Reklama

Reklama

W dzikiej dolinie. Indonezja z bliska

Niektórzy Papuasi noszą tylko koteki, czyli ochraniacze męskiego przyrodzenia. Są to rurki z wysuszonej tykwy nałożone na penisy i przymocowane do moszny za pomocą niewielkiej sznurkowej pętelki - pisze Tadeusz Biedzki w książce "Wyspy niepoliczone". Oto jej fragment.

Do Wameny, jedynego miasteczka w środku Papui, nie prowadzą żadne drogi. Kilkakrotnie podejmowano próby zbudowania szosy, ale w górach pokrytych najbardziej dziką dżunglą kończyły się one po pierwszych tropikalnych deszczach, które dosłownie zmywały i dewastowały wykonane prace. W końcu władze poddały się i dziś już nikt nie podejmuje takich beznadziejnych przedsięwzięć. Wamena jest więc odcięta od świata i jedyną możliwością dostania się tam jest lot niewielkim samolotem, kursującym nieregularnie i niepunktualnie. 

Reklama

Można oczywiście próbować pieszo, ale to dwieście siedemdziesiąt kilometrów w linii prostej, więc w górach i przez dżunglę trasa przekroczyłaby zapewne sześćset kilometrów. Wyprawa, z której można nie powrócić. Spojrzenie przez okienko samolotu uświadamia nie tylko ogrom papuaskiego interioru, ale też wielkość gór oraz niezwykłą konfigurację rzek wijących się niemożliwymi wręcz meandrami wśród bagien i rozlewisk. Nie widać wiosek ani nawet dachów pojedynczych domostw. Tylko gdzieniegdzie ponad czubkami drzew wznosi się smuga dymu wskazująca, że gdzieś tam, w dole, wśród nieprzebytej dżungli, żyją ludzie.

Wystarczy opuścić lotnisko w Wamenie, by znaleźć się w prawdziwej Papui. Wokół niemal sami Papuasi. Są niewysocy i krępi, o szerokich twarzach i nosach, czarni jak heban (wielu antropologów uważa, że Papuasi mają najciemniejszą skórę na świecie), z kędzierzawymi włosami i ogromnymi, szerokimi stopami, które nie mieszczą się w typowym obuwiu. 

Choć to miasto, wielu chodzi boso. Większość jest ubrana, ale niektórzy mężczyźni noszą tylko koteki, czyli ochraniacze męskiego przyrodzenia. Są to rurki z wysuszonej tykwy nałożone na penisy i przymocowane do moszny za pomocą niewielkiej sznurkowej pętelki. Są różne koteki: proste, sięgające do połowy brzucha, fikuśnie zakręcone na końcu, a nawet serpentynowe. Mają od dwudziestu paru do pięćdziesięciu centymetrów długości, ale niektórzy noszą jeszcze dłuższe. Wyglądają w nich dziko, egzotycznie i komicznie zarazem.

Chłopcy zaczynają je nosić po święcie apwaye, które jest rytuałem przejścia w okres dojrzałości. Przed laty władze próbowały zlikwidować hańbiący ich zdaniem obyczaj i zmusić Papuasów do zakładania spodni. Zabiegi nie powiodły się. A że obyczaj jest wciąż silny, dowodzi przybycie w 2017 roku na posiedzenie plenarne ONZ przedstawiciela Papui-Nowej Gwinei bez odzieży i bielizny, jedynie w kotece. Zasiadł w sali obrad i nie przejmował się niczym. 

Kobiety z Wameny ubrane są w bluzki i spodnie. Niemal wszystkie noszą nokeny, czyli założone na głowę wielkie, rozciągliwe siatki z wełny, które sięgają poniżej pasa. Służą do noszenia dzieci, zwierząt, zakupów, płodów rolnych, ale mogą też stanowić rodzaj ubrania okrywającego plecy, biodra i pośladki. 

Samo miasto jest niewielkie. Kilka ulic na krzyż, małe, parterowe lub co najwyżej jednopiętrowe domy. Ich fronty zajmują sklepiki, z tyłu znajdują się pozbawione okien pomieszczenia mieszkalne. Większość domów ma na dachu pomalowane na niebiesko murki, które stanowią rodzaj ozdoby. Prezentują się dość ładnie i czynią miasteczko bardzo charakterystycznym. Kilka głównych ulic pokryto asfaltem, reszta to drogi polne. Jeździ po nich niewiele samochodów, sporo ojeków, motocykli i motorowerów. Wszystkie dotarły drogą powietrzną, podobnie jak maszyny, urządzenia i wszelkie inne produkty przemysłowe, bo w Wamenie nie produkuje się niczego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje