Reklama

Reklama

Wpływ na twórczość Świrszczyńskiej miało to, co zdarzyło się w alkowie?

Czesław Miłosz zachwycał się tym, że erotyki wychodzą spod pióra 60-letniej kobiety. Ale być może dopiero wtedy Świrszczyńska dojrzała do świadomego i prawdopodobnie nieco egoistycznego przeżywania zmysłowych uniesień... – mówi Wioletta Bojda, edytorka fragmentów miłosnych z „Jeszcze kocham. Zapiski intymne”, książki poświęconej jednej z największych polskich poetek.

Katarzyna Pawlicka, Interia: - Badacze, z Czesławem Miłoszem na czele, są zgodni, że Świrszczyńska dokonała jednoosobowej rewolucji w polskiej poezji. Dlaczego wciąż tak mało mówi się o jej twórczości?

Wioletta Bojda: - Może taki jest los rewolucjonistów? Przekraczają skostniałe normy, niszczą stare porządki, by nowa myśl mogła wniknąć w przestrzeń, a potem... znikają.

- Cisza wokół Świrszczyńskiej jest nawet zrozumiała - jej twórczość trudno jest promować, nie nadaje się na popularne akademie, zbyt wiele tu kantów. To dlatego, że Świrszczyńska skupiała się wyłącznie na własnym doświadczaniu życia, na swoich doznaniach i oczekiwaniach, rozczarowaniach też, siebie poznać chciała i to właśnie pokazała światu - "ja" krystaliczne, ale wystawione na przeciągi. Odważne posunięcie, trzeba to przyznać. Łamała konwencje, niszczyła mity, prawdopodobnie dlatego funkcjonuje na marginesie i tylko co jakiś czas bywa przywoływana, na przykład na okoliczność powstania warszawskiego z tomem "Budowałam barykadę", choć i tu trzeba ją cenzurować, jak na przykład w tym roku, kiedy wiersz "Niech policzą nasze trupy" rozdawany na obchodach rocznicy uznany został za wywrotowy...

- W każdym razie za jej wielki powrót - nie na manifestacje, ale do literatury - odpowiedzialny jest Czesław Miłosz, a konkretnie jego książka "Jakiegoż to gościa mieliśmy" i tom poezji w jego opracowaniu z 1997 roku. Co ciekawe, to jednocześnie pierwszy i ostatni pełny zbiór Świrszczyńskiej. Czemu tak się dzieje? Coraz częściej słyszę głosy ze strony czytelników i dziennikarzy, którzy bezradnie poszukują tomów Świrszczyńskiej w księgarniach czy antykwariatach, ale nie ma ich nigdzie, nawet na Allegro... Polecam wtedy tom opracowany przez mojego przyjaciela Josepa Yserna, chwilę temu wyszedł w Madrycie, świetny, pełny wybór poezji Świrszczyńskiej, niestety w języku katalońskim. Jednak nie traćmy nadziei, może w końcu coś się zdarzy, w końcu wiele mamy w Polsce oficyn. "Budowałam barykadę" jakieś cztery lata temu wydało wydawnictwo IBL, ale chyba zabrakło odpowiedniej promocji, bo książka przeszła bokiem, całkiem niezauważona, choć i tak się wysprzedała.

Reklama

- A dodam, że do zagospodarowania są jeszcze rysunki Świrszczyńskiej, niezwykłe zupełnie, na przykład leżąca kobieta z rozstawionymi nogami, a w miejscu "amoralnego zwierzątka", jak eufemistyczne pisała Świrszczyńska, rozciąga się olbrzymia jama chłonąca wypełniona zębami... Albo z kwiatkiem na innym obrazku, są też różne warianty odalisek czy głowa z wzniesionymi do góry oczami, z której wyrasta potężna dłoń z wyprostowanymi palcami sięgającymi nieba, wariacje na temat melancholii, agonii, zupełnie niesamowite. Z tych samych zawirowań wyobraźni powstał tom "Jestem baba", prawie jestem tego pewna...


Kiedy Świrszczyńska napisała wspomniane tomy, była już po 60. Wcześniej miała w swoim dorobku dzieła warte uwagi?

- Tak i nie. Świrszczyńska jest poetką, która w różny sposób realizowała się w czasie, raz wznosiła się na intelektualne wyżyny, kiedy indziej upadała bardzo nisko, jak w życiu. Moim zdaniem, jej twórczość młodzieńcza jest na bardzo wysokim poziomie. Uwielbiam tom "Wiersze i proza". Bardzo też lubię "Orfeusza", który przechodził rozmaite perturbacje, od fenomenalnego scenariusza słuchowiska na motywach wcześniejszej prozy poetyckiej przez jednoaktówkę po dramat w trzech aktach, choć wersja z 1936 roku opublikowana  w "Pionie" była najlepsza. I wojenne teksty są dobre. Wstrząsające, mimo że długie wiersze, piętrzące obrazy i kumulujące myśli, ale też porażające skrótem poematy prozą, to różne próby zapisu drastycznego doświadczenia.

- A potem nagły zwrot w stronę... Nie wiadomo czego właściwie. Czas powojenny u Świrszczyńskiej to twórczość dla dzieci, stosunkowo niezła, no i socrealistyczne dramaty. Może się mylę, ale nie cenię ich zbyt wysoko. Dobrze, powiem, co myślę: wcale jej nie cenię. Szczerze mówiąc - a tak założyłyśmy na początku - w trakcie lektury byłam zdziwiona tym, jak osoba, która świetnie pisała 10 lat wcześniej, może tak bardzo zmienić styl. Nie chodzi nawet o banalne fabuły, ale o język! Tu można odnieść się do "Strzałów na ulicy Długiej", "Latającej dziewczyny",  "Awantury na wczasach"... To nie to samo co wcześniej. Przypadkowe słowa stawiała w szeregu, tworzyła niepotrzebne zupełnie historyjki z rymowankami. A przecież była inteligentna, więc chyba sama widziała, co pisze. A jednak nie tylko dalej pisała, ale nawet wydawała słabe, słabiutkie teksty.

Z okresu powojennego pochodzą, opublikowane w pani książce, listy Świrszczyńskiej z prośbą o pożyczki czy większe mieszkanie. Są odbiciem ducha czasów, a może świadczą o bezczelności ich autorki?

- Bezczelność? To nie jest dobre słowo, choć z naszej współczesnej perspektywy samo się ciśnie na usta... Pamiętajmy jednak, że podania, które Świrszczyńska składała do Związku Literatów Polskich, należą do innej rzeczywistości, to była norma w powojennych czasach. ZLP oferował lojalnym pisarzom, czyli tym, którzy propagowali "ideały demokracji ludowej", rozmaite formy wsparcia - stypendia, bezzwrotne pożyczki, mieszkania, samochody, wyjazdy zagraniczne w ramach "wymiany kulturalnej". I korzystali z tego wszyscy, czemu więc Świrszczyńska miała być gorsza? Pisała o ruchu robotniczym? Pisała. O PGR-ach? Też! To składała kolejne prośby o to czy tamto. Przyzwyczaiłam się do tego rodzaju podań, bo przerzuciłam mnóstwo teczek osobowych zgromadzonych w ZLP. Mnie już to nie dziwi, ale często spotykam się z tym pytaniem...

Bo rzadko w kontekście pisarzy mamy dostęp do takiej "kuchni". Publikuje się listy do przyjaciół, miłosne, ale nie podania z prośbą o pieniądze...

- No tak - uduchowieni twórcy powinni żyć natchnieniem! Świrszczyńska była jednak kobietą z krwi i kości,  nie lekceważyła pieniędzy, czytałam nawet jej korespondencję z wydawnictwami, potrafiła się ostro kłócić o stawki, więc nic dziwnego, że korzystała intensywnie z państwowych nakładów "na kulturę". Dokumentacja Związku Literatów Polskich z tamtego okresu rzeczywiście jest bogata, takie podania o zapomogi czy stypendia pisali niemal wszyscy, to czasem żenujące, na przykład recepta na antybiotyk dla żony, którą złożył w ZLP Bohdan Czeszko, albo rachunek za telefon, jaki do podania dołączyła Janina Broniewska... Tak po prostu było. Jak inni "zrzeszeni" przyjaciele Świrszczyńska zwracała się do ZLP z każdym problemem, prosiła o pieniądze, kiedy jej matka umarła, prosiła, kiedy się rozwodziła, prosiła, kiedy córka zachorowała na bronchit, no i na codzienne życie też potrzebowała środków, nie lubiła się ograniczać.

- Zdecydowałam się na publikację jej podań nie z powodu kwot, o które wciąż się upominała, bo tu nie była oryginalna, wciąż powtarzam, to była wtedy norma, ale styl jej próśb odbiegał zdecydowanie od klasyki oficjalnych dokumentów. Wiele nam o niej mówi oryginalna argumentacja i wyjątkowy język, czasem przypominający rozpaczliwe wołanie o pomoc, histeryczne momentami, to jakby listy kierowane do bliskich albo nawet do "ojca spowiednika". 

W tych podaniach nieustannie przewija się wątek rodziny, nie tylko męża i córki, ale także rodziców. Jak Świrszczyńska radziła sobie z obowiązkami domowymi?

- Nie wiem... Obraz jej codziennego życia mogę wytworzyć sobie tylko na podstawie dokumentów czy listów, więc siłą rzeczy jest niepełny, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że rodzina sprawiała jej problemy. W jednym z podań narzekała, że ciągle przychodzi do niej ojciec, że w mieszkaniu jest matka, co prowokowało konflikty, a jakby było mało - dziecko wdrapywało jej się na kolana i już do reszty uniemożliwiało pisanie, warto dodać, że chodziło o jej własne dziecko... W liście do przyjaciela pisała natomiast o mężu, który był towarzyski i zbyt często zapraszał do domu gości, a w końcu ściągnął też schorowanego ojca.

Tymczasem ona chciała w pełni poświęcić się twórczości?

- Tak, ciągle chciała... Marzyła o spokoju i dlatego, z maszyną pod pachą, wędrowała do mieszkania-pracowni w innej klatce, wierzyła chyba, że z ciszy zrodzi się arcydzieło, ale zamiast niego sypały się tylko pretensje... Z każdej strony, bo nikt nie był zadowolony, ani młody mąż spragniony obecności bliskich, ani matka, która się czuła skrajnie odrzucona przez wiarołomnego męża, a nawet i córkę bardzo jednak kochającą ojca. Taka kumulacja emocji nie jest dobra, a w tym wszystkim jeszcze płaczące dziecko... I w jednej z teczek znalazłam projekt sztuki opowiadającej o kobiecie, która zerwała kontakty z rodzicami, a później zabiła męża i dziecko, by pozbyć się ograniczeń i wreszcie zacząć realizować własne pragnienia. Co wtedy czuła, gdzie jej myśli wędrowały, że powstał ten szkic? Tu chyba mamy odpowiedź na pani pytanie o "obowiązkach domowych".

Jednak rozwód z Janem Adamskim, który porzucił ją dla Haliny Poświatowskiej, musiał być dla Świrszczyńskiej wstrząsem. Jak wyglądała ich relacja w kolejnych latach?

- Różnie, delikatnie mówiąc, bo jednak był to potężny cios, odejście męża musiało ją wyrwać z regularnych trybów... Tu kolejna sprzeczność, bo wynika z dokumentów, że rodzina wyraźnie poetce ciążyła, więc jej rozwiązanie powinno ją wyzwolić, uspokoić nawet, bo już nikogo nie trzeba było zabijać. Wiem, cyniczne trochę, ale wciąż pozostaję na poziomie dokumentów. Tak się jednak nie stało, odważna Świrszczyńska jakby zaczęła się bać samotności, w liście do Urszuli Kozioł przyznawała: "mam tremę", nie odpowiadał jej też status porzuconej, pisała, że czuje się "zhańbiona w swej kobiecości". Najpierw próbowała zatrzymać Adamskiego za wszelką cenę, a kiedy się nie udało, on naprawdę pokochał Halinę Poświatowską, postanowiła całkiem zerwać związki. Co też nie było możliwe ze względu na wspólne dziecko. I wokół niego koncentrowały się listy, w których poetka zachowywała jednak dystans i zawracała się do byłego męża "per pan". Wygląda na to, że to już nie była bliska relacja...                                        

Po zerwaniu z Adamskim Świrszczyńska przechodzi językową rewolucję. Wyzbywa się ornamentów, ozdobników na rzecz oszczędnych, prostych form. Zmiana stylu wiąże się bezpośrednio ze zmianami w życiu osobistym?

- Tak, chyba tak.... Jej pierwszy tom, "Wiersze i proza", Miłosz nazywał kaligrafią, nie cenił go za bardzo. Twierdził, że Świrszczyńska ukryła się za cyklem ekfraz, które powstały po obejrzeniu krakowskich arrasów. Uważam, że to są dobre teksty, ale w porównaniu do tomów z lat 70., różnica w sposobie obrazowania jest niewiarygodna. W "Jestem baba" i "Budowałam barykadę" poetka odsącza teksty z ozdobników, dąży do maksymalnej prostoty, nawet wers skraca. Tak, jakby szukała nagości, nagiej prawdy w języku, w przeżywaniu świata, w sobie.

A przy okazji biegała, była wegetarianką, uprawiała jogę. Styl życia, jaki prowadziła Świrszczyńska mniej więcej od lat 60. jest pokłosiem tych poszukiwań?

- Tak naprawdę nie mamy pewności, skąd u Świrszczyńskiej taki pomysł na życie. Na pewno była zainteresowana kulturą wschodu, szczególnie po wizycie Indiry Gandhi, która przyjechała do Polski w latach 60. Wówczas w prasie pojawiło się mnóstwo artykułów związanych z filozofią jej duchowego przewodnika - Mahatmy Gandhiego, pewnie je czytała. Dostęp do wschodnich praktyk mogła mieć też za pośrednictwem swojej przyjaciółki, Jadwigi Żylińskiej. Jej siostra była pierwszą propagatorką hatha jogi w Polsce. W dokumentach Świrszczyńskiej znalazłam wyrwany z gazety artykulik poświęcony pierwszemu w Krakowie studiu jogi razem z numerem telefonu. Szukała czegoś...

- A od zawsze była wielbicielką natury i tego, co proste. Spędzała wakacje na wsi, lubiła chodzić boso, biegać. Jej najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa wiąże się wakacjami na Kurpiowszczyźnie, gdzie jej ojciec przygotowywał wielki etnograficzny projekt dla warszawskiej Zachęty. W dorosłym życiu też często wyjeżdżała do podkrakowskich wiosek, przemierzała szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

Na wspólnych wędrówkach i spacerach w dużej mierze opierała się jej relacja z kochankiem, Józefem Oleszczukiem, której poświęcona jest pani książka.

- Józef Oleszczuk działał w krakowskim PTTK, wytyczał trasy turystyczne i na jednej z takich wycieczek poznał Świrszczyńską, więc dalej powędrowali razem, bo było im po drodze.

Ich relacja była pełna pasji i namiętności, a jednak, co podkreśla Świrszczyńska, skazana na porażkę. Chodziło o małżeństwo Józefa?

- No tak, Oleszczuk miał chorującą żonę i dwie córki, po prostu. Choć muszę przyznać, że nic tu nie było dla mnie proste i nie wszystko potrafiłam zrozumieć. O ile bowiem Józef trwał w formalnym związku, którego nawet nie próbował skończyć, o tyle emocjonalnie całkowicie zaangażował się w historię ze Świrszczyńską, tak jakby równocześnie walczył na dwóch frontach. I oboje zaakceptowali taki stan rzeczy! Poetka wcześniej nie mogła wybaczyć Poświatowskiej, że zniszczyła jej rodzinę, a tu przecież sama weszła na identyczną ścieżkę i nic jej nie przeszkadzało, zresztą wcześniej spotykała się z równie żonatymi Mortonem i Różewiczem, trochę to taka logika Kalego z "W pustyni i w puszczy", bo to przecież on odkrył, że złe jest wtedy, kiedy Kalemu ktoś ukraść krowę, a dobre, jak Kali tę krowę komuś ukradnie. Trywializuję, wiem i przepraszam, ale po prostu jest we mnie jakaś blokada, nie łapię tych dwuznaczności. W każdym razie poetka wiedziała, że przywiązanie nowego kochanka jest silne na tyle, że zgodzi się na każdą formę kontaktu.

Nawet przyjacielską?

- Tak, pod warunkiem, że akurat będzie zima, bo "na wiosnę trudno być świętym", jak twierdziła. Józef był oddany całkowicie, poddawał się jej decyzjom, nie dyskutował, chciał móc chociaż na nią popatrzeć. Jego uczucie było bardzo silne, silniejsze niż Świrszczyńskiej,  choć pisała, że gdyby Oleszczuk mógł się z nią ożenić, to by go bardziej kochała, całkiem... I tu był haczyk, ona zwyczajnie chciała wyjść za mąż! Zapytać można: a po co?

Tym bardziej że była odbierana jako osoba wyzwolona i postępowa, także obyczajowo. Głosiła, kontrowersyjne dla wielu, poglądy.

- Mnie też to bardzo zaskoczyło... Kiedy zajmowałam się twórczością Świrszczyńskiej, a przy okazji jej rozmaitymi wypowiedziami publicznymi, wytworzyłam sobie obraz kobiety niezależnej, silnej, pewnej siebie i samodzielnej. Natomiast zapiski pokazują nam coś zupełnie innego, jej niesamowite uzależnienie od norm społecznych, słowo "reputacja" odmienia przez przypadki. Choć musimy pamiętać, że mówimy o przełomie lat 60. i 70., inny status miała kobieta niezamężna, inny (chyba najgorszy) rozwódka i jeszcze inny kobieta, która była w związku małżeńskim. Świrszczyńska chciała go odzyskać, znów przyjąć rolę żony, by oczach świata znów się stać "godną kobietą".

Udało jej się wyjść za mąż po raz drugi?

- Nie, aż do śmierci w 1984 utrzymała oficjalny status rozwódki. Chyba się tego na początku wstydziła, bo dostrzegłam na jednym ze zdjęć, że na lewej ręce nosiła obrączkę, na lewej jak wdowa, później zastąpiły ją bardzo duże pierścionki, ale jednak... Presja społeczna była bardzo silna, zaś Świrszczyńska funkcjonowała jako osoba publiczna, ta śmieszna już dziś reputacja wtedy była dla niej ważna, nieraz to podkreślała. I wygląda na to, że wymiar społeczny związku był dla niej ważniejszy od emocjonalnego. W zapiskach często narzekała, że choć jest pewna uwielbienia Józefa, musi wszystko ukrywać, nie może się tą miłością pochwalić, pokazać jej innym. Potworne jest to, że światowe brało górę nad intymnym, klasyfikacja ogólnospołeczna wyraźnie zdominowała emocje... Kim była?

Po wydaniu tomiku "Jestem baba" okrzyknięto ją feministką.

- To rozwiązanie problemu? Świrszczyńska często wypowiadała się na temat ról kobiecych, mówiła o braku szacunku, pochylała się nad dolą wiejskich gospodyń, krytykowała rozmaite ograniczeniach, ale nie nazywała siebie feministką. To nie takie proste. Bo choć stawała po stronie kobiet i dążyła do ich równouprawnienia pod względem społecznym i zawodowym, to jednak prywatnie chyba nie czuła "wspólnoty macicy", próbowała zdominować kobiety ze swojego otoczenia, wystarczy się przyjrzeć, w jaki sposób je opisuje... Renia jest w jej oczach biedna i potulna, a tak naprawdę to wybitna romanistka, która wraz z mężem (rzekomo zakochanym w Świrszczyńskiej) wychowała dwóch synów, mąż przyjaciółki niemal proponuje poetce romans, a ta go odrzuca, bo jej nie odpowiada, to ciągła chęć potwierdzania swej wartości w rywalizacji z innymi kobietami, a sędzią w seksualnym pojedynku miał być mężczyzna, nie jest to jednak klasyka feminizmu. A przy tym wszystkim Świrszczyńska pragnęła spełnienia i miała odwagę, tak i to jej trzeba jednak uznać, miała odwagę, by mówić wprost, że nie satysfakcjonuje jej macierzyństwo czy praca, bo do szczęścia po prostu jest jej potrzebny mężczyzna. Najlepiej taki, który zrobi z niej legalną żonę...

Może na jej postawę miał wpływ konserwatywny Kraków, dla którego po wojnie zostawiła Warszawę i została tu aż do śmierci?

- Może... W Krakowie zatrzymały ją jednak względy praktyczne, choć nie przestałą tęsknić za Warszawą, miastem jej młodości. Tam miała przyjaciółki: Jadwigę Żylińską, Jadwigę Jaworską.  Próbowała nawet wrócić do stolicy, ale jednak to w Krakowie otrzymała od Związku Literatów Polskich przydział na mieszkanie w kamienicy przy ul. Krupniczej 22. Jej ojciec z kolei dostał osobne mieszkanie, w którym urządził sobie pracownię. W Warszawie nie było to możliwe, to znaczy przeprowadzka jak najbardziej, ale już mieszkanie musiałaby załatwić we własnym zakresie, czytaj: płacić jak pozostali zjadacze chleba... Więc została wbrew swojej woli w Krakowie, co zresztą demonstrowała przy każdej okazji, nie odpowiadał jej styl nowych przyjaciół, nie uczestniczyła w często zakrapianych spotkaniach, które odbywały się przy Krupniczej. Tadeusz Kwiatkowski wspominał, że prowadziła ascetyczny tryb życia, czasem się z niej śmiano, że przesadnie dbała o reputację. Pisał też, że drażniły ją dosadne dowcipy ochoczo wygłaszane przez jej kolegów po piórze, a gdy przeszła na wegetarianizm, stała się też abstynentką, co właściwie już całkowicie uniemożliwiło jej udział w życiu towarzyskim miasta.

- Jednocześnie niekochany Kraków okazał się dla Świrszczyńskiej bardzo przychylny, często bywa wymieniana jako poetka krakowska, zresztą wciąż jest przywoływana w różnych okolicznościach, ostatnio na Festiwalu Miłosza czytano jej wiersze.

W "Jeszcze kocham" roi się od opisów intymnych zbliżeń, nie brakuje tam poufnych zwierzeń Świrszczyńskiej. Czy decyzja o ich publikacji była trudna?

- Nie mam pojęcia, tę decyzję podjęła spadkobierczyni Świrszczyńskiej, jej córka Ludmiła Adamska-Orłowska. Z pomysłem zwróciła się do mnie, najpierw przekazała mi kserokopie, później udostępniła teczki z oryginalnymi dokumentami. Kiedy się z nimi zapoznałam, nie miałam wątpliwości, że warte są publikacji. To istotne teksty. Pokazują poetkę w krytycznym momencie życia, gdy zawaliły jej się dwa światy jednocześnie - prywatny i literacki, rozpadło się małżeństwo, a przy tym miała świadomość, jakieś wewnętrzne przeświadczenie, że może być wielka, ale jej twórczość tego nie potwierdzała, było źle. Zapiski pokazują, jak znalazła w sobie siłę, żeby mimo wszystko odbić się od dna, jeszcze raz zacząć wszystko od nowa. Dzięki nim wyraźnie widać, jak wielki był w tym udział Józefa. Jego fascynacja i uwielbienie pomogły jej odbudować poczucie wartości, dały siłę, bo zaczęła wreszcie mówić własnym głosem i, nie boję się tej tezy, dzięki niemu napisała "Jestem baba" i zaraz potem "Budowałam barykadę", gdzie  jeden z wierszy poświęciła synowi Józefa, Jurkowi Oleszczukowi: harcerzowi, który zginął podczas powstania. Czesław Miłosz zachwycał się tym, że erotyki wychodzą spod pióra 60-letniej kobiety. Ale być może dopiero wtedy Świrszczyńska dojrzała do świadomego i może nieco egoistycznego przeżywania zmysłowych uniesień...

I miała też kogoś, kto dał jej miłość bezwarunkową, pełną pasji i namiętności.

- Tak, ale pamiętajmy, że ta miłość nie do końca była odwzajemniona... Józef był dużo bardziej zaangażowany, niemal uzależniony od Świrszczyńskiej, która dominowała zdecydowanie i radośnie, stawiała warunki, "karała" i "nagradzała" zbliżeniem, zrywała i znów szukała kontaktu. Świadomość, że nic nie osłabi uczuć kochanka dawała jej coraz większą siłę, pewność siebie, które wpłynęły na to, że znów chciała tworzyć, tworzyć naprawdę. Bo przecież jej własne emocje nie przysłaniały świata, kolorowały go uniesienia Józefa, była go  pewna, mogła więc oddać się nieustannej wiwisekcji. Nie "izba tortur", jak pisała, ale alkowa stała się jej laboratorium poetyckim. Zapiski są ważne, bo dzięki nim widzimy, z jakich uniesień powstały dwa fenomenalne tomy, a ich genezą jest miłość, ale... to miłość Józefa Oleszczuka, jej siła dała Świrszczyńskiej moc. 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Anna Świrszczyńska | Czesław Miłosz | poezja | literatura

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy