Reklama

Reklama

​Jerzy Stuhr: Widzowie na moich warunkach

W każdym z filmów pokazuje część siebie – tę część, która musi się z czymś na danym etapie życia uporać. Poczucie humoru ratuje mu życie, a pogoda ducha sprawia, że rzeczywistość pokazana w jego twórczości staje się dla widza czymś fascynującym – Jerzy Stuhr o prostym kinie i autoprowokacji za kamerą.

Aneta Zadroga: Jakie filmy zwracają pana uwagę?

- Proste. Takie, gdzie zwykły człowiek postawiony jest w okolicznościach, które go przerastają. Chcę obserwować na ekranie jego mękę przez te przypadki, z którymi nikt nie dałby sobie od razu rady. Właśnie takie filmy mnie interesują, gdzie bohaterowie postawieni są w sytuacjach rodem z greckiej tragedii. Przykłady? Weźmy choćby "Dekalog", w którym prości ludzie znajdują się w takich sytuacjach, których nawet wiara, przykazania boże nie są w stanie rozwiązać.

Reklama

A nie jest tak, że widzowie, żeby pójść do kina, muszą mieć zagwarantowane to, żeby na ekranie dużo się działo? Że na tę prostotę nie ma dziś miejsca. Że dziś liczy się to, żeby były efekty specjalne, żeby była zabawa, żeby było widowisko.

- Pewnie tak. Ale takie filmy nie bardzo mnie interesują. Trochę znam, że tak powiem, warsztat filmowy i wiem, jak te efekty się osiąga, jak je można wywołać i dlatego mnie to właśnie razi. W rankingu filmowców efekty komputerowe osłabiają wartość filmu. Dlatego staram się tego unikać, komputera w filmie używam, kiedy już naprawdę muszę, kiedy natura nie jest w stanie mi pomóc (śmiech).

Używa pan za to prowokacji i się do tego przyznaje...

- Czasem impuls do nakręcenia filmu rzeczywiście jest prowokacyjny, czasami przychodzi myśl: "O, ja im teraz pokażę, ja ich tu teraz zbulwersuję!", ale później przychodzi inne myślenie, wynikające z tej właśnie prowokacji: "No dobrze, pokażę im, ale jak zrobić, żeby ten film dawał też widzowi nadzieję. Żeby nie wyszedł on z kina w stanie frustracji." Nawet, jeśli zaczyna się od tego, że coś mnie złości, coś mnie gnębi, to jest tylko punkt wyjścia. A czasami można popatrzeć na film z innej strony: "Co mnie drażni we mnie?". To swego rodzaju chęć uwolnienia się od pewnego ciężaru. Robiłem takie eksperymenty w moich filmach.

Po co?

- Bo nie umiałem o pewnych rzeczach porozmawiać z najbliższymi. I wtedy ta autoprowokacja mi trochę pomagała. Było mi lżej. Są pewne blokady w człowieku, które sprawiają, że nagle nie umiesz znaleźć języka, żeby porozumieć się dobrze ze swoimi najbliższymi.

Którym filmem dokonał pan takiej autoprowokacji?

- Właściwie każdym. Na przykład "Spis cudzołożnic". To było uwolnienie się od tematu męskiego i obywatelskiego przemijania. To był rok 84, miałem wtedy 40 lat, czyli taki wiek, kiedy mężczyzna zdaje sobie sprawę, że nie będzie już młodzieńcem i czasami bardzo dramatycznie to przeżywa. Więc z tego uwalniałem się trochę za pomocą tego filmu. Ale nie tylko. To było też przemijanie systemu, wspomnień.

- "Historie miłosne" to z kolei perypetie miłosne mężczyzny. Bo mężczyzna z miłością ma tak, że raz się odważy, raz się nie odważy, czasami obejmie, czasami nie i to mnie zaczęło interesować, kiedy ja sam stchórzyłem, a kiedy miałem odwagę wziąć odpowiedzialność za uczucie. Raz mi się udawało, a raz nie. Dlatego w tym filmie dwóch bohaterów podejmuje ten temat, a dwóch tchórzy, bo tak mi się wymyśliło, że to będzie taka mozaika filmowa o perypetiach męskich uczuć.

- Potem był film o upadkach męskich, ludzkich, o braku odwagi. Męczył mnie przez lata temat tolerancji. I pomyślałem sobie, że muszę to z siebie jakoś wyrzucić, ale brakowało mi tematu. Wówczas mój przyjaciel, Krzysztof Kieślowski, niejako zza grobu przyszedł mi z pomocą i tak powstała nowelka "Duże zwierzę". O wielbłądzie, który w pewnym miasteczku budzi zdziwienie, ze zdziwienia rodzi się niezrozumienie, a z niezrozumienia - agresja, i... wielbłąd znika. Przez długie lata miałem też kłopot z ojcostwem, poczucie, że nie poświęcam dzieciom tyle, ile wymaga edukacja, przebywanie z nimi. I tak powstała "Pogoda na jutro" - film o dzieciach. Dalej? Miałem też problem z lustracją. Jako, że przez długie lata prowadziłem szkołę teatralną i dopadła mnie ta właśnie lustracja. Nikt nie wyobraża sobie, jakim ciężarem było dla mnie, kiedy musiałem otworzyć te oświadczenia. Z tego ciężaru powstał "Korowód".

Jakim jest pan twórcą?

- Nigdy nie będę reżyserem gatunkowym, zawsze film będzie dla mnie tym, czym była scena w filmie "Amator", kiedy mój przyjaciel kazał skierować kamerę na mnie i opowiedzieć mi o swoim życiu. I tak robię do tej pory, opowiadam filmami o moim życiu.

Kiedy robi pan film, myśli pan, jak on się sprzeda?

- Nie. To znaczy, pośrednio, bo niestety ostatnie czasy do tego zmuszają. Każda moja rozmowa, i tego zazdroszczę nieco młodym reżyserom, bo być może oni nie muszą takich przeprowadzać, zaczynała się od pytania: "Na jaką widownię pan liczy?" Czyli, pośrednio, ile ten film zarobi? No i w takiej sytuacji nie bardzo wiesz, co powiedzieć. Bo jak się porównasz do poprzednich filmów, wychodzi 200 - 300 tysięcy. Ale gdzieś tam w duchu myślisz sobie: "A może jednak będzie więcej?".

Ale przecież pan dobrze wie, jak przyciągnąć widza do kina. Przecież tego chce każdy twórca, pan też.

- Tak, chcę. Ale chcę też, żeby to byli widzowie na moich warunkach. Na warunkach takich, jakie ja im proponuję: poczucia humoru, tematu filmu, akcji czy też nikłej akcji. Bo potrafiłbym się połasić, ale nie chcę tego robić. Więc sam siebie troszkę ograniczam.

O czym jest "Obywatel"? , pana najnowszy film?

- Można powiedzieć, że jest to film o losie mojego pokolenia. Przedziwnym, szczęśliwym losie. Jak zacząłem myśleć o tym filmie, zastanawiałem się, co jeszcze z siebie mogę ludziom opowiedzieć i nagle pomyślałem sobie: "Zaraz. Przecież moje pokolenie miało chyba najciekawsze życie w Europie, przez te 60 ostatnich lat. No może jeszcze Hiszpanie, którzy pokonali Franco, mogliby się z tym równać." Ale, tak właśnie pomyślałem, że warto by to odnotować. Przeżyliśmy tyle lat nie będąc liderami, kreatorami historii, ale zwykłymi obywatelami poddanymi tej historii. Przecież ja pamiętam na pomnikach popiersie Stalina, a kończę w wolnym kraju! Gdyby właśnie to umieć opowiedzieć, to było by pięknie. Tak właśnie sobie pomyślałem. Przeraziłem się natychmiast, bo zaraz dotarło do mnie: "Boże, przecież ja muszę zrobić film historyczny, kostiumy, scenografia, lata 50., 60., 70.!" A mimo to, parłem w stronę, żeby to jednak jakoś pokazać. To, że czasami, dziwnymi zbiegami okoliczności, szczęściem, przecież to przeżyliśmy.

Ile tam jest pana?

- To jest film najbardziej epicki, choć jest też absurdalny i koślawy. Jest jakby o pokoleniu, nie konkretnie o mnie. Choć są tam oczywiście sceny, sytuacje, które przeżyłem, które dotyczyły moich kolegów, które sobie wyobraziłem. To jest trochę inny film. Ale nie chcę za dużo mówić, mam nadzieję, że Państwo to zobaczą i ocenią. Bo i tak już za dużo się o tym filmie mówi i jeszcze zrobi się tak, że oczekiwania będą ogromne, później ludzie przyjdą na salę i powiedzą: "Eee, coś to jakieś takie nie bardzo" (śmiech).

Komunizm i transformacja z poczuciem humoru?

- Ta historia, którą przeżywamy, zawsze (te wszystkie straszliwe wypadki, czasami nawet groźne), ale to zawsze, najpierw mnie śmieszyły, a dopiero potem oburzały, przerażały czy wściekały. Jak w stanie wojennym zobaczyłem tego spikera w telewizji w mundurze, to mi się tak śmiać chciało, choć wiedziałem, że to groźne, wiedziałem, co się dzieje, ale jakoś zawsze tak było. I dlatego ten film też musi taki być. On musi być prawie komedią.

Komedią można też dużo przekazać.

- O tak. Kiedy Roberto Benigni zrobił "Życie jest piękne", powiedziałem mu: "Roberto, zazdroszczę ci! Zazdroszczę ci, bo ja bym takiego filmu o Holocauście, o obozie koncentracyjnym w Polsce nie mógł zrobić". Na co on, nie wiadomo właściwie, czy poważnie, czy żartem, bo z nim nigdy nie wiadomo, kiedy żartuje: "A bo ty to za blisko Auschwitz mieszkasz." Ale miał rację. Jestem za blisko tych tragicznych faktów. Nie tyle fizycznie, co mentalnie. W takim przypadku o wiele trudniej zdobyć się na ten wątek lżejszy, komediowy. Tego właśnie Włochom zazdroszczę, że potrafią tak w kinie, nawet ważnym i poważnym, żartować.

Lubi pan czarno-białe filmy?

- Czasami je robię (śmiech). Tak było przy jednym projekcie, kiedy Paweł Edelman, jak tylko zobaczył wielbłąda, którego sobie upatrzyłem do filmu "Duże zwierzę", to tak na niego popatrzył, tak się skrzywił i powiedział tylko: "No, to jest taka faktura, że tylko na czarno-biało dobrze wyjdzie". Uwierzyłem mu oczywiście. Ale to był kłopot ogromny, bo nie chodziło o to, że to tylko ściągnięcie koloru, ale nagrywanie w czerni i bieli, a okazało się, że dziś już mało kto umie czarno-biały film zrobić. Jak w telewizji, która była współproducentem, o tym usłyszeli, powiedzieli, że nie ma mowy! A Edelman swoje: "Czarno-biały i koniec". I tak w kółko! Mojego chodzenia, rozmawiania, próśb było co niemiara! No, ale jakoś się w końcu udało. A po latach, jak ten film już objechał cały świat, to słyszałem: "Ależ wy macie wspaniałą telewizję, że wam się na czarno-biały film zgodziła. Żadna telewizja świata by na coś takiego nie poszła". No, a ja odpowiadałem: "Tak! Taką mamy właśnie telewizję!" (śmiech).

Który film był dla pana największym reżyserskim wyzwaniem?

- Każdy. Oczywiście, w moim ostatnim filmie zostałem postawiony przed największymi trudnościami, jako reżyser! W tym filmie zagrało 106 aktorów, to ogromna rzesza, to już nie jest film kameralny. Ale, jeśli chodzi o wyzwanie, poczucie spełnienia, każdy film traktuję tak samo, dzięki każdemu z czegoś się uwolniłem.


Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy