Reklama

Reklama

Kobieta do zadań specjalnych

Zadebiutowała jako maszynistka na pół etatu w jednym z biur agencji wywiadowczej. Jako pierwsza w historii kobieta została szefem brytyjskiego kontrwywiadu. Stella Rimington, pierwowzór postaci "M" z Jamesa Bonda, po raz pierwszy w polskiej prasie mówi o godzeniu pracy szpiega z samotnym macierzyństwem, seksizmie przełożonych i o tym, dlaczego pierwszymi czytelnikami jej szpiegowskich powieści zawsze są oficerowie tajnych służb.

Twój STYL: Pracowała Pani kiedyś jako szpieg w Polsce?
Stella Rimington: Tylko raz odwiedziłam Polskę, ale turystycznie. Już na emeryturze. Skoro jednak wspomniała Pani o mojej pracy związanej z waszym regionem, to przypomniało mi się pewne spotkanie w Londynie. Byli na nim obecni m.in. wysocy rangą dyplomaci z jednego z liczących się krajów Europy Wschodniej. Wiedzieli, kim jestem. Podczas wspólnej kolacji jeden z nich powiedział nagle, patrząc na mnie: "Ta kobieta zna nazwiska wszystkich moich kochanek!".

A znała Pani?
Oczywiście.

Reklama

Ale praca szpiega, a potem szefa szpiegów, jak to było w Pani przypadku, to raczej życie pod napięciem 24 godziny na dobę niż zabawne epizody. Dlaczego wybrała Pani tak nietypową pracę?
To raczej ona wybrała mnie. Z wykształcenia jestem archiwistką, więc wyglądało na to, że życie spędzę spokojnie, między regałami pełnymi starych dokumentów. Ale tuż po studiach, pod koniec lat 60., jako żona dyplomaty pojechałam na placówkę do Indii. Straszliwie się tam nudziłam. Nie miałam jeszcze dzieci, mąż całe dnie spędzał poza domem, a podejmowanie pracy przez żony dyplomatów nie było wówczas mile widziane. Mogłyśmy się "realizować" jedynie w kółku teatralnym. Przyznam, że nawet próbowałam, ale... no cóż, to potwornie nużące. Gdy pewnego dnia zadzwonił więc do mnie przedstawiciel "jednej z instytucji rządowych" i złożył propozycję pracy, przyjęłam to z ulgą.

Zapytał: "Czy chce Pani zostać szpiegiem na rzecz Zjednoczonego Królestwa"?
Nie, powiedział: "Czy chce Pani zostać maszynistką na pół etatu w tutejszym oddziale MI5?" - tak nazywają się brytyjskie służby kontrwywiadowcze. I tak to potraktowałam - praca biurowa. Nie brzmiało szczególnie ekscytująco, ale uznałam, że lepsze to od siedzenia w domu. Zdawałam sobie sprawę, że ta instytucja ma coś wspólnego ze szpiegami i na tym moja wiedza się kończyła.

Przepisywała tam Pani teksty. To były jakieś szczególne teksty?
Dość szybko zorientowałam się, czym się zajmujemy. Indie były wówczas terenem bardzo aktywnej walki wywiadów brytyjskiego i rosyjskiego: obie strony trzymały tam mnóstwo szpiegów. Nie miałam dostępu do najtajniejszych dokumentów, ale już to, z czym się stykałam, wydało mi się na tyle ekscytujące, że gdy mąż skończył pracę na placówce i wróciliśmy do Londynu, złożyłam w centrali MI5 podanie o pracę w pełnym wymiarze. Wtedy już wiedziałam, na co się decyduję.

Przyjęli Panią tak po prostu?
Dostałam szansę.

Na czym polegała ta szansa?
To było coś w rodzaju okresu próbnego. Brałam udział w szkoleniach, po których następował sprawdzian predyspozycji i umiejętności. Na przykład miałam udać się do któregoś z okolicznych barów i nawiązać znajomość ze wskazaną, przypadkową osobą, a następnie wydobyć od niej konkretne, dotyczące jej życia informacje. Jak się potem okazało, był to tylko wstęp do zadania właściwego. Bo kiedy już ta osoba zaczynała się przede mną otwierać i byłam na dobrej drodze do zdobycia wymaganych informacji, nagle przysiadał się do nas "przypadkowy" gość i mówił coś w rodzaju: "Nie wydaje ci się dziwne, że ona cię tak wypytuje. Znasz ją?" itp.

I co Pani robiła w takiej sytuacji?
Starałam się zachować zimną krew, żeby nie stracić wiarygodności. Kluczowa była pewność siebie i sprowadzenie prowokatora do roli nieproszonego gościa. Liczył się refleks. Musiałam też dostosować swoje reakcje do profilu osoby, o której zaufanie zabiegałam. Agent musi znać się na ludziach. Ostatecznie przyjęto mnie do MI5. Uznano więc, że sobie radzę.

Jak wyglądało zderzenie Pani wyobrażeń o pracy w wywiadzie z realiami?
Na początku zaskoczyło mnie to, że w agencji panowały straszliwie seksistowskie relacje. Kobiety pełniły wyłącznie podrzędne role. Segregowały dokumenty, archiwizowały je, przekazywały polecenia. Wiele z nich było z tym pogodzonych, ale nie wszystkie. Wtedy nie było mowy o włączaniu pracownic do naprawdę istotnych zadań wywiadowczych. Kolejne zaskoczenie przeżyłam, gdy dotarło do mnie, że praca agenta wywiadu to raczej wielogodzinne, wielodniowe, a czasem wielomiesięczne nasiadówki nad stertą danych, analizowanie faktów, które pozornie się ze sobą nie łączą, i szukanie istniejących jednak między nimi subtelnych, ale ważnych powiązań.

Żadnych pościgów limuzynami za wrogim agentem? Żadnych pogoni z pistoletem w ręku po luksusowych kurortach?
James Bond? Nie, nic z tych rzeczy. Pracowników wywiadu Bond raczej śmieszy. Jest totalnie nieprofesjonalny, począwszy od tego, że rzuca się w oczy swoim ekskluzywnym wyglądem i ekscentrycznym zachowaniem. A zasada numer jeden mówi: agent wtapia się w tło. Bond często bez potrzeby naraża również życie postronnych osób. Wokół niego wciąż ktoś ginie, najczęściej kobiety. A to już jest, w przypadku agenta wywiadu, bardzo poważny grzech.

Mówiła Pani, że szklany sufit dla kobiet w MI5 ustawiony był bardzo nisko. W jaki sposób została więc Pani wysokim oficerem, a w końcu szefem całej agencji?
Zanim dopuszczono mnie do odpowiedzialnych zadań, pełniłam wiele podrzędnych funkcji. Ale byłam jedną z tych niepogodzonych. Wciąż starałam się o pracę w terenie, chciałam "pozyskiwać źródła osobowe", szkolić je i prowadzić. Oczywiście na początku mnie zbywano. Ale w końcu nadszedł mój dzień. I po prostu pokazałam, że się w tym sprawdzam. Potem już nie było argumentu, "że przecież jestem kobietą". Brałam udział w coraz poważniejszych akcjach. Ale nie kryję, że budowanie mojej pozycji trwało latami. Nie jestem zresztą jedyną kobietą, która w ten sposób przecierała tam szlaki. Teraz MI5 to pod tym względem kompletnie inna instytucja. Kobiety pracują tam na bardzo wysokich stanowiskach i jest ich wiele. Doceniono ich umiejętność komunikacji, intuicję, zdolności analityczne i dedukcyjne. Nie kryję, że mam w tym swój udział. Nawet w tak seksistowskim filmie, jakim jest seria o Jamesie Bondzie, kobieta została w końcu szefem.

Ogląda Pani filmy o Bondzie, te z Judi Dench w roli "M", wzorowanej na Pani osobie?
Tak. Widziałam chyba wszystkie. "M" stała się kobietą niedługo po tym, jak zostałam mianowana dyrektorem generalnym MI5. Kiedy moje córki obejrzały pierwszą część z udziałem Judi Dench, powiedziały: "Mamo, ona wygląda dokładnie tak jak ty! Przejęła nawet twoje gesty!". I miały rację. Byłam zaskoczona tym, jak bardzo potrafiła upodobnić się do mnie.

Czy wśród akcji, w których Pani uczestniczyła, były jakieś z realnym zagrożeniem Pani życia?
Śmierć na służbie nie była nigdy moją obsesją. Zwłaszcza że jeśli chodzi o pracę operacyjną, to większe ryzyko ponoszą zazwyczaj informatorzy niż oficer. To często ludzie, którzy żyją w środowiskach, które demaskują. My pomagamy takiej osobie, szkolimy ją, ale w trudnych momentach często jest ona zdana na siebie. Ryzykowne bywa czasem samo pozyskiwanie informatora, ale nie przypominam sobie sytuacji, w której bałabym się o swoje życie. Zagrożenie poczułam dopiero wtedy, gdy mianowano mnie szefową MI5. Byłam pierwszą kobietą na tym stanowisku, ale - co było wówczas absolutną rewolucją - też pierwszym szefem w historii wywiadu, którego nazwisko zostało upublicznione. Tym samym z dnia na dzień stałam się potencjalnym celem. Zamachy były wtedy u nas na porządku dziennym. To był początek lat 90., czas silnej aktywności terrorystycznej IRA, a ja rozpracowywałam ich plany. Ryzyko było o tyle realne, że dziennikarze natychmiast zidentyfikowali mój adres. Pojawiły się artykuły z tytułami "Gospodyni domowa superszpiegiem" albo "Samotna matka na czele wywiadu". Jedna z gazet opublikowała zdjęcie mojego domu. Bez problemu można było zlokalizować miejsce, w którym mieszkam. Musiałam szybko przenieść się z córkami pod inny adres, który był już trzymany w ścisłej tajemnicy. A mój dom sprzedałam w pośpiechu.

Podobno córki dowiedziały się z telewizji, czym tak naprawdę zajmuje się ich matka.
Tak było.

Co mówiła im Pani przez lata? W chwili, gdy została Pani szefem MI5, starsza córka była już na studiach!
Wiedziały coś w rodzaju "mama pracuje w biurze jakiejś organizacji rządowej" i nie bardzo interesowały się szczegółami. Może dlatego, że nigdy "nic ciekawego" o swojej pracy nie miałam im do powiedzenia. Mam wrażenie, że dzieci w ogóle nie są przesadnie zainteresowane tym, co robią ich rodzice, choć może tak było tylko u mnie.

Ale skoro cały świat miał się dowiedzieć, kim Pani naprawdę jest, dlaczego nie uprzedziła Pani córek?
O decyzji poinformowano mnie tuż przed podaniem moich danych do wiadomości publicznej. Jak wspominałam, to się zdarzyło po raz pierwszy w historii, więc zupełnie się czegoś podobnego nie spodziewałam. Zdołałam uprzedzić młodszą córkę, starsza była na uniwersytecie i nie udało mi się do niej dodzwonić. Opowiedziała mi potem, że wróciła z zajęć do swojego pokoju, włączyła telewizor, przygotowywała sobie jedzenie i usłyszała, że jest jakaś sensacja w służbach wywiadowczych, bo na ich czele ma stanąć kobieta. Gdy padło hasło: "Stella Rimington", w pierwszej chwili się nawet uśmiechnęła - co za zbieżność nazwisk! Gdy usłyszała kolejne fakty na mój temat, dotarło do niej: "przecież oni mówią o mamie!". Dopiero gdy przestałam być sensacją dnia, udało nam się porozmawiać.

Pani awans wywrócił do góry nogami ich życie?
Pewne rzeczy nagle uległy zmianie. Tuż po nominacji, jeszcze zanim przeniesiono nas do nowego domu, ktoś zapukał. Młodsza córka odruchowo podeszła i otworzyła. Stałam na górze schodów, nie zdążyłam podejść do drzwi. Błysnął flesz i wtedy naprawdę się przestraszyłam. Musiałam jej uświadomić, że od tej pory nie wolno jej tak po prostu otwierać drzwi. Że może wpuszczać tylko osoby, które zna. Wtedy realnie obawiałam się, że do naszych drzwi może zapukać ktoś z IRA czy innej organizacji terrorystycznej. Dom był wprawdzie pod obserwacją, ale jak widać, udało się komuś przemknąć.

A znajomi, sąsiedzi? Jaka była ich reakcja, gdy dowiedzieli się, kim Pani właściwie jest?
Niektórzy byli w szoku. Jedna z sąsiadek, którą często spotykałam rano, zapytała, czy mogę wychodzić do pracy nie o tej porze, gdy ona odprowadza córkę do szkoły. Bała się, że ktoś może zaatakować mój samochód, a one ucierpią przy okazji. Na szczęście, gdy przeszłam na emeryturę, wszystko się uspokoiło.

Jak przez lata godziła Pani pracę oficera wywiadu z rolą samotnej matki? Córki miały po kilka lat, gdy rozstała się Pani z mężem.
Myślę, że podobnie jak wiele pracujących na odpowiedzialnych stanowiskach samotnych matek. Tyle że w moim przypadku dylemat brzmiał: przedstawienie szkolne, w którym gra moja córka, czy spotkanie z informatorem, który nagle daje znak, że ma niecierpiącą zwłoki sprawę.

W takich sytuacjach miała Pani w ogóle wybór?
Pamiętam konkretne zdarzenie: musiałam przekazać informatorowi ważne dokumenty w umówionym miejscu. Jechałam na spotkanie, gdy zadzwoniła niania z informacją, że wzywa karetkę, bo młodsza córka dostała konwulsji. Oczywiście, że chciałam od razu przy niej być. Ale od materiałów, które miałam w torebce, mogło zależeć życie tamtego człowieka. Pomogło mi szczęście. Dojechałam na miejsce spotkania, wyjaśniłam mu, co się dzieje, i pognałam do dziecka. Okazało się, że przewieziono ją do szpitala w pobliżu miejsca naszego spotkania, więc byłam u córki prawie natychmiast. W podobny sposób starałam się godzić to wszystko. Bywało karkołomnie, nie przeczę, ale kobietom takie rzeczy się udają.

Czy jeszcze coś było dla Pani szczególnie trudne w tej pracy?
Konieczność absolutnej i nieprzerwanej samokontroli. Przez prawie trzydzieści lat nie mogłam nikomu mówić, czym się naprawdę zajmuję. Gdy na przyjęciu po paru drinkach wszyscy się wyluzowywali, ja musiałam podwajać czujność. To istotna różnica jakościowa między życiem agenta i innych ludzi. Ta ciągła analiza, co mogę powiedzieć, a czego nie, i jaka wymijająca odpowiedź wzbudzi najmniej podejrzeń, była jedną z najtrudniejszych rzeczy "na nowej drodze życia". Szkolono nas na podobne okoliczności, ale czasami trzymanie się tego rygoru było wyczerpujące.

Brak szczerości raczej wyklucza bliskie relacje z ludźmi. Nie miała Pani myśli, że cena za wykonywanie tego zawodu jest zbyt wysoka?
W tej pracy trudno jest mieć bliskich znajomych spoza firmy, to prawda. Z kolei z przyjaźniami z kręgu MI5 jest tak, że wprawdzie wiemy, kim jesteśmy, ale rozumiemy też, że nie należy za dużo mówić i o zbyt wiele pytać. No i istnieje niepisana zasada, że gdy ktoś odchodzi ze służby, przestaje być w kręgu wtajemniczonych, więc te przyjaźnie są opatrzone czymś w rodzaju terminu ważności. Ale mimo to nigdy nie myślałam o mojej pracy w kategorii osobistych poświęceń. Może dlatego, że zawsze czułam ogromną satysfakcję z tego, co tam robiłam. Od mojej skuteczności zależało bezpieczeństwo kraju i życie wielu ludzi. Miałam poczucie, że zajmuję się rzeczami ważnymi, i do dziś uważam to za duże wyróżnienie.

Czy pracownica wywiadu może dostać od szefów polecenie wejścia z kimś w relacje intymne, żeby zdobyć jakieś szczególnie ważne informacje?
Ma pani na myśli seks? Nie, to jeden z mitów. Zapewniam panią, że kobieta może uzyskać mnóstwo informacji, posługując się innymi technikami niż uwiedzenie czy udawanie, że została uwiedziona. Takie rzeczy się, oczywiście, zdarzają, ale to kompletne dyletanctwo. Jeśli pyta pani o moje doświadczenie, to nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji.

Co się zmieniło w Pani życiu po odejściu z MI5?
Opuściłam organizację, która stanowiła w pewnym sensie moją rodzinę, i już następnego dnia wszystko wyglądało inaczej. Na początku zasiadałam w radach nadzorczych kilku firm, potem podjęłam działalność charytatywną. A po paru latach zaczęłam pisać powieści szpiegowskie.

W jakim stopniu Liz Carlyle, bohaterka Pani czterech sensacyjnych książek, to Pani, tyle że w literackim kostiumie?


Kiedy piszę o niej, zawsze stawiam się na jej miejscu i pytam siebie, co bym zrobiła w podobnych okolicznościach. W tym sensie jest mnie w niej wiele. Liz ma też tendencję, by sądzić, że ludzie traktują ją protekcjonalnie, co bardzo ją drażni. Tę cechę też mamy wspólną. Podobnie jak pewien rodzaj zniecierpliwienia, gdy ktoś narzuca nam swoją wolę, sugerując, że "wie lepiej". Liz, podobnie jak ja, twardo stąpa po ziemi. Jednak nie jest moim wiernym odbiciem. Przede wszystkim jest silną kobietą z mężczyznami w tle. W tradycyjnych powieściach szpiegowskich role są najczęściej odwrócone. Ja chciałam zerwać z tą konwencją w literaturze, podobnie jak udało mi się z nią zerwać w prawdziwym życiu.

Czy to prawda, że musi Pani swoje powieści autoryzować w MI5?
Tak. Mam taką umowę z dawnym pracodawcą. Chodzi o to, żebym przez przeoczenie nie napisała czegoś, co mogłoby komuś zaszkodzić. Koledzy proszą czasem, żebym wprowadziła małe zmiany co do nazw, imion, miejsc czy innych szczegółów, bo pewne skojarzenia mogłyby doprowadzić do ujawnienia tajnych informacji. Szanuję to. Nigdy jednak nie były to znaczące poprawki.

Wydała Pani już trzy powieści szpiegowskie, Ryzyko zawodowe i As w rękawie ukazały się niedawno w Polsce, Illegal Action (Nielegalna akcja) będzie miała polską premierę w czerwcu 2009 roku. Pisze Pani kolejne?
Kilka dni temu w Wielkiej Brytanii do księgarń trafiła moja najnowsza powieść Deadline. Bohaterką jest oczywiście Liz Carlyle. Tym razem będzie bronić uczestników pokojowej konferencji, którym zagraża wielkie niebezpieczeństwo ze strony terrorystów. A w głowie mam już gotowy pomysł na piątą powieść.

Co robi Pani na szpiegowskiej emeryturze poza pisaniem?
Wciągnęło mnie życie rodzinne. Jestem teraz poczwórną babcią i bardzo lubię spędzać czas z wnukami. Mieszkamy blisko siebie. Ostatnio bywam też często na wsi, gdzie powstaje większość moich książek. Pracuję w ogrodzie, chodzę na spacery z psem, a czasem po prostu siedzę sobie i rozmyślam. Moje życie stało się nagle bardzo spokojne i przyjemne.

Rozmawiała Anna Jasińska

Twój Styl

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Bond | ryzyko | relacje | córki | córka | rzeczy | MI5

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje