Reklama

Reklama

Waleria Sikorzyna: Krawcowa, która widziała więcej

Dziś nieco zapomniana, a niegdyś uważana za jednego z największych polskich jasnowidzów. "Nawiedzona Walerka", jak nazywali ją sceptycy, podobno przewidywała choroby, wypadki i kradzieże, a także wybuch II wojny światowej. Jej nazwisko wyryto nawet na ścianie kościoła.

Przyszłość fascynuje, ale równocześnie budzi strach przed nieznanym. Nic więc dziwnego, że ludzkość od zawsze chciała ją poznać. Podobno było wielu takich, którzy posiedli ten dar. Wśród nich XV-wieczny francuski aptekarz Michel de Nostredame, znany lepiej jako jasnowidz Nostradamus. Pozostawił po sobie spisane proroctwa, a ich treść do dziś rozpala wyobraźnię milionów.

W Polsce podobnie traktowane są współczesne przepowiednie "medium z Człuchowa". Trudno powiedzieć, czy Krzysztof Jackowski jest w tym najbardziej skuteczny, ale popularności na pewno nie można mu odmówić. Wizjoner od lat bryluje w mediach, a jego dramatyczne zazwyczaj słowa trafiają na czołówki mediów. Kataklizmy i konflikty zbrojne to jego specjalność.

Reklama

Był też ojciec Klimuszko, Stefan Ossowiecki, Agnieszka Pilchowa czy Robert Walter. A także skromna krawcowa, której życie to gotowy scenariusz na film.

Z igłą i nitką

Wszystko zaczęło się w Kałuszu, dziś na terytorium Ukrainy, gdzie 24 listopada 1901 roku przyszła na świat. Była córką Eleonory i Józefa Hładków, choć dziś nikt nie zna jej pod tym nazwiskiem. Matka prawdopodobnie zajmowała się domem, a uzdolniony artystycznie ojciec pisał i wystawiał sztuki w szkolnych teatrzykach.

Jej wystarczyło siedem klas szkoły podstawowej. Karierę naukową porzuciła na rzecz swojej największej pasji, czyli krawiectwa. Zawodu nauczyła się od ciotki, a wreszcie otworzyła własną pracownię. Wkrótce została również żoną trenera lokalnej drużyny piłki nożnej, Mieczysława Sikory. Przyjęła jego nazwisko i od tego momentu przedstawiała się jako Waleria Sikorzyna. Mieli dwójkę dzieci.

Sielanka nie trwała jednak długo, bo wkrótce wybuchła wojna.

Kościół pamięta

W 1940 roku została wysiedlona z całą rodziną i jako zesłaniec zamieszkała w rosyjskiej Wiatce. Tam pracowała jako drwal i robotnica w tartaku. Niecały rok później zaczęła działać w Polskich Siłach Zbrojnych w ZSRR, znanych lepiej jako Armia Andersa. Opiekowała się dziećmi, opatrywała rannych, a wreszcie ruszyła w wyczerpującą drogę m.in. przez Iran i Palestynę.

Tak trafiła do Londynu, który stał się dla niej nowym domem. W Stolicy Wielkiej Brytanii pracowała jako krawcowa i tam też zmarła 18 listopada 1975 roku. Wcześniej zdążyła jednak zasłynąć jako jasnowidz i uzdrowicielka, co potwierdza tablica umieszczona w tamtejszym kościele pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli:

Niektórzy twierdzą, że gdyby za życia została potraktowana poważnie, mogłaby zmienić bieg historii. Nie tylko Polski, ale całego świata.

Ręce, które leczą

Podobno już jako dziecko zaczęła miewać wizje, a przeczucie nigdy jej nie zawiodło. Choć niektórzy nazywali ją "nawiedzoną Walerką", bezbłędnie typowała wyniki meczów drużyny TESP-Kałusz, w której trenerem był jej mąż. Wiedziała też, gdy któremuś z sąsiadów grozi niebezpieczeństwo. Ostrzegała przed pożarami, kradzieżami i wypadkami. Tragicznie przekonali się o tym pracownicy kopalni, którzy nie posłuchali Sikorzyny i mieli zginąć kilka dni później uderzając motocyklem w drzewo.

Najsłynniejsza jej przepowiednia dotyczy jednak nie spraw lokalnych, ale międzynarodowych. Rok przed wybuchem II wojny światowej spotkała we śnie Józefa Piłsudskiego. Marszałek wskazał jej dokładny termin rozpoczęcia kolejnego globalnego konfliktu, ale chyba tylko ona w to uwierzyła. 1 września 1939 roku wizja się spełniła. Wcześniej wielu pukało się po głowach i mało kto traktował ją poważnie.

Miała posiadać także dar uzdrawiania, czego najlepszym dowodem są zachowane tysiące listów z podziękowaniami. Emanujące z jej dłoni "lecznicze promienie" podobno wielu uratowały życie. Nawet wielkie guzy nowotworowe miały znikać w oczach.

Dobry adres

Sceptycy pomyślą zapewne, że to osobliwy sposób na dostatnie życie, ale Waleria miała nigdy nie prosić o zapłatę. Przyjmowała nawet kilkadziesiąt osób dziennie, które pokładały w niej całą swoją nadzieję. Wśród nich polska elita na emigracji – wojskowi, politycy, artyści. Nic więc dziwnego, że jej pogrzeb stał się wielkim wydarzeniem, a trumnę opasano biało-czerwoną flagą.

Niektórzy traktowali jej dom przy Cranwich 68 w Londynie nie tylko jako siedzibę medium, ale ambasadę polskości. Gościła tu generałów i największych pisarzy, jednak nie odmawiała nikomu. Niepozorna krawcowa już za życia stała się legendą. Dziś odrobinę zapomnianą, choć doczekała się nawet książki na swój temat. Reportażysta Wacław Korabiewicz wydał w latach 80. "Serce w dłoniach. Opowieść biograficzną o Walerii Sikorzynie".

Jej życie to fascynująca historia nie tylko dla miłośników zjawisk paranormalnych. "Nawiedzona Walerka" miała być po prostu dobrą, pracowitą i niezwyciężoną kobietą, której los nie oszczędzał.

***
Zobacz także:

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: jasnowidz | przepowiadanie przyszłości | przepowiednie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje