Rewolwer i szpilki

Ochraniała Benazir Bhutto i Joanne K. Rowling, ale odmówiła Madonnie. Uwalniała Europejki więzione przez arabskich mężów. Odbijała cywilów porywanych w Iraku. Specjalnie dla "Twojego STYLU" Jacquieline Davis, najsłynniejsza kobieta ochroniarz, opowiada o ryzyku zawodowym, kaprysach gwiazd, które chroniła, i skutecznej samoobronie... nawet w szpilkach.

Od 25 lat pracuje dla wielkich gwiazd, polityków i finansistów. Znana nie tylko ze skuteczności, ale i ciętych komentarzy na temat ludzi z pierwszych stron gazet. Często gości w mediach jako ekspert do spraw bezpieczeństwa i samoobrony. W USA na podstawie jej autobiografii powstaje serial. Spotykamy się w podlondyńskim Hertford, gdzie ma biuro. Jest przed czasem, pali papierosa - szczupła pięćdziesięciolatka o zasadniczym spojrzeniu i żelaznym uścisku dłoni wręcza mi wizytówkę: "Jacquie Davis. Inteligentne rozwiązania w sytuacjach kryzysowych".

Reklama

Twój STYL: Nie wygląda Pani jak...

Jacquie Davis: ... kulomiotka? Jestem ochroniarzem, nie bramkarzem. Pracuję raczej głową niż mięśniami. Wiele osób kojarzy zawód ochroniarza z "facetami w czerni": szerokie bary, ciemne okulary, słuchawka w uchu. Moja praca polega nie tylko na fizycznej ochronie klienta, ale również na rozpoznawaniu i eliminowaniu grożących mu niebezpieczeństw. Bywam częściej Sherlockiem Holmesem niż Rambo.

25 lat temu, gdy zaczynała Pani pracę jako ochroniarz, kobieta w tym zawodzie musiała budzić sensację. Skąd ten pomysł?

Zdecydowała ambicja. Zaczęło się od tego, że pracowałam jako policjantka w małym miasteczku. Miałam większe aspiracje, więc przeniosłam się do Londynu. Tam szybko dotarło do mnie, że jako kobieta i przybysz z prowincji mogę jedynie przez kolejne lata patrolować najgorsze dzielnice. I to za marne pieniądze. W tamtych czasach kobiety nie robiły karier w służbach mundurowych. Wtedy przypadkiem poznałam ludzi z The Circuit (grupa byłych komandosów SAS, brytyjskiej elitarnej jednostki antyterrorystycznej - red.), którzy zajmowali się już wówczas ochroną i pracą detektywistyczną. Jako pierwsza kobieta zakwalifikowałam się na ich kurs ochroniarski. Ukończyłam go i zostałam bodyguardem.

Bardzo dali Pani w kość czy zastosowali taryfę ulgową?

Ulg nie było. To były cztery tygodnie walk wręcz, przeplatane wykładami z zaawansowanych technik wywiadowczych - śledzenie, podsłuch, zdobywanie trudno dostępnych informacji, analiza danych. A do tego ciągły trening opanowywania strachu i emocji. Symulowaliśmy też sytuacje kryzysowe: porwania, napady, zamachy, i w ten sposób uczyliśmy się odpowiednich zachowań.

Mam wrażenie, że kobieta, która dokonuje takiego wyboru, chce światu coś udowodnić.

Można tak powiedzieć. Kilka lat wcześniej zachorowałam na raka macicy, niedługo potem porzucił mnie mąż. Czułam się upokorzona, złamana. Kiedy wygrałam walkę z rakiem, uznałam, że muszę rzucić sobie jakieś duże wyzwanie, żeby odzyskać poczucie własnej wartości i cel w życiu. Kurs mi w tym pomógł. Przez kilka lat po jego ukończeniu, jeszcze pracując w policji, dorabiałam jako detektyw sklepowy. Przeszłam wszystkie stopnie wtajemniczenia w wywiadzie przemysłowym. W końcu uznałam, że pora założyć własną firmę.

Pierwsza kobieca agencja ochrony... nie miała Pani kłopotów z przekonaniem do siebie klientów?

Nie, od początku miałam dużo zleceń. Przychodzili ci, którzy potrzebowali ochrony dyskretnej i "niewidzialnej", ale również usług detektywistycznych. Miałam klientki, którym musiałam towarzyszyć w przymierzalni czy toalecie. Jako kobieta doskonale sprawdzałam się też przy ochronie dzieci - nie wzbudzając podejrzeń, mogłam udawać ciocię czy opiekunkę. Rozglądający się czujnie dookoła facet z dzieckiem zdecydowanie bardziej rzuca się w oczy. Bywałam też zatrudniania przez szejków arabskich do ochrony podróżujących z nimi rodzin. Jak wiadomo, obcy mężczyźni kręcący się wokół ich żon - a bywa, że szejk podróżuje z kilkoma - nie są mile widziani.

Dowiedz się więcej na temat: oczy | rowling | szpilki | ochroniarz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje