Reklama

Reklama

Monika Miller: Pracoholizm mam po dziadku

Jako dziecko chciała być aktorką i zagrać u boku Daniela Olbrychskiego. Spełniła to marzenie, a także wiele innych. Monika Miller, kontrowersyjna aktorka, wokalistka, influencerka, którą możemy oglądać w serialu Polsatu "Gliniarze", nie boi się opinii innych. "Udawanie kogoś jest milion razy trudniejsze, niż bycie sobą", wyznaje w rozmowie z Interią. Co jeszcze zdradziła?

Interia: Startuje kolejny sezon "Gliniarzy". Twój już drugi. Jak trafiłaś do serialu?

- Dostałam zaproszenie tuż po "Tańcu z gwiazdami". To był mój pierwszy duży casting. Produkcja szukała kogoś nowoczesnego, kolorowego. Pomyślałam: "Nie mam w tym doświadczenia, będę bardzo zdenerwowana, będę się wstydzić, ale pójdę. Uda się albo nie". Po wszystkim byłam na sto procent przekonana, że nic z tego nie będzie. Ale zaraz potem dostałam maila, że wyszło super i mam tę rolę. 

Powiedziałaś mi, że "Gliniarze" zmienili twoje życie. Co miałaś na myśli?  

Reklama

- Nigdy wcześniej nie miałam pracy, w której byłabym tak akceptowana. Ludzie nigdy nie byli dla mnie tacy mili, nie uśmiechali się do mnie. Zaczęłam być bardziej otwarta, czuję, że w tym momencie jestem w miejscu, w którym powinnam być.

Z kim się zaprzyjaźniłaś najbardziej?

- Bardzo lubię Ewelinę i jej partnera, chłopaków, z którymi najczęściej gram, czyli Arka i Tomka. W pracy związanej z show-biznesem, lubię to, że oprócz fajnych wspomnień i doświadczenia, zostają mi znajomości z fantastycznymi osobami, których bym inaczej nie spotkała. To doceniam najbardziej.

Kim chciałaś być, jak byłaś małą dziewczynką?

- Chciałam być aktorką!

Udało się. Robiłaś coś w tym kierunku?

- Tak, wiele. Chodziłam na kółka teatralne w szkole, ale potem bardzo się do tego pomysłu zraziłam. Dokładnie pamiętam ten moment w swoim życiu. Miałam 13 czy 14 lat i na lekcji polskiego dostałam temat: "Kim chciałabym zostać w przyszłości?". Powiedziałam, że będę aktorka i kiedyś zagram w filmie z Danielem Olbrychskim. To był wtedy mój idol, marzyłam o spotkaniu z nim. Wszyscy w klasie zaczęli się śmiać, mówić, że jestem brzydka, że nikt mnie nigdy do filmu nie weźmie...

Ktoś ci mówił, że jesteś brzydka? Trudno sobie to nawet wyobrazić.

- Tak, to było na porządku dziennym. Ale w tym wypadku chodziło o aktorstwo, mówili, że nie ma mowy, żeby mi się udało. Bardzo to przeżyłam. I zobacz - minął jakiś czas i to ja się śmiałam. Mniej więcej dwa lata temu pierwszy raz zagrałam w filmie. Miał tytuł "Raz, jeszcze raz" i wystąpiłam w nim właśnie z panem Danielem Olbrychskim. Jak powiedziałam, tak zrobiłam.

Jak przebiegło wasze pierwsze spotkanie?
- Byłam bardzo zestresowana, bo to jest aktor z prawdziwego zdarzenia, a ja taki żółtodziób, pierwszy raz na planie. Bałam się tej przepaści między nami. Ale wyszło dobrze. Zdradziłam mu, że kiedyś marzyłam, by z nim zagrać. Uśmiechnął się i powiedział, że marzenia się spełniają, tylko trzeba im trochę pomóc.

Ty pomagasz swoim marzeniom?

- Jestem perfekcjonistką, nauczoną pracoholizmu, bo dorastałam, widząc swojego dziadka. Mój autorytet. Dziadek zawsze był pracoholikiem, dla pracy poświęcał wszystko. Przejęłam tę cechę i jeśli czegoś chcę, pracuję i robię wszystko, żeby w tym kierunku iść. Może się uda, a może nie, ale muszę się starać.

Nigdy nie miałaś kłopotów przez to, kim jest twój dziadek? Nikt nie wytykał ci, że jesteś wnuczką Millera?

- Miałam bardzo duże kłopoty w szkole, od kiedy pierwszy raz tam poszłam. Mój dziadek był premierem. Ale ja nie odbierałam wtedy tego w ten sposób. Myślałam, że chodzi o mnie, nie o moje nazwisko. Wiedziałam też, że ludzie nie znają mojego dziadka, nie widzą jak ciężko pracuje. Całymi dniami nie było go w domu, jak wracał, siadał i pracował czasem nawet do piątej nad ranem. Sypiał po trzy godziny dziennie, żeby znów wstać i jechać do pracy. Inni tego nie widzieli, myśleli, że być premierem to łatwa praca, wystarczy, ze machnie ręka i dostaje wszystko czego chce. To wcale tak nie wygląda.


W tamtym czasie mieszkałaś z dziadkami?

- Tak, mieszkałam u dziadków bardzo długo, ponieważ moi rodzice budowali dom. Mieli małe mieszkanie, a chcieli, żebym miała trochę prywatności, własny pokój, żebym mogła skupić się na nauce. U dziadków mieszkałam, czekając na własny dom.

Doczekałaś się?

- Udało się na krótki czas.

Masz z dziadkiem świetny kontakt. Jak to możliwe, skoro był tak zapracowany?

- Wiem, że na pewno bardzo mu zależało, żeby mieć dla mnie czas. Odkąd się urodziłam, bardzo przeżywał to, że ma wnuczkę. Chciał mieć właśnie wnuczkę, dziewczynkę. Potem się okazało, że jestem do niego podobna z charakteru, więc dobrze nam się zawsze spędzało czas, nawet kiedy byłam bardzo mała.

Co dziadek powiedział o twojej roli w "Gliniarzach"? Widzi cię w rządzie na stanowisku ministra spraw wewnętrznych?

- Coś w tym rodzaju (śmiech). Zawsze mnie pytał, czy nie chcę iść w politykę, twierdził, że byłabym w tym dobra, wielu ludzi by za mną poszło. Ale kiedy zaczęłam sobie robić tatuaże, coraz rzadziej poruszał ten temat. Smutna prawda jest taka, że moi dziadkowie zawsze mieli bardzo wygórowane oczekiwania w stosunku do mnie. Nie chodzi o to, że nie wierzyli w moje umiejętności, ale gdy mówiłam o jakichś sukcesach, o tym, że idę na casting lub, że gdzieś mnie zaprosili, zwykle kwitowali to: "No tak, ale ty nie masz doświadczenia, nie wiadomo, czy w ogóle jesteś w tym dobra".

Show-biznes bywa okrutny. Chcieli cię uchronić przed rozczarowaniem.

- Pewnie tak. Ale kiedy zaczęli mnie oglądać w "Gliniarzach", to było: "Wow". Nie spodziewali się, że zobaczą mnie jako aktorkę.

Wcześniej nie myślałaś o edukacji w kierunku aktorskim?

- Chciałam studiować aktorstwo, ale dziadkowie i rodzice powtarzali, że to bardzo trudny zawód i większość aktorów, nawet jeśli są bardzo dobrzy, rzadko dostaje się do seriali czy filmów. Mało zarabiają, kończą w teatrach... Przejęłam ten punkt widzenia. Miałam to swoje wielkie marzenie, które zostało zmiażdżone, więc stwierdziłam, że pójdę w takim kierunku, który mi zapewni pracę. Poszłam na grafikę. Ale tak naprawdę, zawodowo zajmuje się aktorstwem i muzyką.

Co wolisz - granie czy śpiewanie?

- Muzyka zawsze była moim marzeniem większym niż aktorstwo, ale nigdy nie sądziłam, że pójdę w tym kierunku. Babcia od strony mojej mamy była nauczycielka pianina i dyrektorką szkoły muzycznej na Ukrainie. Zawsze pchała mnie w tę stronę więc najpierw grałam na pianinie, potem na gitarze klasycznej, od 13. roku życia uczyłam się wokalu. Do tej pory się uczę.

Muzyka, aktorstwo, internet, w którym funkcjonujesz - to dziedziny, w których jesteś wciąż oceniana. Jesteś na to przygotowana?

- Odkąd zaczęłam chodzić do szkoły czułam presję, żeby pasować do innych, żeby się nie wychylać, żeby jakoś w ten tłum się wpasować, nie wystawać. Gdy trafiłam do internetu też było bardzo ciężko. Ale przyzwyczaiłam się. Nie patrzę już na to, co ktoś o mnie powiedział. Ważne, że ja jestem z siebie zadowolona. Szczerze mówią udawanie kogoś jest milion razy trudniejsze, niż bycie sobą, nawet, jeśli jesteś wystawiona na krytykę.

Niedawno powiedziałaś, że przez 15 lat pracowałaś na to, jak teraz wyglądasz. Już wtedy miałaś sprecyzowaną wizję?

- 15 lat temu miałam ogromne kompleksy. Tak naprawdę byłam chodzącym kompleksem. Nie podobało mi się wszystko - cała ja. Przeszłam różne terapie, zaczęłam brać leki. To była zmiana mentalna, musiałam zacząć patrzeć w inny sposób, musiałam pokochać siebie, pozwolić sobie się rozwijać. A jeśli chodzi o wygląd, nic nie było zaplanowane. To cały czas jest freestyle!

To na czym polega ta zmiana wyglądu? Schudłaś? Ćwiczyłaś?

- Zaczęłam ćwiczyć, ale to nie było zdrowe. To nie była motywacja, żeby schudnąć, tylko determinacja, żeby nie być tym kim jestem. Wpadłam w zaburzenia odżywiania, przez to miałam operację. Ćwiczę już od sześciu lat, ale dopiero po "Tańcu z Gwiazdami" dowiedziałam się, że jestem chora. Byłam bardzo blisko cukrzycy typu drugiego i musiałam zmienić mój styl życia. Już nie było podjadania, nie mogłam pić soków ani alkoholu, jeść węglowodanów, owoców.

Mnóstwo wyrzeczeń.

- Tak. Bywa trudno, bo jak wychodzę ze znajomymi, oni zamawiają drinka czy pizzę, a ja nie mogę. Ostatnio, gdy byłam w odwiedzinach u swojego chłopaka, jego mama chciała mnie karmić rzeczami typu chałki, tosty z serem albo makaron z krewetkami. Odmawiałam, a ona ubzdurała sobie, że mam anoreksję!

Sprawiasz wrażenie osoby bardzo poukładanej. Zupełnie inaczej, niż postrzegano cię dotychczas.

- Większość patrzyła na mnie jak na osobę pewną siebie, nawet zarozumiałą, z dużym ego, nieprzyjemną, poważną. Nigdy taka nie byłam.

***

Zobacz również:

Rozpisują się tylko o tym! Ale wpadka!

"Love Island. Wyspa miłości": Wiemy, kim są uczestnicy nowej edycji!

Monika Miller przeszła niezwykłą metamorfozę. Jest nie do poznania!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje