Reklama

Reklama

Zdrowe heheszki

Rodzimy się nastawieni na budowanie więzi i spragnieni kontaktu z ludźmi. Nasz mózg jest w najlepszej formie, gdy otaczają go... inne, życzliwe mózgi. Jednym ze sposobów budowania więzi z innymi jest pewien relikt z przeszłości - śmiech. Przeczytaj fragment książki "Życie towarzyskie mózgu", z którego dowiesz się, dlaczego się śmiejemy.

Zamieniliśmy iskanie na pogaduszki, ale jest coś, co niezmiennie łączy nas z pozostałymi człowiekowatymi. To śmiech. Relikt przeszłości, który został z nami z czasów, kiedy proste wokalizacje  były główną formą komunikacji. U małp śmiech przybiera formę naprzemiennych wdechów i wydechów, którym towarzyszą specyficzne dźwięki podobne do pohukiwania. Zwierzęta używają ich jako zachęty do zabawy. Ludzki śmiech jest bardziej zróżnicowany i złożony, ale służy dokładnie tym samym celom - tworzeniu bezpiecznej, przyjaznej atmosfery i zacieśnianiu więzi.

Śmiech to zjawisko niezwykle silnie związane z towarzyską stroną człowieka. To prawda, że zdarza nam się śmiać, czytając książkę, przed telewizorem albo nawet do własnych myśli. Ale naukowcy dowiedli, że najwięcej, najgłośniej i najmocniej śmiejemy się w obecności drugiej osoby lub grupy. Śmiech nigdy nie jest tak głośny, gwałtowny i ekstatyczny, jak wtedy, gdy w przyjaznej atmosferze dowcipkujemy z rodziną albo przyjaciółmi.

Reklama

Wbrew obiegowej opinii to nie błyskotliwe puenty, dowcipy czy kabarety wnoszą w nasze życie najwięcej śmiechu. Dziś to właśnie z komercyjnie produkowanymi komediami kojarzą nam się spazmy śmiechu, łzawiące oczy i gwałtowne łapanie oddechu między jednym a drugim  "ha". Psychologowie dowiedli  jednak, że humor to tylko mały ułamek powodów do śmiania się. Mamy 30 razy większe szanse na śmiech, jeśli przebywamy z kimś innym, niż gdy jesteśmy sami. Najwięcej i najszczerzej śmiejemy się właśnie w sytuacjach społecznych i czasem rzeczywiście są to skecze, stand-upy i komedie. Ale wcale nie tak często, jak nam się wydaje.

W  życiu codziennym śmiejemy się praktycznie każdego dnia, prawie  przy  każdej  rozmowie. Rzadko pod wpływem błyskotliwego żartu - częściej wobec zupełnie trywialnych  komentarzy. Jesteśmy bardziej skorzy do śmiechu w gronie osób, które znamy. W każdych dziesięciu minutach rozmowy śmiejemy się średnio pięć razy i, co zupełnie nieoczywiste, częściej robi to osoba, która mówi, niż ta, która  słucha. Nieczęsto jest to śmiech do rozpuku, ale zawsze forma tworzenia porozumienia i więzi. Wplatamy śmiech w nasze wypowiedzi  zupełnie  bezwiednie,  podświadomie  czując,  że  dzięki temu wszystko pójdzie gładko - wymiana zdań nie zboczy w kierunku konfliktu, a wspólnie spędzony czas będzie przyjemny  i spokojny. Zachowujemy się podobnie jak inne naczelne, które też nie do końca wiedzą, co robią, ale to robią. Wydają swoje śmiechopodobne okrzyki, aby w niewerbalny sposób dać do zrozumienia swoim towarzyszom: "Hej, kolego, to jedna wielka bezpieczna zabawa, nic ci nie grozi, mam dobre zamiary".

Ubaw na całego

Każdy z nas zna dobrze jedną z najbardziej zaskakujących cech śmiechu:  zaraźliwość. Neuronaukowcy potwierdzili, że nasz mózg jest po prostu nastawiony na przyłączanie się do śmiania. Odpowiada za to system neuronów lustrzanych. Sprawia on, że człowiek ma naturalną skłonność do odczuwania emocji osób, na które patrzy i które słyszy. W takiej sytuacji w mózgu aktywizuje się nie tylko część, która rozumie dane uczucie, ale też fragment kory motorycznej, który odpowiada za ekspresję mimiczną danej emocji. Mózg "widzi", ale po części też sam "przeżywa" stan drugiej osoby. Naukowcy zauważyli, że w przypadku śmiechu ta mobilizacja do działania jest znacząco większa niż na przykład pod wpływem odgłosu obrzydzenia ("błeee"). Mózg błyskawicznie szykuje się do śmiechu, gdy tylko słyszy, że inna osoba się śmieje. Ochotnikom leżącym w skanerze rezonansu  magnetycznego wystarczało puszczane nagranie śmiechu - a trzeba przyznać, że nie były to warunki wybitnie kojarzące się z dobrą zabawą.

Sam śmiech jest dość zaskakującym zjawiskiem. Potrafi pojawić się mimo naszej woli. Przejmuje kontrolę nad oddechem i artykulacją dźwięków. Składa się z jednego głębokiego wdechu, po którym następuje seria samogłosek artykułowanych krótkimi  wydechami, w tempie pięciu na sekundę. Co niezwykłe, ten wzór obowiązuje na całym świecie. Ludzie na wszystkich szerokościach geograficznych śmieją się w bardzo podobny, rozpoznawalny dla innych sposób. Jedyne, co się zmienia, to normy kulturowe, w jakich wypada wydawać takie dźwięki. Śmiech czasem jest tak intensywny, że prowadzi do wyczerpania i zakwasów mięśni międzyżebrowych. Ale przede wszystkim jest bardzo, czasem wręcz ekstatycznie przyjemny. Wprowadza nas w błogi nastrój, redukuje stres, a nawet podnosi odporność na ból. Za to nieoczywiste działanie odpowiadają poznane już wcześniej endorfiny.

Dzieci uczą się śmiać w wieku 6-8 tygodni. Choć rodzice zauważają uśmiech już wcześniej, to chichotanie niemowląt towarzyszy zwykle pewnej specyficznej czynności, którą uwielbiają zarówno dzieci, jak i niemowlęta. To łaskotanie. Pierwszy śmiech rodzice wywołują u swoich dzieci właśnie poprzez gilgotanie. W ten sposób doznania fizyczne razem z akustycznymi wzmacniają się nawzajem, tworząc wzorzec do budowania więzi na dalsze lata. W kolejnych miesiącach dzieci zaczynają się śmiać w różnych sytuacjach. Śmiech jest w dzieciństwie bardzo powiązany z zabawą, a sama zabawa to cecha charakterystyczna wszystkich naczelnych. W dorosłości nasze ciało nie musi być już fizycznie łaskotane, abyśmy parskali śmiechem. Wystarczy, że będą łaskotane nasze mózgi - najpierw przez zabawę w "a kuku", potem przez żarty, humor albo dobrą atmosferę. To, co pozostaje na całe życie, to więziotwórczy charakter śmiechu.

To właśnie w zabawie naukowcy dopatrują się korzeni śmiechu. Dla dzieci chichotanie, psocenie i dokazywanie to nierozłączny pakiet. Bardzo podobnie zachowują się wszystkie młode ssaków, a często i dorosłe zwierzęta. Zabawa to jedna z cech wyróżniających ssaki spośród królestwa zwierząt. Czy trzeba dodawać, jaką funkcję pełni ona w ich życiu? Podobnie jak iskanie (u małp), plotkowanie (u ludzi), śmiech i zabawa to zachowania nastawione na budowanie więzi. Towarzyszy temu pożądany proces obniżania poziomu stresu. Dorośli ludzie zamiast przepychanek, kuksańców i berka "bawią się" regularnie i z korzyścią dla zdrowia w co innego - w przeplataną śmiechem konwersację.

Na kolejnej stronie dowiesz się, dlaczego dorośli powinni się bawić >>

*Więcej o książce "Życie towarzyskie mózgu" przeczytasz TUTAJ.

***Zobacz także***

Zabawa - nie tylko dla dzieci

Zabawa to jeden  z wielu  powodów,  dla których  potrzebujemy  innych ludzi w naszym życiu. Dla dzieci jest to sprawa fundamentalna. W czasie zabawy nabywają one wielu umiejętności. Od niej zależy rozwój emocjonalny, intelektualny i społeczny człowieka. Dzięki zabawie stajemy się lepiej przystosowani, mądrzejsi i mniej zestresowani.

Długo myślano, że wraz z osiągnięciem dojrzałości znaczenie zabawy maleje. Dziś psychologowie upatrują w niej źródła kreatywności i odporności na wyzwania. W dzieciństwie można się bawić samemu, ale frajda z pasjansa nigdy nie dorówna tej, jaką mamy przy emocjonującej rozgrywce w tysiąca. Układanie puzzli wciąga i zajmuje czas, ale gra w podchody zostanie w pamięci na dużo dłużej. Podobnie jest i w dorosłości. Samotne rozrywki pozwalają się zregenerować i nabrać dystansu. Natomiast zabawa z przyjaciółmi albo rodziną to zupełnie inny kaliber przyjemności. Pomyślmy o najweselszych sytuacjach w życiu dorosłych ludzi: mecz piłki nożnej z kolegami, wieczór z planszówkami, wyjście do klubu, partyjka scrabble albo kalambury przy kieliszku wina. Robić to w pojedynkę? Zwyczajnie się nie da.

Zabawa, którą można obserwować wśród (nie tylko młodych) zwierząt, ma trzy komponenty. Po pierwsze, przypomina jakieś dorosłe zachowanie lub jego aspekt. Na przykład ganianie się to przygrywka do polowania, a zapasy imitują dorosłe walki. Dziecko może w zabawie odzwierciedlać działania obserwowane u mamy, taty i rodzeństwa. Ale nic z tego nie dzieje się naprawdę. To drugi element zabawy, która w swej istocie nie służy żadnemu bezpośredniemu celowi. Jedyny jej sens to nic innego jak... dobra zabawa.  Subiektywnie postrzegana przyjemność to trzeci komponent zabawy. Te trzy elementy rozpoznajemy także w aktywnościach ludzkich dzieci, ale wszystko jest dużo bardziej rozbudowane i wielowymiarowe. To dlatego, że dorosłe życie ludzi składa się z tak wielu aspektów.

Naukowcy dzielą również zabawę - zarówno u zwierząt, jak i u ludzi - na trzy rodzaje: zabawę przedmiotami, spontaniczną aktywność fizyczną oraz przepychanki, w których lubują się szczególnie chłopcy. W pierwsze dwa rodzaje dziecko może angażować się samodzielnie i czasem taka zabawa ma osobny sens rozwojowy. Natomiast wszystkie trzy rodzaje mają swoją odsłonę społeczną: wspólna zabawa klockami, berek czy zapasy to chleb powszedni wszystkich przedszkolaków. Możemy dodać do tego odgrywanie scenek oraz całą paletę gier i zabaw ruchowych. Dzieci lgną do siebie i szukają możliwości wspólnego działania, kiedy tylko mogą. To naturalny zew, który zapewnia im rozrywkę, rozwój emocjonalny i intelektualny.

Dorośli niekiedy zapominają o społecznym aspekcie zabawy. Dziś rynek rozrywki jest tak szeroki, iż można mieć wrażenie, że inni ludzie nie są do niej zupełnie  potrzebni.  Wystarczy  jednak  weekend ze znajomymi, wieczór z przyjaciółmi albo wyjazd z większą liczbą członków rodziny, by zobaczyć, że jest zupełnie inaczej. Żarty sytuacyjne, wygłupy i przyjacielska rywalizacja to jednak inna jakość przyjemności niż dobry film, książka czy gra komputerowa. I co najważniejsze, nie trzeba przecież rezygnować z tego drugiego, by cieszyć się tym pierwszym. Wystarczy, że otaczamy się życzliwymi nam ludźmi, a okazja do zabawy znajdzie się sama.

*Więcej o książce "Życie towarzyskie mózgu" przeczytasz TUTAJ.

Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy