Reklama

Reklama

Najpiękniejsze włoskie słowo? Mamma!

"Boniek biegał z szybkością daniela, walczył o piłkę z uporem osła, był zręczny jak wiewiórka, a przede wszystkim miał głowę na karku".

Małgorzata Domagalik: Zawarł Pan pakt z diabłem?

Zbigniew Boniek: Ja? Dlaczego?

Nic się Pan nie zmienia, świetnie wygląda.

Nie, no normalnie, każdy się inaczej starzeje. Muszę pani powiedzieć, że ja specjalnie nie jestem od patrzenia w lustro.

Może Pan patrzeć bez lęku.

Prowadzę sportowy tryb życia, pracuję, lubię o siebie zadbać. Poza tym te sportowe klimaty, człowiek się inaczej starzeje, i to wszystko.

A ile Pan ma lat?

52 lata.

Coś się skończyło, coś się zaczęło?

Reklama

Nie powiedziałbym, że te lata nie odgrywają żadnej roli, powiedziałbym nawet, że w nogach to mam 85 lat.

Bo nogi są przetrenowane?

To, co w życiu przebiegłem, przechodziłem, to jest na pewno na poziomie człowieka 80-letniego. Nie narzekam. Ale jakieś stresy emocjonalne czy przeżycia, które powodują, że człowiek ma taki, a nie inny stosunek do świata, to muszę powiedzieć, że...

Rozumiem, odpukać.

Tak. Życie mnie oszczędziło, rozwodów nie brałem, kryzysów małżeńskich nie miałem.

Tak, wiem, Pan jest święty.

Święci to są różni ludzie.

Kryzysów małżeńskich Pan nie miał, ale jak Pan kończył 30, 40 lat, to świat dookoła nie wydawał się inny?

Patrzę i widzę tych moich znajomych, i się śmieję, że faceci, jak zaczynają mieć koło pięćdziesiątki, to potrzebują potwierdzeń.

Czerwony samochód, dziewczyna w wieku córki, a propos: Pan ma bardzo ładne córki.

Już mam i bardzo ładne wnuczki.

Jest Pan zazdrosny o córki?

Nie, ja generalnie nigdy nie byłem zazdrosny o nic i o nikogo. Ludzi najbardziej wykańcza ten czynnik zazdrości. Zazdrość prowokuje nieznośne problemy. O żonę nigdy nie byłem zazdrosny, bo jestem żony pewny. Mam dwie córki, jedna wydana, ta 30-letnia. Wyszła za mąż za faceta, którego znałem, jak miał 15, 16, 17 lat, i muszę powiedzieć, że jest idealny dla niej.

Tenisista?

Tak, bardzo fajny chłopak. Bardzo dobre mamy z nimi układy, żyją obok nas, niedaleko, jakieś 100 metrów. Także wnuczek, jak chce przyjść do dziadka, to otwiera sobie drzwi i wyskakuje do nas.

Jak ma na imię?

Mateusz, Mateo, i Julia, wnuczka.

Czyli wątek zazdrości w Pana przypadku nie ma racji bytu.

Inaczej, zamiast zazdrosny jestem opiekuńczy. Gdybym widział, że ktoś mojej córce chce zrobić źle, to mógłby we mnie diabeł wstąpić. Bo ja nie jestem taki do końca spokojny, jak ktoś mnie zdenerwuje.

A ktoś powiedział Panu, że sprawia wrażenie spokojnego?

Wszyscy, ale ja konfliktowy jestem tylko w Polsce. Tu często spotykam się z opinią, że mam trudny charakter. To mnie bardzo śmieszy, bo we Włoszech by powiedzieli wszystko, tylko nie: konfliktowy.

U nas jak ktoś jest wymagający, to znaczy, że jest konfliktowy.

Tak, albo jak ktoś nie musi się do końca ze wszystkim zgadzać, albo jak broni swoich argumentów.

Podsumowując, Pana dzieci mają szczęście, bo rozumiem, że jak coś, to ojciec wkroczy do akcji.

Ja często wkraczam.

Tak?

Lubię pomóc, dzieci trzeba do szkoły wysłać, za szkołę zapłacić, czy na wczasy chcą gdzieś jechać. Starszej córce kupiłem mieszkanie, jak za mąż wychodziła. Oni mają się dobrze, ale nie są jeszcze bogaci. Ja jak miałem 25 lat, to dopiero się dowiedziałem, że są Malediwy na świecie. Dzisiaj to jak się pani spyta 12-, 14-latków, gdzie chcieliby wyjechać na dwutygodniowe wakacje, to na Seszele czy Mauritius. Świat się zmienia.

Bardzo dużo Pan w życiu osiągnął, a sprawia Pan wrażenie człowieka, który ciągle jest na wachcie, tylko jeśli chodzi o rodzinę, to tu jest już constans.

Tak. Mam bardzo fajną żonę i ładną. Dobre dzieciaki. Rodzina jest i ja mam to szczęście.

Nie podoba mi się jednak, jak Pan mówi, że żony nie są od tego, żeby się zawodowymi sprawami męża interesowały.

Nie, to inaczej, moja żona generalnie nie chodziła na mecze piłkarskie, ale na niektóre spotkania poszła, bo event był tak wielki, że ciężko było się z niego wykręcić. Ale ja zawsze wychodziłem z założenia, że jak myśmy się z żoną poznawali, miałem 18, 19 lat, to...

Pan był złym uczniem, ona była prymuską.

W piłkę grałem i nie miałem czasu na studiowanie. Natomiast problem był taki, że moja żona nie zakochała się w piłkarzu, tylko we mnie. I pytanie jest takie: czy jak ja bym był fryzjerem, to żona przychodziłaby do zakładu fryzjerskiego? Nie, a dlaczego ma przychodzić co niedzielę i patrzeć, jak ja mecze gram?

Radzi się Pan żony czy ją w tym względzie odciąża?

Generalnie mężczyzna bardzo często się radzi żony. Jest prosta zasada w życiu, że kobieta może zmienić mężczyznę, a mężczyzna kobiety nie zmieni.

Nie?

Nie. Kobieta ma wpływ na mężczyznę, mężczyzna nie ma wpływu na kobietę.

No to co żona w Panu zmieniła?

Dużo rzeczy we mnie zmieniła, często mi daje dobre podpowiedzi i się nie myli. Kobiety mają tę intuicję, którą my, mężczyźni...

Wy zastępujecie instynktem, np. łowczym.

Tak. W życiu jest tak: im mniej się o czymś mówi, tym więcej się robi, a im więcej się mówi, tym mniej się udaje - ja tak to widzę.

Ach tak.

Jak powiedział Stephane Mallarme, twórca dramatu symbolicznego, "nazwać rzecz po imieniu to zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, który utkany jest ze szczęścia powolnego odgadywania".

Piękne.

Po co komuś coś mówić, niech ktoś do tego sam dojdzie. Żona wielu rzeczy mnie nauczyła, np. dobierać koszulę do krawata...

Słucha się Pan.

W niektórych sprawach to ja wiem lepiej. Nie dyskutuję z nikim, ja muszę być do czegoś przekonany. Gdy jednak pada takie pytanie: kto w domu rządzi? - zresztą tylko w Polsce pada to śmieszne pytanie - to odpowiadam, że w każdym normalnym domu rządzi żona. Jak rządzi mąż, to nie jest to dom. W każdym domu, żeby wszystko było poukładane, musi rządzić żona.

Żona gotuje?

Nie, żona umie gotować, ale mamy gosposię, panią Helenkę spod Nowego Targu. Jest u nas już ponad 10 lat.

Pani Helenka mówi po włosku?

Mówi po włosku, ale mówi po góralsku. Żona też czasem gotuje, jak ma czas, chęci, ale ona już się nagotowała, teraz niech już gosposia gotuje.

Pan się podobał kobietom, prawda?

Mówi pani? Żadne mi nic nie powiedziały.

Pan się podoba kobietom, to jest miłe?

Bo to jest przyroda. Jak kobiecie się powie komplement, to musi się jej to podobać. Ja nie należę do tej grupy mężczyzn, którzy w pewnym wieku muszą sobie kupić duży samochód i czerwony, gdzie się bardzo nisko siedzi i z którego ciężko potem wyjść. Ja nie mam absolutnie potrzeby uzbrajania się w dodatkowe gadżety.

A co z tym podobaniem się?

No tak, jak wejdę do kawiarni czy do hotelu i tam siedzą trzy ładne panie, to...

Kto to jest "ładna pani"?

Dla mnie, żeby pani była ładna, to musi mieć co najmniej 29, 30 lat i wzwyż. Musi być zadbana, dobrze ubrana, nie może mieć takiego wzroku...

Bazyliszka.

Tak, ale musi to być wzrok lekko prowokujący. A cała damska płeć od 28 w dół, to dla mnie są dzieci. Ładne dzieci, są brzydsze dzieci, ja mam córki w tym wieku, więc jak wszystko jest dobrze, instynkt jest dobry, to człowiek inaczej na to patrzy. A co mi się u kobiety może podobać? Są dwie rzeczy: kostki i ręce. Jak jest ładna ręka, jest ładna kostka, to wtedy wszystko musi ładnie razem się zharmonizować.

To znaczy, że z kostki idzie całość?

Z ładnej kostki, ładnej ręki, to wszystko gdzieś musi się łączyć. Ale wiadomo, to ja na to patrzę, są tacy, którzy patrzą na pośladki i na piersi czy coś takiego.

Kiedyś rozmawiałam z Michalczewskim i zapytałam: "Jak kobieta wchodzi do pokoju, to na co Pan patrzy?", a on zapytał: "Do jakiego pokoju?".

Darka znam, Darek jest żywy, Darek nie patrzy.

Czego Pan w życiu nie zdąży zrobić?

Dużo rzeczy. Jeśli ktoś mówi, że się w życiu nie pomylił, to jest to tylko takie zarozumialstwo i narcyzm. W życiu każdą decyzję jakby człowiek podjął inaczej, to można by wszystko inaczej ułożyć. W wielu sprawach zawodowych podjąłbym inne decyzje, uważam, że za szybko skończyłem grać w piłkę.

Ale mówił Pan, że się już zmęczył.

Oczywiście, ale nie wiem, czy to na przykład dobrze, że w ´88 skończyłem grać w piłkę nożną. Ale tak mi się wydawało. Zadałem sobie pytanie: w końcu dla kogo człowiek żyje? Dla rodziny, dla dzieci...

Chyba też dla siebie?

Ja pani powiem, że według mnie mężczyzna nie żyje tylko dla siebie; jak chce czuć się dobrze i że jest ważny, to żyje dla innych. Uważam, że największą przyjemnością mężczyzny jest dawanie, a nie dostawanie. Ja tak to widzę.

Gdyby tak było, to nie byłoby tylu samotnych kobiet.

Bo już nie ma dobrych mężczyzn. To tylko pic na wodę. To, co jest, to tylko wygląd zewnętrzny, obudowa, a w środku to jest wszystko zgniłe. Dzisiaj o siódmej umówię się z panią, o ósmej z kimś innym, o dziewiątej jeszcze z inną. Ja widzę, że młodzież goni za karierą, jest w stanie zdradzić w 5 minut. Weźmie pani do firmy dobrą dziennikarkę czy sekretarkę, która będzie znakomicie pracowała, dobrze się czuła, ale niech przyjdzie ktoś inny, da 1000 zł więcej...

Czyli kasa, a nie idea?

Czy, jak ja to nazywam, przywiązanie do barw klubowych, czyli współtworzenie z kimś czegoś - to u nas nie istnieje. Każdy, zresztą ja to widzę po tych piłkarzach młodych, dzisiaj gra tu, jutro poszedłby tam. Wszystko się zmienia. Jestem przekonany, że dziś kobiecie ciężko znaleźć prawdziwego mężczyznę. Raz, że jest was za dużo...

Proszę nie uogólniać.

Tak mi się wydaje, macie z tym problem.

Są kobiety, które mają, są kobiety, które nie mają. To jest tak jak z mężczyznami: jeden będzie kopał piłkę, nawet jak nie może tego robić na pięknym boisku, a drugi nie.

Ma pani rację, ja też tak uważam.

Ale nie powiedział Pan: brawo.

Ja bardzo często mówię: brawo. Ma pani rację, brawo. Patrzę na tych młodych ludzi, wydaje mi się, że gdybym dzisiaj grał w piłkę, to tak samo bym szedł na piątą na trening jak kiedyś. I jak dzisiaj jadę po Polsce, jedna rzecz mnie zastanawia, dzisiaj nie ma już tabliczek z napisem "nie deptać trawników". Pani jest młodą kobietą i tego nie pamięta, ale jak ja byłem młody, to wszędzie było tak napisane. A dlaczego tak było napisane? Wszyscyśmy grali w piłkę i deptali trawę. Dzisiaj już tego nie ma, bo co młodzież robi? Internet, telefony komórkowe. Młodzież ma tylko odwagę pisać wszystko w SMS-ach.

A nie za rękę z dziewczyną i z ciastkiem na talerzyku siedzieć.

Ja mam córkę, 17 lat, Kamila, to żywe srebro, bardzo ładna...

Córeczka tatusia?

Tak, zawsze przychodzi do tatusia i już się turbuje, jaki samochód na 18. urodziny: czy mazdę, czy fiata 500 jej kupię. Bo we Włoszech jest inny problem, samochód o niczym nie świadczy. W Polsce na samochód się jeszcze łowi. We Włoszech auto to jest nic, służy, żeby gdzieś przejechać, zaraz będzie poobijany, jak się jeździ po Rzymie. Natomiast w Polsce, jak się podjedzie pod Szpilkę, Szparkę, Szpulkę...

Ale jak Pan tam pójdzie, to?

To wiem, że jeszcze mnie pamiętają.

To swego rodzaju fenomen, przecież nie gra Pan już 20 lat.

Czasami aż chce mi się trochę śmiać.

Często się Pan śmieje?

Tak, lubię. Jak jest praca, to praca, jak zabawa, to zabawa.

Bawi się Pan z rodziną?

Zależy, co pani przez to rozumie.

Tańce, dobrze Pan tańczy?

Bardzo dobrze. Wszystko tańczę. 15 razy chcieli mnie zapraszać do "Tańca z gwiazdami".

Ciągle jest Pan medialnie atrakcyjny.

Dziękuję bardzo. My ludzi odbieramy i patrzymy na wszystko przez pryzmat Warszawy, że Warszawa to Polska.

Polska się zaczyna 20 kilometrów dalej...

Brawo, ja jak pojadę do Poznania, Bydgoszczy, Łodzi czy gdzieś tam i muszę coś zrobić, to czuję się zakłopotany. Przychodzą ludzie, żeby sobie ze mną pogadać, ktoś prosi o autograf, ktoś mówi o piłce i czuję, że ta moja popularność, która powinna być bliska zeru, jakoś się nie zmienia.

Jest Pan wiarygodny.

Dlaczego?

Jest Pan sobą, nikogo nie udaje?

Nie będzie pani przeszkadzało? Czereśnie wezmę ze stołu, duże, czerwone.

Nie będzie mi przeszkadzało.

Jak mam coś komuś do powiedzenia, to mówię, nie pocę się, jak zobaczę kogoś dużego czy małego...

No cóż, może Pan zasypiać spokojnie i nie boi się Pan, że nie będzie do pierwszego?

To jest najważniejsze. Ja czasami tak się zastanawiam. Nikt nigdy w życiu nie chciałby być mężczyzną, który ma żonę i dzieci, a rano nie może wstać i pójść do pracy. Bo mężczyzna, który rano nie może pójść do pracy, a wieczorem nie może żonie i dzieciom niczego zabezpieczyć, może mieć najczarniejsze myśli. Tych ludzi to ja rozumiem. Każdy mężczyzna musi mieć pracę.

Kobieta nie?

Kobieta jak nie pracuje, to i tak pracuje. Martwi się o dom, o dzieci, o męża, pierze, sprząta, jak to w domu: "Wiesia, gdzie jest to, gdzie tamto?".

A jak Wiesia zapyta: "Zbyszek, gdzie jest to albo tamto?", to Pan wie?

Absolutnie nie, ale nie pyta mnie. U nas role są podzielone, ja jestem od tego, żeby rodzinie zapewnić odpowiedni poziom życia. Chociaż ja wielkiego życia na pokaz nie prowadzę.

Pan w ogóle nie jest na pokaz, prawda?

Nie, ja niczego w życiu nie robię na pokaz. Mieszkam w Rzymie.

Wiem, cztery sypialnie, dwie łazienki...

Ale mógłbym mieszkać w pięknej willi pod Rzymem. Tylko po co? Jakbym chciał jechać do Rzymu, to musiałbym jechać w 2-godzinnym korku...

Zaprosi Pan kolorową gazetę, zrobią zdjęcie i rodaków skręci.

Sfotografuję się pięknie z żoną, rodziną, psami, kotami.

Ma Pan psy?

Mam dwa koty na nieszczęście.

Nie chce Pan mieć psa?

Lubię psy, nienawidzę kotów, ale w domu mam dwa koty.

Podobno się Pan łatwo wzrusza?

Tak, nawet jak "Bonanzę" obejrzę. Na "Kiepskich" nie, na tym się nie śmieję.

Ale dobre te czereśnie.

Znakomite. Kiedyś słyszałem, co to za mężczyzna, który nie potrafi płakać. Ja na przykład jak idę z żoną do kina...

To jak na ekranie jest smutno, mówi Pan: "Kochanie, przyjdę po ciebie", i wychodzi.

Ja z żoną nie stosuję żadnej presji ani żona ze mną. I tak jest od dnia ślubu, żona ma swoje 4-5 koleżanek, one w środy grają w karty, raz na dwa tygodnie w sobotę idą do restauracji na kolację, żeby sobie poplotkować.

O mężach...

O mężach czy coś takiego. Ja też mam swoje hobby, tenis, golfa. O dziewiątej wieczorem zadzwonią do mnie: "Co robisz?". "Nic, książkę czytam". "To przyjdź, pogramy w karty". "Kochana, idę grać w karty" - i to jest normalne. Nie to, co widzę u niektórych w Polsce. Przyjadę, mam pięciu dobrych kolegów, mówię: "Chłopaki, o dziewiątej kończę, zapraszam", to słyszę: "No nie wiem, co żona powie. Nie mogę jej samej zostawić". Żonę można bawić rok, dwa czy trzy, ale nie całe życie.

Wczoraj ktoś mi powiedział, że Boniek jako piłkarz był na poziomie Karla-Heinza Rummenigge. To komplement?

Rummenigge był bardzo dobrym piłkarzem.

Jakoś się Pan nie zachwycił.

Bo jak widzę, co wygrał Rummenigge ze swoimi piłkarzami, a co wygrał Boniek, to trochę jest różnica.

Jakby Pan był dzisiaj młodym chłopakiem?

Mnie tam nie zależy, żeby mnie z kimś porównywać, Rummenigge jest Niemcem, był bardzo dobrym piłkarzem.

A Gunter Netzer?

To mój idol.

Mój też, miałam jego plakaty w swoim pokoju.

Muszę w takim razie komplementy pani mówić. Gunter Netzer grał dawno temu, jeśli go pani pamięta, to świetnie się pani trzyma. My się bardzo dobrze znamy i kiedyś mówię: "Gunter, pamiętasz taki mecz w ´72 na Wembley, Anglia - Niemcy, 3:1", a on patrzy i pyta: "Skąd ty to pamiętasz?". "Ty byłeś moim idolem, jak miałem 15, 16, 17 lat".

Tak czy inaczej jest Pan starszy ode mnie.

Tak, ja wiem, ale ja nie robię z panią wywiadu, tylko pani ze mną. Jak ja bym zrobił z panią, też bym mógł dużo powiedzieć i dużo pytań zadać.

Możemy kiedyś zrobić drugą turę.

Chętnie. A co do Rummenigge, to był bardzo dobry piłkarz, ale ja wygrałem dużo więcej. Powiem tak, jak ja grałem w piłkę, to było trzech piłkarzy fantastycznych: Platini, Maradona i Zico. Po tej trójce było nas dziesięciu.

Jakim nazwiskiem zrobiłabym więc Panu przyjemność? Gdybym powiedziała: Boniek był taki jak...

Czy byłem taki jak Falcao czy Passarella, czy Kempes?

Kempes był super.

Gdzie tam super. Wstydziłby się w szatni przy nas rozebrać, tak się mówi, jak ktoś jest słaby. Nie lubię, jak mi zadają pytania: "Panie Zbyszku, a który piłkarz dzisiaj pana przypomina?". No każdy jest inny.

Gdyby Pan był dziś małym Zbyszkiem Bońkiem, to kto byłby Pana idolem: Arszawin czy Torres?

Torres ma wszystko na swoim miejscu, ładne oczy, twarz, zęby, ładne nogi, ładnie w piłkę gra, kobietom się podoba.

Zna Pan ten cytat: "Boniek biegał z szybkością daniela, walczył o piłkę z uporem osła, był zręczny jak wiewiórka, a przede wszystkim miał głowę na karku". Myślę, że o żadnym innym piłkarzu tak wielki pisarz jak Mario Vargas Llosa nie napisał takich słów.

O, nie wiedziałem. Miło.

Czy Pan sobie wyobraża, że byłby Beckhamem?

Nie, ja nie pasuję do tego. Jak patrzę na Beckhama, mam do niego wielki szacunek, bo jego życie to nie jest żadne życie, nigdzie nie może pójść.

Ale on w to poszedł.

Bo dzisiaj piłkarzom to pasuje, tworzenie tej wartości marketingowej. Ale co Beckham ma? Umie ładnie rzucić piłkę po crossie i wykonać rzut wolny. Ale ani wielki napastnik, ani żaden obrońca.

Gwiazduje teraz w Ameryce.

Dzisiaj jest tak: idą ulicą trzy ładne dziewczyny, przejdzie jakiś wydawca, zobaczy i powie: "No tak, to będą trzy gwiazdy".

I maszyneria w ruch.

Dziewczyny robią złote płyty i nagle po pięciu latach okazuje się, że jedna jest niemową, ale gwiazdami są. Tak to wygląda dzisiaj.

Co Pan myśli o piłce nożnej kobiet?

Ja jestem otwarty, ale one muszą wiedzieć jedną rzecz, że zawsze będą gorzej traktowane od mężczyzn. Bo jednak ekspresja siły, szybkości jest u nich inna.

Ale na ich mecze przychodzi po 30 tysięcy ludzi, wie Pan o tym?

Ale gdzie przychodzą?

Podczas mistrzostw świata na przykład, a kto je wygrał?

Amerykanki. Nie, Brazylijki.

Mistrzyniami świata są Niemki, a zna Pan nazwisko przynajmniej jednej z nich?

Znam nazwisko Włoszki - Carolina Morace.

A Niemki?

Nie. Mówię tak: jak kobiety chcą grać w piłkę nożną, niech sobie grają, bo dziś taki świat, wszyscy robią wszystko. Natomiast do klasy mężczyzn nigdy nie dojdą.

Ale one chcą być w swojej klasie. Dorzucę tylko, że złamałam nogę, kiedy egzekwowałam karnego. Miałam 11 lat i może stąd moja miłość do piłki nożnej. Co się Panu nie udało, ale tak po ludzku, nie w zawodzie?

Żyję rzeczywistością. Moja mama szyła, ojciec był elektrykiem. To, co sobie wymarzyłem, jak miałem 7 lat, leżąc w łóżku na Sułkowskiego 34 w Bydgoszczy, to mi się udało.

Wysoko Pan mierzył.

Ja czasami się zastanawiam, szczerze, i sam sobie zadaję pytanie, jak to jest możliwe, że miałem takie szczęście, byłem z Bydgoszczy, Sułkowskiego 34, nie było Internetu.

Które piętro?

Pierwsze, ciężko było o paszport, udało mi się wyjechać, grałem najlepszą piłkę, należałem do elity piłkarzy europejskich i jestem jednym z tych, którzy skończyli grać w piłkę i są ciągle w tej elicie...

Stałe miejsce w szeregu.

Mnie ludzie rozpoznają, jak zadzwonię do jakiegokolwiek klubu we Włoszech, jestem przypadkiem w mieście, idę na mecz, to trybuna honorowa, bilet na mnie czeka. Musi być coś we mnie takiego, co się ludziom podoba, bo jak nie, to dawno by mnie w d... kopnęli.

Nie odpowiedział Pan, co się Panu jednak nie udało.

Kiedyś ktoś mnie namawiał na założenie pola naftowego w Teksasie, nie udało się. Byłem trenerem kilka razy, z jedną drużyną awansowałem do ligi, z jedną nie. Ale czy to się udało, czy nie? Nie ma rzeczy takiej, żebym powiedział, że katastrofa była.

Lubi Pan obserwować ludzi, prawda?

To jest moje zajęcie.

Mnie też Pan sobie poobserwował?

Tak.

I co?

Dobrze jest. Strasznie lubię obserwować. Jestem człowiekiem, który bardzo mało słów używa w ciągu dnia.

Szef Fiata Agnelli mówił o Panu, że był Pan "Pięknością nocy", bo najlepiej Pan grał późnym wieczorem.

Tak mi się wydaje.

Catherine Deneuve była "Pięknością dnia" u Bunuela.

Powiedziała pani o kobiecie, która mi się zawsze podobała i mojej żonie też.

Żona jest o Pana zazdrosna?

Pewnie, kobiety są zazdrosne. Ale my z żoną to jesteśmy jak para kumpli. Tyle lat się znamy. I jak czasami żona mówi do mnie: "Gdzie koszulę rzuciłeś?", to ja odpowiadam: "Nie, no nie będziemy się teraz kłócić po 30 latach". I tak mnie nie sprowokuje.

Zdradę by Pan wybaczył?

Żony? W życiu lepiej czasami nie chcieć się nad pewnymi rzeczami zastanawiać. Po co żyć na zapas? Mam taki problem? Nie mam. Ja nie należę do ludzi, którzy udzielają rad innym. Przychodzi do koleżanki koleżanka i mówi: "Słuchaj, mąż mnie zdradził, złapałam go trzy razy", i ta jej radzi, co powinna zrobić. Czy to nie jest śmieszne? To głupota. O problemach innych to się łatwo mówi, natomiast swoje problemy trzeba brać, jakimi są.

"Zabiłby" Pan kochanka czy żonę?

Żony bym nie zabił, jakby mnie faktycznie zdradziła, to najpierw musiałbym mieć do siebie pretensje. Co we mnie jest takiego, że potrzebowała czegoś innego. I to nie mówię o aspekcie fizycznym, tylko moralnym.

Fajna rzecz się stała w waszym małżeństwie, żona jest romanistką i świetnie zna włoski. Czy mógł Pan przypuszczać, że pewnego dnia będzie Pan mówił po włosku tak jak ona albo i lepiej?

Tak, mówię po włosku jak po polsku.

Najpiękniejsze włoskie słowo?

Mamma.

Czego się Pan boi?

Śmierci się nie boję, ale boję się starości. Nie chciałbym nigdy być uzależniony od innych. To jest jedyny problem w życiu, jaki mam. Nie chciałbym, żeby ludzie, którzy mnie kochają czy lubią, musieli się potem ze mną męczyć. Chodzę do kościoła i wszystko, co wyrzucam Panu Bogu na ławę, to żeby z tą starością mu się udało.

Pana rodzice żyją?

Żyją.

Jest Pan dla nich ciągle małym chłopcem?

Wiedzą, że jestem dorosły. Wczoraj pojechałem zobaczyć, jak się czują.

Jak Pan przyjeżdża, to jest pomidorowa?

Wszystko, nie ma lepszej restauracji.

Co było wczoraj?

Sałatka, parówki, pomidory z cebulką, jajecznica. Wszystko. Śniadanie, obiad i kolacja, ja mówię: "Mama, jak ja bym był u ciebie dwa dni, to dziesięć kilo do góry".

Klnie Pan?

Generalnie nie klnę, tylko czasami, jak coś opowiadam i opowieść musi być podkreślona.

Lubi Pan brylować?

Szczerze? Jak wchodzę do sklepu czy restauracji, to lubię, żeby spojrzeli: o, wszedł Boniek, że wszedł ktoś, a potem w ogóle mi nie zależy na robieniu jakiegokolwiek wrażenia. Czasami wejdzie jakaś osoba, która jest znana, ale czy wejdzie, czy nie, to nie ma to żadnego znaczenia. Ja bardzo zwracam uwagę na szczegóły, nigdy nie zostawię małego dziecka, które prosi o autograf... Ale żadne tam zakochanie w sobie.

Kiedy Pan kłamie?

Nie kłamię.

A jak do spowiedzi Pan idzie?

Do komunii chodzę często, do spowiedzi nie chodzę.

To tak nie wolno.

Dlaczego nie wolno, ja nie mam grzechów ciężkich. Ja jestem katolikiem praktykującym, ale ja chcę z Panem Bogiem rozmawiać. Ja jak idę do komunii, to zawsze mówię: "Panie Boże, jak o czymś zapomniałem, to tam sobie kiedyś pogadamy, przyjdzie taki dzień, że porozmawiamy, zależnie, gdzie mnie skierujesz. Czy drogowskaz będzie na prawo, czy na lewo".

Gdzie by chciał Pan pójść?

Ja zawsze się śmieję, że w niebie to może być za nudno.

Delikatniej - kiedy w takim razie Pan buja?

Rzadko, na przykład jak zbiorą się moje dzieci. Najlepsze rozmowy są zawsze, jak z dzieciakami zasiądziemy, córka mówi tak: "Chciałabym pojechać na Malediwy z mężem". Młoda, że już niedługo ma 18 lat: "Tata, jaki mi kupisz samochód?".

A syn?

Syn teraz kończy studia na dobrym uniwersytecie w Mediolanie, już ma dobrą pracę.

On już nie pyta?

Nie, i w czasie rodzinnych obiadów ze mnie zaczyna wychodzić starość: "Kurczę, czego wy ciągle ode mnie chcecie? Jak ja miałem 15 lat, to sam ogrzewałem pół osiedla w Bydgoszczy, bo mój ojciec brał na lato tak zwaną fuchę w kotłowni. Musiałem przed szkołą, o szóstej rano pójść, wyczyścić dwa wielkie kotły i wrzucić do tego ze 30 taczek węgla. Jeździłem tramwajem do 18. roku życia. Jak szedłem na trening, to biegłem, bo zawsze byłem spóźniony, a wy ciągle to czy tamto...".

Ale tato...

No właśnie, i jak chcę zacząć mówić dalej, to oni: "Dobra, tata, już wiemy, węgiel zrzucałeś, tramwajami jeździłeś...".

W rubryce "zawód" co Pan wpisuje?

Przemysłowiec, po włosku industriale. Wolny strzelec.

Ciągle ten strzelec.

Mnie się w życiu nie nudzi, ja mam dużo hobby, konie. Największa satysfakcja w moim życiu? Że nie żyję na pokaz.

Jest taka osoba, której powie Pan wszystko?

Do końca? Żonie. Z żoną rozmawiamy. Jedną rzecz pani powiem, ja nikogo nie lubię obarczać moimi sprawami. Ja bym nigdy do psychologa nie poszedł. Ja bym go leczył, a nie on mnie. Jedyna rzecz, której się bałem, to depresja. Depresja to jest choroba, jak się ma 40-50 lat, jak człowiek zaczyna sobie zadawać za wiele pytań. Dla mnie biedni to są ci, którzy pracują od rana do wieczora i nie mają żadnego hobby...

Co Pan dzisiaj będzie robił?

O godzinie 21.10 biorę udział w wyścigach kłusaków i sam powożę. Będzie dziewięć wyścigów do dwunastej, a potem idę do domu.

Czy kiedykolwiek był to dla Pana problem, że był Pan rudy?

Nigdy, mnie to tylko mobilizowało.

Tak?

Jak jechałem na stadion i tam słyszałem: "Rudy, do budy!", to już wiedziałem, że muszę zagrać trzy razy lepiej. Oczywiście, gdzieś tam w środku się we mnie gotowało, ale to mnie nie deprymowało, wyłącznie dopingowało. Kompleksów z tego powodu nie miałem nigdy.

A w ogóle ma Pan jakieś kompleksy? Jedno ucho wyżej niż drugie?

Jedna pierś większa od drugiej, coś w tym stylu?

Ma Pan tak?

Nie mam. Nie, ja chyba nie jestem zakompleksiony. Bezpośredni jestem.

Tak, to prawda.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje