Reklama

Reklama

Wioska Propagandy w Korei Płn. Kartonowy teatr pod 270-kilogramową flagą

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, rządzona przez klan komunistycznych dyktatorów, to państwo pełne absurdów i ludzkich dramatów odbitych i zwielokrotnionych w krzywym zwierciadle propagandy. Jednym z, nomen omen, flagowych przykładów była "wojna flag", związana z wioską Kijong-dong leżącą w Koreańskiej Strefie Zdemilitaryzowanej.


Po zakończeniu wojny pomiędzy Koreą Północną a Południową na granicy je rozdzielającej powstała strefa zdemilitaryzowana - rozcinająca Półwysep Koreański, ciągnąca się 238 km linia demarkacyjna, która, choć w założeniu ma chronić przed wznowieniem konfliktu, jest miejscem zgrupowania ogromnych sił wojskowych obydwu państw. 

Na mocy porozumień z 1953 roku w Koreańskiej Strefie Zdemilitaryzowanej mogły istnieć jedynie dwie wsie - Daseong-Dong, po południowej stronie i Kijong-dong, zbudowana przez Północ. 

Idąc drogą Potiomkina

Termin wioski potiomkinowskie wszedł do języka potocznego jako synonim oszustwa, wydmuszki, mającej robić dobre wrażenie, ale najczęściej jedynie z dużej odległości. Narodził się w 1787 r. w Rosji, gdy caryca Katarzyna II udała się wraz z dworem na inspekcję świeżo odbitych od Turków ziem wokół Dniepru.

Reklama

Zobacz również: Prawa kobiet w Afganistanie. Talibowie wprowadzają kolejne zakazy

Gubernator tego terenu Grigorij Potiomkin, by wywrzeć na władczyni dobre wrażenie i dowieść swoich sukcesów zbudował wzdłuż rzeki kilka makiet wiosek, które "zaludnił" własnymi ludźmi w przebraniach. Gdy łódź carycy ich mijała, wznosili głośne okrzyki na jej cześć. Choć wielu historyków twierdzi, że ta historia jest mitem, nie przeszkodziło to rządzącemu Koreą Północną Kim Ir Senowi wcielić tego pomysłu w życie. 

Welcome to Kijong-dong

Nie szczędząc wielkich kosztów i nakładu pracy, państwo Kim Ir Sena wzniosło Kijong-dong - "wieś wizytówkę", zwaną powszechnie po północnej stronie granicy jako Wioska Pokoju, a po stronie południowej jako Wioska Propagandy.

Na pierwszy rzut nieuzbrojonego oka wieś zamieszkiwało około 200 rodzin, a składała się ona z nowych, jaskrawo pomalowanych bloków i domów, szpitala, przedszkola, szkół. Wszystkie budynki zdawały się posiadać dostęp do sieci elektrycznej, co w latach 50. było dużym ewenementem i mogło robić duże wrażenie na obywatelach Południa.

Taki był zresztą jedyny cel powstania Kijong-dong - robienie dobrego wrażenia, jako jedynej osady widocznej z drugiej strony granicy. Nawet orientacja budynków pozwalała im stać "twarzą" ku południu. Megafony zamontowane na terenie wsi przez 20 godzin dziennie nadawały propagandowe komunikaty i zachęcały żołnierzy do dezercji na stronę północną.

Ta groteskowa mistyfikacja szybko jednak wyszła na jaw, gdy skierowano na Kijong-dong odpowiedniej mocy obiektywy. Wieś okazała się wydmuszką, bloki i domy składały się jedynie ze ścian, wewnątrz były puste, a ich okiennice ziały pustką.

Zobacz również: Odmówiła poślubienia mężczyzny, który ją zgwałcił


Wojna masztów, wojna flag

W latach 80. XX w. Korea Południowa wzniosła we wsi Daseong-Dong, zaledwie 2 km od Kijong-dong maszt o wysokości 98 metrów. Na jej szczycie powiewała ogromna, ważąca 130 kg flaga. 

Takiej zniewagi Kim Ir Sen nie mógł puścić płazem. Zarządził więc budowę "kontr-masztu" w Wiosce Propagandy. Robotnicy wznieśli więc w pustej wsi prawdziwe kuriozum na skalę światową - maszt o niebotycznej wysokości 160 metrów, na którym załopotała flaga o wadze 270 kg.  Była to wtedy druga pod względem wysokości taka konstrukcja na świecie, po maszcie Azerbejdżanu w Baku, który był wyższy o zaledwie dwa metry.

Współcześnie w Koreańskiej Strefie Zdemilitaryzowanej panuje chwiejny spokój. Od 2004 roku do 2016 głośniki Wioski Pokoju i Daseong-Dong milczały, na mocy porozumienia pomiędzy Północą a Południem. Jednak po próbach nuklearnych przeprowadzonych przez KRLD napięcie wzrosło, a propaganda wznowiła nadawanie. Państwo Kimów nadaje polityczne komunikaty i odezwy, Południowcy odpowiadają grając k-pop na cały regulator.

Zobacz również: Martwy noworodek na śmietniku. Dzieciobójstwo i zabójstwo dziecka w świetle prawa

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy