Reklama

Reklama

Zginęła, bo policja uznała, że ma halucynacje. Morderca wszedł przez lustro

Ruth Mae McCoy była typem osoby, która mówiła sama do siebie i zaczepiała nieznajomych na ulicy. Gdy pewnego wieczoru zadzwoniła na policję, aby zgłosić, że ktoś wychodzi z lustra w łazience i jej życiu zagraża niebezpieczeństwo, jej obawy zostały zbagatelizowane. Następnego dnia znaleziono ją martwą w kałuży własnej krwi. Brzmi jak scena z horroru? Słusznie, bo to między innymi ta tragiczna historia zainspirowała twórców do stworzenia filmu "Candyman".

22 kwietnia 1987 roku w godzinach wieczornych komisariat policji w Chicago otrzymał wezwanie od 52-letniej Ruthie Mae Coy. Kobieta zgłosiła dyspozytorowi, że ktoś wszedł do jej łazienki przez apteczkę z lustrem, która znajdowała się nad umywalką. Dwadzieścia minut później otrzymano zgłoszenie również z Grace Abbott Homes, czyli bloku, w którym mieszkała 52-latka. Jej sąsiedzi poinformowali policję, że w jej mieszkaniu słychać strzały. Choć dyspozytor wysłał na miejsce funkcjonariuszy, ta historia niestety nie ma szczęśliwego zakończenia, a jej okoliczności oraz twórczość Clive’a Bakera stały się podwalinami do stworzenia mrocznego horroru "Candyman".

Reklama

Legendy miejskie potrafią skutecznie wywołać dreszczyk emocji nawet u tych, którzy na co dzień podchodzą sceptycznie do miejscowych plotek. Zwłaszcza jeśli tkwi w nich ziarno prawdy, a tak niewątpliwie było w przypadku historii mordercy, który dosłownie wyszedł z lustra w 1987 roku w Chicago. 

Gdy halucynacje przechodzą w rzeczywistość

Padło na mieszkanie 1109 na osiedlu ABLA homes przy ulicy 1440 W. 13th St., w którym mieszkała 52-letnia Ruth Mae McCoy. Szukając informacji na jej temat, już w nagłówkach media określają ją jako osobę z zaburzeniami osobowości - wiadomo, że miała myśli paranoiczne, korzystała także z pomocy psychiatrycznej. Czy to właśnie z tego względu jej zgłoszenie potraktowano tak niekompetentnie? Czy to właśnie dlatego jej historia nie miała szczęśliwego zakończenia?

Sytuacja psychiczna 52-latki nie należała do najłatwiejszych. Bliscy kobiet przyznają, że pierwsze symptomy zaburzeń psychicznych pojawiły się u niej jeszcze w młodości. Mówiła sama do siebie, miała halucynacje, wybuchała złością. Nawet gdy została matką, a ojciec dziecka zniknął z jej życia, kilkukrotnie trafiała do zakładu psychiatrycznego. Trudniła się w dorywczych pracach — była sprzątaczką i gospodynią domową, jednak jej problemy psychiczne nie pozwalały jej utrzymać pracy dłużej niż miesiąc lub dwa, a większość swojego dorosłego życia utrzymywała się z zasiłków.

Kobieta żyła w ciągłym strachu przed napadem lub włamaniem. Co najmniej dwa razy zlecała wymianę zamka. Mogło się wręcz wydawać, że miała obsesję na punkcie zamków - kilku jej sąsiadów opisywało, jak czasami zwiedzała korytarz na swoim jedenastym piętrze i pouczała lokatorów, których drzwi były otwarte. Samotne życie pogłębiało obawy Ruthie Mae i jej problemy psychiczne. Jej zachowanie stawało się coraz bardziej dziwaczne, a sąsiedzi informowali jej córkę, że zimą widziano ją leżącą w śniegu w pobliżu budynku, rozkładającą ręce i nogi i robiącą anioły, latem zaś potrafiła nosić płaszcz zimowy i kilka par spodni. Jednak feralnego dnia jej zgłoszenie nie było spowodowane halucynacjami, a faktyczną obecnością osób trzecich w jej łazience.

Osiedle grozy w Chicago, czyli Grace Abott Homes

Jej paranoiczne problemy z pewnością nie były łagodzone przez otoczenie, w którym mieszkała przez cztery ostatnie lata swojego życia. Jej mieszkanie mieściło się w jednym z siedmiu 15-piętrowych bloków komunalnych Grace Abott Homes, należących do najniebezpieczniejszych na osiedlu ABLA w Chicago. Niedziałające windy, czarne jak smoła klatki schodowe, a na każdym piętrze sąsiadów witali zażywający heroinę narkomani. Przepalone żarówki, brak okien, odgłosy pijackich kłótni docierające z niemal każdego piętra tworzyły scenerię niczym z filmu gangsterskiego, jednak lokalni policjanci doskonale wiedzieli, że nie jest to fikcja - według statystyk mieszkańcy osiedla ABLA w 1987 roku byli bici, gwałceni i mordowani ponad dwa razy częściej niż w reszcie Chicago.

Za kwadrans dziewiąta tego kwietniowego wieczoru policja w Chicago odebrała telefon od Ruth McCoy. 

- Mieszkam przy 1440 W. 13th St., ktoś zza ściany chce zdemolować moje mieszkanie... - zaczęła gorączkowym głosem.

- Co oni robią, proszę pani? - zapytał dyspozytor. Na taśmie odpowiedź kobiety jest niezrozumiała, ale najwyraźniej dyspozytor zrozumiał jej sens. 

- Chcą się włamać? - zapytał.

- Tak, zrzucili szafkę.

- Skąd?

- Jestem w mieszkaniu, oni są po drugiej stronie. Mogą dotrzeć do mojej łazienki, chcą wejść do mieszkania przez łazienkę.

- Rozumiem proszę pani, jaki jest adres?

- 1440 W. 13th St., mieszkanie 1109. Winda działa

- 1109? W porządku. Jak się pani nazywa?

- Ruth McCoy.

- W porządku, wysyłam policję.

Dyspozytor nie był do końca pewien, co dokładnie chciała zgłosić dzwoniąca na policję kobieta. Mimo wszystko wysłał na miejsce policyjny wóz, a zgłoszenie opisał jako "zakłócanie porządku sąsiedzkiego". Być może fakt, że mężczyzna nie zgłosił tego incydentu jako próbę włamania, sprawił, że prawie dwadzieścia minut po zgłoszeniu policjantów wciąż nie było na miejscu. Dokładnie o 21:02 przyjęto kolejne zgłoszenie z tego samego budynku, które dotyczyło właśnie mieszkania nr 1109. Tym razem dzwoniła kobieta, która idąc korytarzem, usłyszała odgłosy strzałów dobiegające z mieszkania Ruth McCoy.

O 21:10 pod drzwi Ruth McCoy przybyło czterech policjantów. Pukali, jednak nie usłyszeli odpowiedzi. Nie zwlekając, dwóch funkcjonariuszy pospieszyło po zapasowe kluczy do dozorcy - te jednak nie pasowały do drzwi. Powodem mogła być wcześniejsza zmiana zamków przez kobietę. Mężczyźni nie wiedzieli, co robić. Skontaktowali się więc z dyspozytorem, opisali sytuację i doszli do wniosku, że być może nie chodziło o to mieszkanie. O godzinie 21:48 opuścili więc miejsce. Jak się później miało okazać, już wtedy było to miejsce zbrodni.

Kolejnego wieczora sąsiadka Ruth zatelefonowała na policję pełna troski o swoją znajomą. Powiedziała, że normalnie każdego dnia Ruth wychodząc z mieszkania przychodziła się z nią przywitać, jednak tym razem tak się nie stało. Próbowała się z nią skontaktować, jednak ta nie otwierała drzwi. Na miejsce znów przyjechała policja, w asyście czterech stróży budynku rozmyślając, czy warto już wyważyć drzwi. Doradzono im jednak, aby tego nie robili - najemca budynku mógł bowiem ich pozwać. Jeśli wyważyliby drzwi, musieliby również wezwać kogoś do zabezpieczenia miejsca. Policjanci wzruszyli więc ramionami i znów odeszli bez wyjaśnienia sytuacji. 

Następnego dnia wspomniana sąsiadka powiadomiła biuro osiedla o swoich obawach. Po południu do drzwi Ruth McCoy przybył urzędnik mieszkań komunalnych ze stolarzem, który przewiercił zamek. Znaleźli kobietę w sypialni leżącą na boku w kałuży krwi, z ręką na jej klatce piersiowej, z jednym butem. Dookoła niej na podłodze porozrzucane były czasopisma i pieniądze. Gdy policja wróciła, w mieszkaniu unosił się już zapach rozkładającego się ciała. 

Uniewinnienie morderców z lustra

Kobieta została postrzelona cztery razy. Jedna kula przeszła przez jej lewe ramię, druga przez lewe udo. Trzeci pocisk wszedł w prawą stronę brzucha, przebił wątrobę i wyszedł z lewej strony brzucha. Czwarta, śmiertelna kula przeszła przez jej prawe ramię, potem dostała się do klatki piersiowej i trafiła w żyłę płucną. Lekarz sądowy jako przyczynę zgonu podał krwawienie wewnętrzne. Kobieta prawdopodobnie nie umarła od razu. Zdaniem lekarza nie było dużych szans na to, aby przeżyła, nawet gdyby została szybko zabrana do szpitala. Została uznana za zmarłą w szpitalu o 16:35 w piątek, 24 kwietnia. Rok po tragedii dwóch mężczyzn zostało aresztowanych za włamanie i morderstwo, ale zostali uniewinnieni w sądzie. 

Jak mordercy dostali się do łazienki kobiety?

Przestępstwa popełniane na osiedlach komunalnych w Chicago rzadko cieszyły się szerokim zainteresowaniem w mediach i dociekliwością śledczych - zwłaszcza, gdy ofiarą była chora psychicznie, czarnoskóra kobieta. Tak naprawdę jedynym powodem, dla którego sprawa morderstwa Ruth McCoy pojawiła się w gazecie "Chicago Tribune" jako informacja prasowa, było to, że detektywi dowiedzieli się, że zabójcy weszli do domu z sąsiedniego mieszkania, przebijając się przez apteczkę w łazience. Jak to w ogóle było możliwe? Wbrew pozorom, nie było to takie trudne. 

Budynki na osiedlu komunalnym ABLA zostały zaprojektowane w taki sposób, aby ułatwić dostęp do kanalizacji. Rury umieszczono więc za apteczkami z lustrem nad umywalkami - zapewniało to łatwy do nic dostęp jeśli coś przeciekało. Dozorcy wyjmowali po prostu szafkę, żeby sprawdzić rury. Trudno winić architektów; jak mówił dozorca tego bloku dziennikarzom, "prawdopodobnie projektanci nie myśleli o tym, że ludzie będą tak zezwierzęceni, aby włamywać się przez rury do mieszkań". Incydenty z włamaniami przez lustra w łazience zgłaszano już na rok przed zabójstwem Ruth McCoy. Deverra Beverly, przewodnicząca rady doradczej ABLA, mówiła, że włamania przez apteczki nad umywalkami pokazują tylko, "że jeśli ludzie są doszczętnie biedni i potrzebują czegoś, to znajdą sposób".

Zobacz również: Polska stolica duchów. Tutaj możesz poznać datę swojej śmierci

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Ruth McCoy | morderstwo kobiety | ABLA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy