Reklama

Reklama

Tragiczne losy dzieci wywiezionych na Syberię

Polskie dzieci, którym wydarto dzieciństwo, pamiętają wojnę inaczej niż dorośli. Lektura ich wspomnień porusza, budzi sprzeciw wobec sowieckiego zbydlęcenia i podziw dla heroizmu małych Polaków. O nich opowiada książka "Dzieci wygnane" Moniki Odrobińskiej. Fragment publikujemy poniżej.

O nożu w plecy, który Rosjanie wbili Polakom 17 września 1939 roku, można już na szczęście mówić głośno. Mówi się też o kolejnych zdradach aliantów w toku II wojny światowej.

Ale jak to się przełożyło na życie dziewięcioletniego Mirka, trzyletniej Oli, pięcioletniego Romka, ośmioletniej Marysi? Na ich życie, tamto - w mrozach Syberii, i to później, gdy po "światowych wojażach"byli w Polsce ludowej "wrogami narodu".

Jak podkreślają historycy, była to pierwsza wojna, która wypowiedziana została także dzieciom i młodzieży. Dorosła kobieta opowiada, jak z bydlęcego wagonu, wiozącego ich na Syberię w ścisku, mrozie i zwierzęcych odchodach, wyrzucono zwłoki jej pięcioletniej wówczas rówieśnicy. 

Reklama

- Potem się człowiek oswoił ze śmiercią, ale tę pierwszą pamięta się do końca życia - wspomina. 

Stalin powiedział kiedyś, że jego największym błędem było wypuszczenie Polaków z ZSRR. Nie musieli nic mówić, wystarczył ich widok. Na oficjalnym znaczku pocztowym w ZSRR lat czterdziestych widniał radziecki żołnierz trzymający na rękach polskie dziecko. 

Prawdziwy obraz tamtych lat przedstawiał kilkuletnie żywe kościotrupki - obdarte, pracujące ponad siły i resztką tych sił próbujące przeżyć. Rosjanie od dawna wydawali na "krnąbrnych" Polaków "wyroki śmierci z odroczeniem" w postaci zsyłek na Syberię - w warunki, których tylko nielicznym udawało się przeżyć. 

Po wojnach polsko-rosyjskich w XVI wieku zsyłali tam jeńców, podobnie czynili z uczestnikami konfederacji barskiej oraz powstań: listopadowego i styczniowego. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku wydawało się, że rozdział zsyłek jest już zamknięty. Ale okupacja sowiecka lat II wojny światowej ponownie uruchomiła tę machinę. 

Dnia 10 lutego 1940 roku z rozkazu Stalina na Syberię zesłano osadników wojskowych, legionistów, żołnierzy 1920 roku, wyższych urzędników państwowych, policjantów, kolejarzy i leśników z rodzinami. Ofiarą drugiej wielkiej deportacji 13 kwietnia 1940 roku padły głównie kobiety i dzieci wcześniej aresztowanych oficerów i funkcjonariuszy straży granicznej zamordowanych w Katyniu.Trzecia zsyłka 29 czerwca 1940 roku objęła głównie bieżeńców- uchodźców uciekających na wschód przed prześladowaniami niemieckich okupantów, rolników i rodziny urzędników, którym władze radzieckie nie ufały. 

W czerwcu 1941 roku wywieziono mieszkańców terenów przygranicznych: Polaków, Litwinów, Łotyszyi Ukraińców - w ramach "oczyszczania" tych terenów. Archiwalne dokumenty sowieckie mówią o 320 tysiącach wygnanych.IPN mówi o 800 tysiącach. Według GUS oraz historyków II Korpusu i tych, którzy zostali po wojnie w Anglii, było to 1,3 miliona osób - i taką też liczbę przyjmuje Zarząd Główny Związku Sybiraków. Co trzeci zesłaniec zmarł jeszcze na Syberii.

Więcej o książce Moniki Odrobińskiej przeczytasz TUTAJ. 

Zmianę przyniósł wybuch wojny niemiecko-radzieckiej 22 czerwca 1941 roku. Związek Radziecki potrzebował wsparcia militarnego, Stalin nawiązał więc współpracę z polskim rządem na emigracji reprezentowanym przez generała Władysława Sikorskiego.W lipcu 1941 roku w Londynie podpisano układ Sikorski-Majski,na podstawie którego polskich zesłańców objęła tak zwana amnestia.

Zwolnieni z posiołków, łagrów i obozów zesłania, mężczyźni zasilili szeregi Wojska Polskiego. Jedni walczyli pod dowództwem generała Zygmunta Berlinga, inni - generała Władysława Andersa.To sybiracy stanowili trzon obu tych armii. Premier Sikorski zwrócił się z prośbą do Winstona Churchilla, by ten pomógł wyekspediować polskie sieroty z ZSRR w łagodniejszy klimat. 

W reportażach przedstawiam historie tych, którym udało się wydostać z Rosji sowieckiej i wrócić do Polski - najczęściej okrężną drogą: przez Persję (dziś Iran), Liban, Palestynę, Indie, Nową Zelandię. Dzieci trafiały także do Afryki, Australii, Meksyku- siłą rzeczy nie sposób oddać wszystkich tych losów.

Najwięcej polskich wygnańców przyjął Iran - 120 tysięcy osób, w tym 20 tysięcy dzieci; 5 tysięcy Polaków znalazło się w Indiach, 10 tysięcy w Afryce, 3,5 tysiąca w Libanie, 720 osób w Nowej Zelandii, 830 w Palestynie. Jednak kulisy przyjmowania zesłańców wywołują gorycz. 

Szczególnie uderzyły mnie dokumenty przytoczone w opracowaniu Polacy w Indiach 1942-1948: Brytyjczycy, owszem, chętnie przyjmowali polskie wojsko, ale opierali się ewakuacji cywili. 

Brytyjski minister stanu w Kairze tak przedstawił swoje stanowisko: jeśli Polacy poumierają w Rosji, nie wpłynie to na bieg wojny. A jeśli przyjadą do Persji, to władze brytyjskie będą musiały się nimi zająć i brytyjski wysiłek wojenny będzie poważnie osłabiony. Należy powstrzymać tych ludzi przed opuszczeniem ZSRR, dopóki nie będzie zorganizowane przyjęcie ich, i to także w określonej liczbie - bez względu na to, ile osób musiałoby do czasu takiej decyzji umrzeć.

Na szczęście mimo tego głosu w sierpniu 1942 roku wraz z wojskiem ewakuowano także ludność cywilną.

Bohaterowie moich reportaży nie wnikają w zawiłości ówczesnej polityki. Z perspektywy dzieci, którymi wtedy byli, opisują swoje historie: jak błyskawicznie musieli dojrzeć, czasem stać się rodzicami dla swojego rodzeństwa, jak po wojnie znów uczyli się być dziećmi. Jedna z moich rozmówczyń podkreśla, by nie używać argumentu polskich wygnańców w sprawie współczesnych imigrantów. 

- Po pierwsze, my nie byliśmy emigrantami, nie uciekaliśmy z kraju. Nasz domów wygnano, wywieziono na Syberię, a nasze domy zajęto. Po drugie, na uchodźstwie utrzymywał nas polski rząd w Londynie lub prywatni darczyńcy. Nie uciekaliśmy z kraju, ale do niego przez cały świat wracaliśmy. O polską niepodległość nasi żołnierze walczyli na wszystkich frontach.

Niektórym udało się wrócić do kraju, inni na zawsze zostali tam, gdzie pomarli, jeszcze inni zmuszeni byli zostać na emigracji. Ci ostatni wiedzieli lub przeczuwali, co czeka ich w komunistycznej Polsce. Ci, którzy mimo to do niej wrócili, znosili w niej ciąg dalszy prześladowań.

Książkę otwiera opowieść Rafały Wróblewskiej, która przeżyła wymierzony między innymi w Polaków Wielki Głód na Ukrainie początku lat trzydziestych XX wieku, operację polską NKWD jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, kilkunastoletnią zsyłkę, powrót do domu, w którym już mieszkali Ukraińcy, wreszcie walkę o kościoły w Kamieńcu Podolskim w czasach komunistycznych prześladowań za wiarę. 

Kiedy Rafała Wróblewska wracała ze zsyłki w rodzinne strony w 1948 roku, ze swoich rodzinnych stron na Wileńszczyźnie wywiezieni zostali bohaterowie ostatniego reportażu - Alfreda i Andrzej Styczyńscy - trzy lata po zakończeniu wojny.

Te historie - choć wykraczają poza okres czterech największych wywózek II wojny światowej - pokazują, że prześladowania Polaków ani nie zaczęły się 17 września 1939 roku, ani nie skończyły 8 maja 1945 roku. 

Zależało mi na tym, by książka ukazała się w pierwszym półroczu 2020 roku - w osiemdziesiątą rocznicę wywózek na Syberię.To hołd oddany wszystkim tym, których dotknęły ich konsekwencje,i przestroga dla przyszłych pokoleń, że tam, gdzie ideologia staje się ważniejsza niż człowiek, dla tego ostatniego musi się to skończyć wyrokiem śmierci.

Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: Syberia | II wojna światowa | przesiedlenia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy