udział prokuratorzy Robert Tomankiewicz, Dariusz Sobieski, funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego Remigiusz K., obsługujący sprzęt nagrywający, oraz biegła z zakresu psychologii śledczej pani Justyna Poznańska [...] Przesłuchany zostanie w charakterze świadka pan Tomasz Komenda. Odbiorę od pana dane osobowe. Pana imię i nazwisko - zaczął prokurator Robert Tomankiewicz.

- Tomasz Komenda.

- Imiona rodziców?

- Teresa i Jerzy.

- Data i miejsce urodzenia?

- Lipiec tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt sześć, Wrocław.

- Obecnie przebywa Pan w zakładzie karnym w...? - Strzelinie.

- Pana wykształcenie? - Podstawowe.

- Był pan karany za składanie fałszywych zeznań? - Nie.

- Pouczam pana, iż jako świadek jest pan zobowiązany do mówienia prawdy. Na podstawie artykułu dwieście trzydzieści trzy paragraf pierwszy osoba, która "zeznaje nieprawdę lub zataja prawdę, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do lat ośmiu". Czy treść tego pouczenia pan rozumie? - Tym razem prokurator Dariusz Sobieski odczytał zapis z Kodeksu karnego, bez czego przesłuchanie nie może się rozpocząć.

Wcześniej nikt nigdy nie zadawał Tomkowi takiego pytania, ponieważ nigdy nie był on traktowany jako świadek. Uznawano go za przestępcę oskarżonego o gwałt i morderstwo. Osobę, która by się bronić, może w majestacie prawa kłamać, fałszywie zeznawać bądź w ogóle odmówić składania jakichkolwiek wyjaśnień. Jedyne pytanie, jakie zadawano mu przez osiemnaście lat, dotyczyło tego, czy przyznaje się do zbrodni zapisanej w Kodeksie karnym w artykułach 148 i 197.

 - Rozumiem - potwierdził Tomasz Komenda.

- Czy wie pan, w jakiej sprawie się spotkaliśmy, w jakiej sprawie będzie pan zeznawał? - To pytanie zadał prokurator Robert Tomankiewicz, naczelnik Wydziału do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej.

- W sprawie, w której zostałem skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności, czyli w sprawie miłoszyckiej, morderstwa i gwałtu na Małgorzacie K.

- Spodziewał się pan tego przesłuchania?

- Nie.

- Dowiedział się pan w ostatnim czasie coś na temat tej sprawy?

- Tak, dwa tygodnie temu z mediów dowiedziałem się. W wiadomościach wrocławskich zostało to nagłośnione, że została ruszona moja sprawa.

- Co się pan dowiedział?

- Że został złapany drugi z podejrzanych i tyle. Że po dwudziestu latach został złapany kolejny sprawca.

- I jak pan na to zareagował?

- Strasznie, dostałem takiej siły, że po tylu latach mogę liczyć na sprawiedliwość, że teraz to wszystko wyjdzie na światło dzienne.

- To znaczy? Co wyjdzie na światło dzienne?

- Że prawdziwi sprawcy, prawdziwe zdarzenia, które miały  miejsce...

- Ale sam pan mówił, że usłyszał, że został zatrzymany drugi sprawca.

- No bo tak jest do dnia dzisiejszego, że ja jestem sprawcą. Bo oni nie mówią w mediach, że ja jestem osobą niewinną. Tylko ja zostałem skazany w dwa tysiące trzecim roku i od tamtego czasu jestem cały czas winny, bo jest wyrok prawomocny, wszystkie instancje przeszedłem... I opinia publiczna już wydała na mnie wyrok, że oni już po prostu nie chcą ze mną rozmawiać. Mam dwadzieścia pięć lat do odsiadki, że musiałem w końcu tyle lat czekać, żeby usłyszeć, że usiądą na ławie oskarżonych te osoby, które to popełniły. Ja z tymi osobami ani z tą sprawą... ani w tej miejscowości nigdy nie byłem, dlatego do dnia dzisiejszego zadaję sobie pytanie, dlaczego tak musiało być. Co ja komuś takiego zrobiłem, że musiałem trafić za kraty? Siedzę już osiemnaście lat i pan sobie nawet z tego sprawy nie zdaje, jak ja się strasznie cieszę, że został złapany Ireneusz, kiedy na sali sądowej niby tym Ireneuszem byłem ja. Ja jestem z Wrocławia, a prawdziwi mordercy, z tego, co wiem z akt, byli z tamtych miejscowości, w których doszło do zbrodni. Ja przepraszam, że się wzruszyłem, ale to jest silniejsze ode mnie... Jestem kłębkiem nerwów i strasznie się z tego cieszę, że jestem tu, że zeznaję tu, bo w środku jestem rozszarpywany, bo nie wiem, co będzie ze mną dalej. I niech to wyjdzie na światło dzienne, że prokuratura popełniła wtedy błąd, zamykając mnie. Ja nie oczekuję od nikogo przeprosin, broń Boże. Chcę, żeby zwrócono mi to, co mi zostało zabrane osiemnaście lat temu - czyli wolność. Nie miałem nigdy do czynienia... Nigdy żadnej dziewczyny nie skrzywdziłem i nie mam zamiaru skrzywdzić, a zostałem najpierw oskarżony, osadzony i potem skazany... Nie radzę sobie do dnia dzisiejszego z tym wszystkim.

- Co wie pan na temat tej sprawy? - zapytał prokurator Tomankiewicz.

- Wiem tylko tyle, że w miejscowości Miłoszyce została zgwałcona brutalnie piętnastoletnia dziewczyna. Pochodziła z miejscowości Miłoszyce... tyle wiem.

- A jak to się stało, że pan trafił na ławę oskarżonych - dopytywał prokurator Tomankiewicz. - Skoro twierdzi pan, że jest pan osobą niewinną.

- Bo jestem osobą niewinną, a to, że zasiadłem na ławie oskarżonych, to chciała tego opinia publiczna. Bo jak ja zostałem zatrzymany, to zostało to nagłośnione i od tego momentu mój horror się zaczął. Bo oni nie mieli stuprocentowych dowodów, oni mieli tylko poszlaki i ja na podstawie tych poszlak zostałem skazany. Jeżeli sąd, skazując mnie w pierwszej instancji na piętnaście lat pozbawienia wolności, mówi, że ja nie jestem w stu procentach winny, tylko wynika to z doświadczenia sądu, to dla mnie jest to niepojęte, że oni skazali mnie, bo przypuszczali, że ja jestem sprawcą, a dowody, które zostały przedstawione przed sądem, mogły zostać podrobione w tamtym czasie.

- Panie Komenda, o jakich dowodach pan mówi?

- O zębach, zapachu i czapce, która niby została pozostawiona w Miłoszycach na posesji.

- Dlaczego pan mówi "niby została pozostawiona"?

- Bo ja nigdy takiej czapki... Ja nigdy w czapkach nie chodziłem. Nawet jak było minus pięćdziesiąt stopni, to ja nigdy w czapkach nie chodziłem.

Przez ponad trzy godziny na zmianę prokurator Tomankiewicz, prokurator Sobieski i psycholog Poznańska zadawali Tomkowi szereg pytań, do których jeszcze wrócę. Nieraz Tomek przecierał załzawione oczy, wielokrotnie próbował je zasłonić, ale kamera ustawiona naprzeciwko mężczyzny rejestrowała wszystko, każdy odruch, spojrzenie, każde skinienie głowy. Wielokrotnie nie potrafił odpowiedzieć na pytania, zwłaszcza te dotyczące pobytu w zakładzie karnym. Nikt też specjalnie nie próbował wyciągać od niego informacji, wiedząc, że za chwilę wróci do więziennej celi. Pytany, zdawkowo odpowiadał, że to koszmar i horror, że był bity, torturowany, ale o szczegółach nie chciał mówić.

Choć kamera nie rejestrowała słuchaczy, dało się odczuć, że gdyby to od nich zależało, Tomasz Komenda nie wróciłby już do zakładu karnego. Oni już od kilku miesięcy wiedzieli, że siedzący przed nimi mężczyzna, wysoki, szczupłej budowy ciała, z trudem patrzący w oczy, z odruchami typowymi dla osób, które za kratami spędziły lata, nie powinien się znaleźć w miejscu, w którym przebywał przez ostatnie osiemnaście lat.

Jego zachowanie podczas przesłuchania, przygnębienie i smutek wskazywały, że powinien być raczej pensjonariuszem zakładu, gdzie leczy się depresję, a nie więźniem zakładu karnego. Jedynie jego lewa ręka, niemal cała wytatuowana, nie pozostawiała złudzeń, że jest mieszkańcem tego drugiego miejsca. Miejsca, do którego trafił, bo zupełnie mu nieznane osoby brutalnie zgwałciły i zamordowały piętnastoletnią dziewczynkę. On miał być jednym z nich, ale nie był. To on jednak został oskarżony, skazany i osadzony na ćwierć wieku. Kiedy zamykała się za nim więzienna cela, miał zaledwie dwadzieścia trzy lata. Dziś, choć nie wygląda na swój wiek, ma już czterdzieści jeden i najpiękniejsze lata młodości za sobą.

* Więcej na temat książki "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" przeczytasz TUTAJ.

Zobacz również:

Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Komenda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy