Reklama

Reklama

Adam Ferency: Czarny charakter

Adam Ferency: Film niespecjalnie mnie ciekawi /Marek Zawadka /materiały prasowe

- Teatr stał się miejscem, gdzie jest dużo hochsztaplerki, którą nieraz myli się z awangardą. Są twórcy, dla których fakt, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent widowni nic nie zrozumie, nie stanowi żadnego problemu, bo najważniejsza jest dla nich emanacja własnego wnętrza - mówi Adam Ferency w książce "Nie i tak". Z wybitnym aktorem rozmawia Maja Jaszewska.

Reklama

Przeczytaj fragment książki "Nie i tak" - Adam Ferency w rozmowie z Mają Jaszewską:

Maja Jaszewska: Przeklinasz czasami?

Reklama

Adam Ferency: - Jestem smakoszem wulgaryzmów artykułowanych tak, jak to robi Kazio Kutz - lekko, finezyjnie i bez emocjonalnego zaangażowania. W jego ustach przekleństwo staje się językową igraszką, bo jeśli towarzyszą mu zaciśnięte pięści, wtedy robi się ohydnie.

Przeczytałam gdzieś, że uważasz się za specjalistę od czarnych charakterów.

- Był taki okres, że jak tylko słyszałem, że będą gdzieś kręcić film i jest w nim rola jakiegoś sk*wysyna, wiedziałem, że natychmiast zadzwoni u mnie telefon. Bardzo często odmawiałem, ale paru sk*wysynów w życiu zagrałem.

Skąd ta klisza?

- Łysy, kwadratowy facet nie może być profesorem uniwersytetu, bo nikt tego nie kupi.

Drażni cię to przyporządkowanie?

- Mam je w nosie, bo film niespecjalnie mnie ciekawi.

Dlaczego?

- Kręcenie filmu jest zawsze taką samą męką, bez względu na to, jaką rolę się gra. Na planie filmowym nie odczuwam żadnej frajdy. Nie jestem w stanie znaleźć śladu przyjemności w tych krótkich sekwencjach, kiedy wchodzę na plan i mam grać. Gra w filmie polega głównie na tym, że siedzisz i czekasz na swoją kolej. Szczególnie uciążliwe jest to w filmach, w których kręci się dużo zbiorowych scen. Okropnie nużące doświadczenie. Nic mnie w tym nie cieszy, bo role filmowe buduje się z pojedynczych ułamków, przez co nie możesz się rozgościć w granej postaci, ogarnąć jej jako całości. Dlatego nigdy nie byłem aktorem filmowym, to nie jest mój żywioł.

Obejrzałam dużo filmów z twoim udziałem i uważam inaczej.

- Eeee tam... Łaskawa jesteś, bo masz słabość do mnie.


No pewnie, w przeciwnym razie nie namawiałabym cię na te nasze rozmowy. Czyli bardziej cenisz teatr od filmu?

- Nawet nie porównuję tych dwóch światów, bo są tak radykalnie odmienne, że ciężko je zestawić. Teatr stwarza możliwość zamocowania się w opowieści, zbudowania linii życia jakiejś postaci. To jest rzeczywistość, której nie można uzyskać, nawet najbardziej przejmując się rolą w filmie. Nosząc w sobie rolę filmową, nigdy nie mam poczucia, że coś się we mnie naprawdę stwarza. Budując rolę teatralną, w jakimś stopniu staję się kimś innym, los zaczyna się multiplikować. Stojąc na scenie, mam poczucie, że zyskuję władzę dzięki temu, że mogę bezkarnie dokonywać kreacji.

Często chodzisz do teatru jako widz?

- Raptem kilka razy w roku. Kiedyś, jak tylko nie grałem, to jeździłem po całej Polsce, oglądać ciekawe przedstawienia. Tęsknię do tych chwil, kiedy z wypiekami na twarzy śledziłem akcję na scenie. Chętnie znowu bym obejrzał frapująco opowiedzianą historię, ale póki co, nie znajduję takich. Nie cieszy mnie to, w jakim kierunku zmierza teatr.

Co masz na myśli?

- Byłem uczony, że tekst, czyli podstawa teatru, to rzecz święta. Dzisiaj reżyserzy improwizują w dowolny sposób w obrębie tekstu, wyrzucają całe fragmenty, żonglują jego częściami, tworząc kompletnie odmienne zbitki sensu i znaczeń. Ja byłem uczony, że jeśli coś w tekście jest niezrozumiałe, muszę to przegryźć, aż zrozumiem, a dzisiaj, jeśli coś jest niezrozumiałe dla reżysera czy widza, to się to po prostu wyrzuca. Teatr stał się autonomiczny wobec tekstu, który jest traktowany użytkowo. Kiedyś teatr był sługą literatury, a reżyseria polegała na dobrej umiejętności przeczytania tekstu. Tak do tego podchodził Konrad Swinarski, niebagatelna postać w polskim teatrze.

A co dzisiaj jest najważniejsze w teatrze?

- Nadrzędną sprawą stał się kontekst, więc każdy kroi i szyje teatr tylko i wyłącznie wedle swojego widzimisię.

Chyba każdy twórca próbuje zaprezentować, co widzi i czuje...

- Oczywiście, tyle że większość współczesnych twórców nie jest zainteresowanych komunikowaniem się z odbiorcą. Teatr stał się miejscem, gdzie jest dużo hochsztaplerki, którą nieraz myli się z awangardą. Są twórcy, dla których fakt, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent widowni nic nie zrozumie, nie stanowi żadnego problemu, bo najważniejsza jest dla nich emanacja własnego wnętrza. I o ile rzeczywiście mają coś do powiedzenia i są szczerzy, uważam to za uczciwe i do przyjęcia. W końcu cała awangarda na tym polegała, przez co spotykała się ze straszliwym niezrozumieniem, a nieraz i gniewem.

Skoro awangarda wszystko neguje, to i komunikację musi odrzucić.

- Rzecz jednak jest skomplikowana, bo granica między tym, że ktoś z nas bezczelnie robi idiotów, a tym, że powstaje coś wolnego, nowatorskiego i prawdziwego, jest dosyć płynna.

Jestem zła, kiedy odczuwam presję, aby obrysowywanie własnych sików przez jakąś artystkę odbierać jako dzieło sztuki i szukać w tym głębi przekazu.

- A dlaczego odczuwasz presję? Jesteś wolnym człowiekiem i zawsze masz prawo powiedzieć ‒ to jest gówno, do widzenia, wychodzę. Ta presja jest w twojej głowie, bo wyobrażasz sobie, że mądrale zachwycające się tym dziełem wiedzą coś, czego ty nie wiesz. Jeśli tak sądzisz, to jest to twój problem.  Jeśli ja widzę kupę, to mówię: to jest kupa. I nawet, jeśli mówią mi, że to wielkie dzieło, a ja uważam, że to kupa, powtarzam - "to jest kupa" i wychodzę. Mówisz, że król jest nagi, a inni, jeśli chcą, niech zachwycają się jego szatami.

Tyle że w bajce Andersena rzecz była oczywista, w życiu aż tak oczywista nie jest. Być może dopiero czas określi, co było fałszem, a co sztuką.

- Prawdziwa sztuka penetruje mroki, a nie tylko epatuje choćby najbardziej wyzywająca formą. Niewiele dzieł powstało o aniołach, znacznie więcej o diabłach. Sztuka pojawia się wtedy, gdy prawo mówi ‒ nie wolno ci pochować brata, a ty wiesz, że to prawo jest nieludzkie, i mu się sprzeciwiasz. Tam, gdzie jest konflikt racji, gdzie zło ukrywa się pod pozorami prawa, prawdy i dobra, pojawia się miejsce na sztukę. Gdyby matka kochała i niańczyła Edypa, a ten wyrósł na mądrego i dobrego mężczyznę, żadna sztuka by o nim nie powstała, najwyżej sentymentalny gniot. Sztuka zajmuje się złem, a jeśli pokazuje dobro, to tylko jako wyspę na morzu zła.

Czytasz recenzje spektakli i filmów, w których grasz?

- Nigdy się nimi specjalnie nie interesowałem. Czasami, przeglądając Gazetę Wyborczą, trafię na recenzję i ją przeczytam, ale te dotyczące moich ról i spektakli, w których gram, raczej omijam. Poza tym obraziłem się na portal teatralny e-teatr, bo kiedy nań wchodzę, wyskakuje mi polecenie, żebym się zalogował. Nienawidzę posługiwania się kodami i logowania.

Ja też. Nigdy nie mogę zapamiętać haseł, kodów dostępu i loginów.

- Miejsca, które mi proponują takie koszmary, odwiedzam jeden jedyny raz. To nie jest dla ludzi. Mam dużo znajomych wśród krytyków teatralnych i cenię tych, którzy pisują bardzo wstrzemięźliwie, zajmując się raczej refleksją na temat sztuki i przedstawienia, a nie wystawianiem ocen. Nie bardzo mnie interesuje, czy się panu Iks coś podoba, czy nie. Potrzebuję recenzji analitycznych, a tych brakuje. Jeśli uważam kogoś za autorytet, liczę się z jego opinią, nawet jeśli bywa dla mnie bolesna.

Zdarza ci się być zazdrosnym o czyjś sukces artystyczny?

- Nie zdarza się to często, ale odczuwam czasami pewien rodzaj zazdrości, gdy zobaczę na scenie rozwiązanie, na które bym sam nie wpadł. Ale generalnie nie mam problemu z czyimś sukcesem. Lubię oglądać dobre przedstawienia i dobre role. Lubię oglądać kolegów aktorów, którym udało się coś świetnie przygotować.

Nina Andrycz stwierdziła, że niemożliwa jest przyjaźń między aktorami.

- Zawracanie głowy. Między aktorami może być taka sama przyjaźń, jak między piekarzami czy lekarzami. Nie przyjaźnimy się po fachu tylko po ludzku. Być może Nina Andrycz wygenerowała tę tezę ze swoich doświadczeń, ale nie podzielam jej opinii. Dużo było potworów w teatrze. Reżyserujący spektakl Erwin Axer zapytał kiedyś Irenę Eichlerównę, dlaczego ma ciągle zamknięte oczy, występując na scenie, na co ona odpowiedziała, że nie może patrzeć na grających z nią partnerów.

Jest jakaś postać, której nie zgodziłbyś się zagrać?

- W połowie lat siedemdziesiątych pojechaliśmy na wymianę szkół aktorskich do Leningradu. Może nie wiesz, ale tak przez moment nazywano Petersburg. To była bardzo ciekawa wyprawa. W takcie jednej z rozmów powiedziałem, że nigdy bym nie chciał zagrać sekretarza partii, bo partyjne kacyki to swołocz. Mój rozmówca się zdumiał i zapytał - to Ryszarda III też nie zagrasz? I wtedy pomyślałem sobie ‒ co ja bredzę? Idąc tym tropem nie zagrałbym również Kaliguli. Oczywiście nie zagrałbym sekretarza partii w filmie gloryfikującym PZPR. Nigdy nie chciałbym przykładać ręki do przekazu, z którym się nie zgadzam. Antoni Krauze nie zaproponował mi zagrania w filmie Smoleńsk, ale gdyby to zrobił, odmówiłbym, bo uważam, że film jest robiony w złej sprawie. Niczego nie leczy, tylko pogłębia nieznośne rozłupywanie Polski na pół.

Wzburzyła mnie kiedyś wypowiedź pewnego aktora, że nie wolno oceniać Leni Riefenstahl za jej pracę na rzecz budowania wizerunku Rzeszy, bo wybitni artyści są poza oceną. Liczy się jakość ich dzieła, a nie to, jakiej sprawie się ono przysłużyło.

- Oczywiście, można przyjąć punkt widzenia, że artysta jest ponad wszystkim, ale nie ma czegoś takiego, jak obojętna politycznie postawa artysty. Jeśli my, aktorzy w osiemdziesiątym pierwszym roku przestaliśmy grać w telewizji, to doskonale wiedzieliśmy, dlaczego podjęliśmy taką decyzję. I ci, co grali nadal, też wiedzieli, dlaczego się na to decydują. Leni była wybitną operatorką kamery i podobno robiła fantastyczne rzeczy, ale służyła bardzo złej sprawie. Nie umiem sobie wyobrazić artysty w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki, który byłby wolny od uwikłania w rzeczywistość, a tym samym w politykę.

Widziałam cię niedawno w reklamie pewnej aplikacji. Nie kontestujesz takiej aktywności?

- Nie wiem dlaczego panuje opinia, że jestem przeciwny graniu w reklamach. Już lata temu budziły mój sprzeciw wypowiedzi byłego prezesa ZASP, Andrzeja Łapickiego, który twierdził, że granie aktorów w reklamach to skandal. Osobiście uważam, że to prywatna sprawa aktora. Żartuję, że najchętniej zagrałbym w reklamie grzebieni, gdyby mi dobrze zapłacili. Oczywiście są pewne produkty, których nie chciałbym reklamować np. makaronu czterojajecznego.

Musi być suspens i dowcip?

- Widziałem kiedyś na festiwalu w Lucarno fantastyczną reklamę: Pojawia się ręka z zegarkiem. Zdejmuje ten zegarek i wkłada go do kubka z wodą, zegarek nadal chodzi... Potem wkłada go do zamrażalnika, wyciąga, zegarek chodzi. Następnie kładzie go na szynach kolejowych i przejeżdża go pociąg, a zegarek dalej chodzi. W końcu kładzie go na pieniek spada na niego młotek i zegarek rozpada się w drobny mak. I pojawia się tekst: Kupujcie jakieś tam młotki. Historia opowiedziana jak trzeba.

Fajne, bo zaskakujące. Nie noszę zegarków, bo mi przeszkadzają...

- Masz pewnie jakieś przewrotne relacje z czasem, dlatego ich nie nosisz.


Chętnie bym się teleportowała w czasy dwudziestolecia międzywojennego.

- Każdy by chciał.

Tylko żeby wylądować po dobrej stronie rzeczywistości, a nie na Szmulkach albo na Krochmalnej pod latarnią.

- Każdy by chciał po dobrej stronie, nikt nie liczy się z tym, że mógłby wylądować w połowie dziewiętnastego wieku jako Murzyn na plantacji bawełny.

Daję ci bilet na tydzień ‒ pobyt, wyżywienie i zakwaterowanie na podróż w czasie w dowolne miejsce i dowolny okres historyczny. Wykorzystałbyś?

- Myślę, że tak, chociaż trudno mi od razu odpowiedzieć na tak zaskakującą propozycję. Tydzień to niewiele... Często mi przychodzi do głowy, że chciałbym być w jakimś konkretnym momencie przeszłości, ale to są różne momenty historii i różne miejsca. 

Jakie najczęściej?

- Chętnie przeniósłbym się do Krakowa za czasów panowania Kazimierza Wielkiego. Popatrzyłbym sobie, jak to się wszystko zmieniało. Na pewno chętnie bym pochodził po ulicach Warszawy w przeddzień wybuchu powstania styczniowego. Powęszył, co za nastrój był wtedy, jakie emocje się unosiły? O czym ludzie rozmawiali?

Dlaczego akurat styczniowego?

- Bo to polskie nieszczęście ciągle wraca i myślę, że ono ma jakieś głębokie źródła. Chciałbym je poznać. Może bym je zobaczył w przeszłości? Chętnie bym też przeniósł się do powiatowego miasteczka Przasnysza w dwudzieste lata dwudziestego wieku, w którym mój dziadek Aleksander założył pierwszą olejarnię. Przeniósłbym się do drugiej Rzeczpospolitej, ale też i we wcześniejsze czasy, żeby posiedzieć wśród polskich Żydów, których brak odczuwam dojmująco. Może bym się też przeniósł w ten moment, kiedy Czepiec mówi do Księdza o Żydzie karczmarzu:
"To kto moich groszy złodziej
Czy Żyd jucha czy dobrodziej?"

- Chciałbym zobaczyć, jakie naprawdę były te relacje polsko-żydowskie, czy aby rzeczywiście tak piękne, jak niektórzy mówią. Odwiedziłbym górników w kopalniach opisanych przez Emila Zolę i łódzkie włókniarki z Ziemi obiecanej.

Bogate plany...

- No właśnie. Miałbym okropny kłopot, żeby podjąć decyzję i wybrać jeden moment i jedno miejsce. Być może takie ograniczenie zniechęciłoby mnie w ogóle do tej podróży.

W takim razie masz miesiąc i możesz skakać ruchem konika szachowego z dowolnego miejsca i czasu w kolejne.

- Dawaj ten bilet!

Fragment książki "Nie i tak" - Adam Ferency w rozmowie z Mają Jaszewską. Wydawnictwo Editio. Premiera: 11 października 2017r.

Gwiazdki pochodzą od redakcji

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje