Reklama

Reklama

Kto miele rozpuszczalną kawę w młynku

Beata i Artur Barcisiowie - nie stawiają przed sobą wielkich wyzwań, nie mają szalonych aspiracji, nie zmieniają siebie na siłę. Jest przecież dobrze tak, jak jest.

Beata Barciś

Najpierw był ślub, potem urodził się syn Franek. Wybudowaliśmy dom pod lasem. Żyje nam się dobrze, choć na początku moja mama była do Artura sceptycznie nastawiona i przestrzegała mnie: "Nie wychodź za aktora". Wywodzę się z tradycyjnej warszawskiej rodziny. Wprawdzie gdy się poznaliśmy, nie było tabloidów, jednak powszechna opinia o artystach nie była dobra. Mąż aktor na pewno będzie pił, bawił się, zdradzał. Dlatego mama próbowała odwieść mnie od pomysłu związania się z Arturem. Teraz z kolei mam wrażenie, że traktuje go jak rodzonego syna. Wszystko, co robi mąż, jest akceptowane przez nią bez słowa, za to ze mną zgadza się dużo rzadziej.

Reklama

Poznaliśmy się w 1984 roku, gdy oboje wracaliśmy z planu filmowego. Artur grał jedną z głównych ról, ja byłam początkującą asystentką montażu. Dosiadł się do mnie w autobusie, zabawiał rozmową i od razu mi się oświadczył. Nie wzięłam tego poważnie, ale pomyślałam, że to zabawny i ciekawy facet. Na pożegnanie dałam mu swój numer telefonu.

Po kilku dniach zaprosił mnie na randkę. Długo się stroiłam, bo chciałam dobrze wypaść. Od tego czasu zaczęliśmy się spotykać regularnie. Zabiegał o mnie, przynosił kwiaty i oczarował mnie kompletnie. Zakochałam się. Po dwóch latach, gdy mama przekonała się już do Artura, zdecydowaliśmy się na ślub.

Pierwsze lata naszego małżeństwa przypadły na trudne czasy, choć mieliśmy szczęście, bo dostaliśmy mieszkanie po moich dziadkach na Muranowie. Żyliśmy skromnie. Za gażę w filmie można było kupić wieżę stereo. I to był luksus. Wtedy jednak materialne sprawy w ogóle się nie liczyły. Świat wydawał się nam kolorowy. Ciągle coś się działo, chodziliśmy na premiery, koncerty, przyjmowaliśmy gości.

Artur dobrze radził sobie w zawodzie. Zagrał jedną z głównych ról u Krzysztofa Kieślowskiego w "Bez końca", występował w serialach i teatrze. Najpierw w Narodowym, a od 1985 roku w Ateneum, gdzie pracuje do dziś.

W domu, tak jak na scenie, to on jest na pierwszym planie. Ja usunęłam się trochę na bok. Wiem, że aktorstwo to jego największa pasja. Artur może się spóźnić na spotkanie ze mną, ale nie wybaczyłby sobie braku punktualności na planie filmowym czy próbie teatralnej. Przed premierą zdarza mu się robić w domu dziwne rzeczy: staje na schodach i zaczyna głośno śpiewać lub w kuchni miele kawę w młynku, a ja nagle zauważam, że to kawa rozpuszczalna. Czasem narzeka, że trudno mu się uczyć długiego tekstu. Wtedy studzę go: "Nikt cię nie zmusza do grania dużych ról".

Nieustannie obserwuje ludzi na ulicach, ich zachowania i mówi do mnie: "Beba, patrz, nigdy bym nie pomyślał, że tak można zareagować". Do roli kuriera w serialu "Doręczyciel" w reżyserii Macieja Wojtyszki przygotowywał się solidnie. Gra naiwnego, bezbronnego człowieka, który po stracie ukochanej matki musi poradzić sobie w życiu. Artur ma w sobie podobną dobroć i naiwność. Jest wrażliwy, rozedrgany. Ja, choć ciągle się czymś przejmuję, przy nim staram się być twarda i przywracać go do rzeczywistości.

Artur wiecznie coś gubi. Dzwoni do mnie z pociągu i mówi: "Nie mam okularów" czy "Posiałem gdzieś kartę kredytową". Po latach małżeństwa przestałam się tym przejmować i radzę: "Poszukaj dobrze". Zwykle znajduje, a jeśli nawet nie, to ma wielkie szczęście do ludzi. Karta kilka razy przyszła pocztą.

Artur nie umie oszczędzać. Jest w stanie wydać wszystko, co zarobi. Lubi dobre samochody i nowinki techniczne. Czasem słyszę, że się zżyma, bo nie umie czegoś zrobić w komputerze albo ustawić w telefonie. Ja jestem w tym lepsza, ale nie prosi mnie o pomoc. Woli walczyć sam. Nie potrafi się przyznać, że czegoś nie wie.

Dowiedz się więcej na temat: ślub | rodzice | Barciś | szczęście | żona | beata | franek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje