Reklama

Reklama

Stefan Wyszyński: Wyjątkowe świadectwa uzdrowienia

W procesie beatyfikacyjnym kardynała Stefana Wyszyńskiego uznano cud uzdrowienia z nowotworu tarczycy. Łask otrzymanych za wstawiennictwem prymasa są jednak setki. Szczegółowo opisuje je w książce "Prymas Wyszyński. Wiara, nadzieja, miłość" Ewa K. Czaczkowska. Przeczytaj fragment.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję...

Grób Stefana Wyszyńskiego odwiedzają jednak przede wszystkim wierni, którzy przez lata modlili się przy nim o beatyfikację prymasa albo - za jego wstawiennictwem - o rozwiązanie swoich trudnych spraw. Zostawiają kartki z prośbami oraz z podziękowaniami za otrzymane łaski. Do 2015 roku złożono trzydzieści cztery tysiące kartek z prośbami i tysiąc czterysta z podziękowaniami. W 2019 roku, czyli w roku ogłoszenia beatyfikacji, kartek było już sześćdziesiąt trzy tysiące. Zostawiają je także obcokrajowcy; naliczono kilkanaście języków - są kartki napisane po angielsku, rosyjsku, włosku, hiszpańsku, ale też po arabsku i po chińsku.

Reklama

Podziękowania dotyczą daru macierzyństwa, założenia rodziny, powołania do życia kapłańskiego i zakonnego, szczęśliwego przebiegu operacji, odzyskania zdrowia, wyzwolenia z nałogów, nawrócenia, spowiedzi odbytej po latach, znalezienia pracy i wielu, wielu innych życiowych spraw. Każda z tych historii jest inna. Każda jedyna. Wyjątkowa w życiu danej osoby. Żadna z nich nie była rozpatrywana w procesie beatyfikacyjnym. Są one jednak, jak wiele innych, dowodem prywatnego kultu prymasa, co jest koniecznym warunkiem w każdym procesie kandydata na ołtarze.

Oprócz kartek składanych na grobie prymasa są też oczywiście inne świadectwa przysyłane na adres biura postulacji procesu beatyfikacyjnego. Do wyjątkowych świadectw uzdrowienia należy to złożone przez księdza Edmunda Boniewicza, pallotyna, który przez ponad dwadzieścia lat był spowiednikiem kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ksiądz Boniewicz zachorował na nowotwór prostaty.

"Zarówno chirurgiczne interwencje, jak i stosowane leki nie przyniosły poprawy. Doznawałem ciągle niezwykle dotkliwego bólu, który nieustannie się wzmagał, przenikając cały organizm" - pisał.

Wiele osób, wśród nich on sam, modliło się o uzdrowienie do Matki Bożej i za wstawiennictwem kardynała Wyszyńskiego. Dzień przed kolejną operacją chory był na nocnym czuwaniu na Jasnej Górze, gdy usłyszał wewnętrzny głos: "Zostań w domu!". Ksiądz Boniewicz odprawił ostatnią, dziewiątą mszę świętą o łaskę uzdrowienia i na zabieg chirurgiczny nie poszedł. "Nagle zostałem olśniony łaską zdrowia. Odczułem natychmiastowe cudowne uzdrowienie. Organizm zaczął normalnie działać, a ból całkowicie ustąpił".

Przejmujące świadectwo, wraz z dokumentacją medyczną, zostawił także ksiądz Zenon R. z archidiecezji gnieźnieńskiej, który w październiku 1999 roku w okolicach Częstochowy uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu. "(...) stan był krytyczny, uszkodzenia wielowarstwowe", istniało zagrożenie śmiercią. Za wstawiennictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego modliły się panie z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, karmelitanki bose i parafianie z Inowrocławia.

"Najprawdopodobniej we wtorek stan był krytyczny i wówczas między łóżkiem a ścianą zjawił się Ksiądz Kardynał Prymas Stefan Wyszyński, w czarnej sutannie, ze złotym pektorałem i w purpurowej piusce, rozłożył charakterystycznym gestem ręce i powiedział: »Zenku, nie dojechałeś do Matki Bożej, jak ty wyglądasz?«. Odpowiedziałem: »Ojciec widzi, co się narobiło«. I wówczas uśmiechnął się i pojawił [się] ksiądz biskup Jan Czerniak i powiedział: »Ojcze, ale on z nami nie może tu zostać, musi wrócić do Inowrocławia, tam ma tyle do zrobienia, dokończyć budowę kościoła i dużo pracy«. Ojciec wówczas uśmiechnął się i powiedział: »Zenku, biskup Jan znów rządzi«. Uśmiechnął się i znikł. Ksiądz biskup Jan jeszcze został i rozmawialiśmy o Inowrocławiu".

Od tej chwili stan zdrowia księdza Zenona zaczął się radykalnie poprawiać. Po trzech tygodniach wyszedł ze szpitala w Częstochowie, przez ponad miesiąc przebywał jeszcze w szpitalu w Inowrocławiu. "(...) życie moje zawdzięczam wstawiennictwu Sługi Bożego Stefana Kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Polski - napisał po trzech latach od wypadku. - Jestem w pełni sił i zdrowia, dlatego w pełni władz umysłowych składam to świadectwo".

Anetta B. z Warszawy w 1998 roku w biurze postulacji procesu kardynała Stefana Wyszyńskiego złożyła takie świadectwo: "Chłopiec o imieniu Marcin, mający 7 lat, zachorował na nowotwór złośliwy typu chłoniak. Lekarze przy tego typu nowotworze dają trzydzieści procent szans przeżycia. Chłopiec (...) znalazł się w takim stanie, że przeszedł stan śmierci klinicznej. W stanie nieświadomości znajdował się 7 dni. (...) bardzo źle znosił kuracje chemiczne, po których jego stan zdrowia pogarszał się. Lekarze zadecydowali, aby chłopiec został skierowany na przeszczep szpiku kostnego. Przeszczepu dokonano po 6 miesiącach choroby, z wynikiem pozytywnym. Podczas choroby chłopca zanoszona była modlitwa o uzdrowienie za przyczyną Sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego po Koronce do Miłosierdzia Bożego przed Najświętszym Sakramentem w pierwsze piątki miesiąca w kościele Matki Boskiej Zwycięskiej w Warszawie. Odmawiana była również prywatna Nowenna o uzdrowienie chłopca za przyczyną Sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Bóg zapłać za cudowne uzdrowienie chłopca".

Po wielu latach, bo w 2008 roku, świadectwo cudownego uzdrowienia w maju 1981 roku czternastomiesięcznej córeczki Ani przekazała mieszkanka Kwidzyna Krystyna K. Otóż 20 maja 1981 roku dziewczynka ściągnęła na siebie kubek gorącej kawy z mlekiem.

"Usłyszeliśmy jej przeraźliwy krzyk. Szybko została zawieziona do przychodni. Było to poparzenie II stopnia. Po wstępnym opatrzeniu ran, zaserwowaniu środków znieczulających przez lekarza została przewieziona karetką do szpitala miejskiego w Elblągu. (...) każdego dnia przez prawie dwa tygodnie słyszałam to samo zdanie: »Jest w śpiączce - poprawy nie ma«. Jako rodzice byliśmy kompletnie zdesperowani, ale nie ustawaliśmy w ciągłych modlitwach. (...) Kiedy przyjechałam 30 maja, w sobotę, dyżur pełniła lekarz kobieta. Ta poinformowała mnie: »Córka pani żyć nie będzie, ona nic już nie je«, wzruszając ramionami. Gest ten odczytałam jako rezygnację i brak nadziei na poprawę. Rozpacz moja zwiększyła się bardziej, nie ustawaliśmy jednak w modlitwie. Jeden płacz i szloch; załamanie, ale i nadzieja. Następnego dnia, 31 V 1981 r., w niedzielę, jak zwykle pojawiam się w szpitalu. I tu znowu od innej dyżurującej lekarki usłyszałam, że córka żyć nie będzie; kolejny szloch. Wracając ze szpitala, zatrzymałam się w poczekalni dworca PKS. W górze sali dworcowej był włączony czarno-biały telewizor, a w nim transmisja pogrzebu Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Wówczas resztkami sił w tych krańcowych momentach zaczęłam błagać Go o wstawiennictwo u Pana, aby życie naszej córeczki zostało ocalone. Kiedy przyjechałam w poniedziałek, 1 czerwca, ordynator oświadczył, że wypis córki będzie w środę, a więc pojutrze. Oniemiałam, myślałam, że nastąpiła jakaś pomyłka w informacji, jednak ordynator bardzo dobitnie podkreślił, że »w środę do domu«. (...) Radość była ogromna, podziękowaniom nie było końca. Po dziś dzień jesteśmy przekonani i dziękujemy naszemu Kochanemu Księdzu Prymasowi za to, że za Jego wstawiennictwem nasza córeczka wróciła do zdrowia".

Barbara K. z Warszawy w 1990 roku złożyła świadectwo uzdrowienia swej wnuczki za wstawiennictwem kardynała Wyszyńskiego. "Modliłam się codziennie o to, aby moja wnuczka, która miała krótszą nóżkę (3,5-4 cm) od urodzenia, (...) zaczęła normalnie chodzić. Były robione dwie operacje, niestety nic nie pomogło. Trzy lata temu, jak był u nas po kolędzie (...) ksiądz proboszcz z parafii św. Michała w Warszawie, dał mi obrazek z wizerunkiem Stefana Kardynała Wyszyńskiego i mówił, żeby się modlić. I tak codziennie przez 3 lata modliłam się i prosiłam. I prośba moja została wysłuchana. Otrzymałam za jego wstawiennictwem tę łaskę. W tym roku w styczniu wnuczka moja Ania poszła do szpitala. Operacja się udała i już w maju nóżka urosła o 4 cm. Goiło się wspaniale, nie było żadnych komplikacji. Teraz wnuczka chodzi do szkoły, jeździ na rowerze, biega. Za tę wielką łaskę chcę podziękować Matuchnie Bożej i Trójcy Przenajświętszej, prosząc, aby Kościół zaliczył Go do grona swoich świętych"[7].

Takich świadectw są dziesiątki.

Guz, który dusił

Proces Stefana Wyszyńskiego trwał ponad trzydzieści lat. W ocenie wielu od dawna przekonanych o świętości kardynała to długo, a nawet bardzo długo. Ale trzeba było czasu, by nie tylko zebrać i zbadać dokumentację dotyczącą życia i działalności prymasa, ale także ocenić ją bez emocji, z dystansu.

Proces rozpoczął się osiem lat po śmierci kardynała Wyszyńskiego, w maju 1989 roku. Etap diecezjalny trwał dwanaście lat i zakończył się w lutym 2001 roku (razem z procesem diecezjalnym księdza Jerzego Popiełuszki). W tym czasie trybunał beatyfikacyjny przesłuchał pięćdziesięcioro dziewięcioro świadków, zebrał i zbadał dokumenty dotyczące życia kardynała. Następnie dokumentację procesu, liczącą dwa i pół tysiąca stron, przekazano do watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. W lutym 2002 roku Kongregacja wydała dekret uznający ważność procesu na etapie diecezjalnym. Wtedy rozpoczął się drugi etap procesu.

Podjęto prace nad tak zwanym positio, czyli dokumentem, który ukazuje życie i dzieło kandydata na ołtarze w perspektywie heroicznego praktykowania takich cnót jak wiara, nadzieja, miłość, a także męstwo, roztropność, sprawiedliwość, czystość, posłuszeństwo, ubóstwo, pokora i inne. To ten dokument stanowił podstawę oceny najpierw konsultorów, a następnie biskupów i kardynałów Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, czy Stefan Wyszyński jako wyznawca Chrystusa prowadził życie chrześcijańskie w stopniu heroicznym. Positio zostało przedłożone do oceny w Kongregacji w listopadzie 2015 roku, zaś w kwietniu 2016 roku komisja teologów jednogłośnie uznała heroiczność cnót prymasa Wyszyńskiego.

W grudniu 2017 roku potwierdzili tę ocenę biskupi i kardynałowie Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, a papież Franciszek zatwierdził dekret o heroiczności cnót. Dopiero wtedy mógł rozpocząć się drugi, rzymski etap procesu o uznanie cudu za wstawiennictwem kardynała Wyszyńskiego. Pierwszy etap procesu o uznanie cudu, tak zwany diecezjalny, toczył się w latach 2012-2013 w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, bo tam doszło do cudownego uzdrowienia za wstawiennictwem sługi Bożego kardynała Wyszyńskiego. Trybunał po zbadaniu dokumentacji oraz przesłuchaniu jedenaściorga świadków uznał za niewytłumaczalne z medycznego punktu widzenia uzdrowienie w 1989 roku z nowotworu młodej kobiety - wówczas kandydatki do zgromadzenia zakonnego, obecnie jej członkini.

Siostra Nulla była chora na nowotwór tarczycy. W 1988 roku przeszła w Szczecinie operację usunięcia płatu tarczycy oraz węzłów chłonnych szyjnych. Po okresie poprawy stan zdrowia kobiety znów się pogorszył. W gardle powstał guz nowotworowy wielkości pięciu centymetrów, pojawiły się też zmiany w płucu. Chorą leczono jodem radioaktywnym w szpitalu w Gliwicach. Guz dusił ją, grożąc śmiercią. Przełom nastąpił 14 marca 1989 roku. Wtedy nagle stan kobiety się poprawił. Całkowicie wyzdrowiała. Do dziś nie nastąpiła remisja choroby. W czasie przełomowych dni, w marcu 1989 roku, w jej intencji, a za wstawiennictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego, modliły się siostry zakonne z jej zgromadzenia.

W listopadzie 2018 roku konsylium lekarzy przy Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych potwierdziło, że uzdrowienie kobiety było nagłe, całkowite, trwałe i z medycznego punktu widzenia niewytłumaczalne. Rok później, w październiku 2019 roku, cud potwierdzili biskupi i kardynałowie Kongregacji, a papież Franciszek podpisał dekret.

* Więcej o książce "Prymas Wyszyński. Wiara, nadzieja, miłość" przeczytasz TUTAJ.

***

Zobacz również:

Fascynujący boży rebus. Proroctwo Prymasa Tysiąclecia

W świętych murach ze styropianu

Kościół a rewolucja. Papież wierzył, że wygra z Leninem

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje