Tomasz Schuchardt: Nie wybaczę zdrady

Małżeństwo to dla niego świętość, ale nie ukrywa, że ma powodzenie u kobiet. Nam zdradził, czy jest gotowy na powiększenie rodziny i czy uporał się z kompleksem pochodzenia.

Czujesz, że teraz jest twoje pięć minut?

Reklama

Tomasz Schuchardt: - Każdy mógłby tak to nazwać. Pojawiam się częściej. Pod względem natężenia, promocja "Bodo" wygrywa z innymi produkcjami, w których zagrałem. Moja twarz jest na plakatach czy autobusach. Cieszę się, że jest mnie teraz więcej, ale też mam nadzieję, że to 5 minut tak naprawdę wciąż jest przede mną.

Mam jednak wrażenie, że popularność trochę cię krępuje i stresuje?

- Źle się czuję w centrum zainteresowania. Ostatnio na przykład miałem premierę w teatrze IMKA i pojawiło się tam dużo znanych nazwisk. W związku z tym przyszło też sporo osób, które chciały zdobyć autografy. Również ode mnie, bo teraz wszyscy oglądają "Bodo". W takich sytuacjach czuję się jednak dziwnie. Nie wiem, jak się wtedy zachować, czy się uśmiechnąć, czy kogoś nie obrażę, czy nie wyjdę na jakiegoś idiotę, bo ze stresu zachowuję się zawsze inaczej.

Zakładasz maskę, żeby przykryć trudne emocje?

- Myślę, że wielu ludzi przybiera maski. Zazwyczaj jednak dana osoba robi to świadomie i celowo, a ja w stresie nie kontroluję swojego zachowania i to jest najgorsze. Dlatego unikam takich sytuacji.

Pozbyłeś się już kompleksu pochodzenia? Bo długi czas się z nim zmagałeś.

- W dużych miastach dużo się dzieje. Mieszkając na wsi, miałem mocno ograniczony dostęp do szeroko rozumianych wydarzeń kulturalnych. Gdy zaczynałem studia, naprawdę niewiele wiedziałem o sztuce, a byłem na roku z kolegami, którzy historię teatru polskiego mieli w małym palcu. Trudno mi się z nimi rozmawiało, bo niewiele mogłem powiedzieć na ten temat. Wtedy sam w sobie generowałem ten kompleks, myślałem: "Widać, że jestem ze wsi, że chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nie". Dopiero później dotarło do mnie, że dla nikogo nie ma znaczenia, skąd pochodzę i że ta bariera powstała tylko w mojej głowie. Często sam nie dopuszczałem do siebie ludzi, zakładając, że oni coś sobie myślą o mnie. Zupełnie niepotrzebnie, bo okazało się, że każdy łaknie poznawać osoby, które mają inny punkt widzenia i inne doświadczenia.

Pamiętasz jakieś sytuacje, w których czułeś zażenowanie? 

- Oczywiście, choćby sytuacje związane z podstawowymi zasadami savoir-vivre’u. Pamiętam, jak byliśmy na festiwalu w San Sebastian z filmem "Chrzest". Zobaczyłem czerwony dywan, znane osoby, wystawne bankiety, na których podawano owoce morza i nie wiedziałem, co z nimi robić. Podglądałem, jak inni to jedzą, bo ja jestem wychowany na wieprzowinie i indyku, a nie na kalmarach. Wtedy myślałem, to wszystko ma znaczenie i źle wpływa na mój wizerunek, teraz okazuje się, że działa to w odwrotną stronę. Gdy rozmawiam z kobietami, często słyszę, że fajnie się ze mną rozmawia, że jestem normalnym facetem, takim klasycznym polskim chłopem, który lubi oglądać sport (śmiech).

Ponoć jest teraz deficyt takich prawdziwych mężczyzn.

- No właśnie podobno tak jest (śmiech). Zatem nie ma się czego wstydzić, a wręcz przeciwnie. Nauczyłem się przyznawać do swojej niewiedzy, nieobycia, z czym wcześniej miałem problem.

Jak na twoje sukcesy reaguje rodzina? Często słyszysz, że są z ciebie dumni, że cię kochają?

- Na pewno są bardzo dumni, czasami to od nich słyszę. Ze względu na to, że mam jeszcze trójkę rodzeństwa, mamy jednak pewne zasady. Wielkością moich rodziców jest to, że nie faworyzują żadnego z nas. Mój brat pracuje, montując klimatyzacje, ale czasami dorabia, grając na weselach. Moja młodsza siostra ma zespół muzyczny, a starsza ma dwójkę cudownych dzieci i z mężem prowadzi dobrze prosperującą firmę. Ja zajmuję się sztuką. Nie można więc porównywać tego, co robimy.

- To prawda, że przez swoją pracę jestem bardziej widoczny, ale ważne, żeby zachować równowagę, co moim rodzicom świetnie się udaje. Każdego z nas kochają bez względu na to, jaką wybrał drogę. Nawet gdy się wszyscy spotykamy, tak jak było ostatnio na urodzinach taty, to nie przypominam sobie, żeby chociaż raz pojawił się temat "Bodo" czy w ogóle aktorstwa.

Z rodziną nie rozmawiasz o pracy, ale tego tematu nie da się uniknąć w twoim małżeństwie. Kamila też jest aktorką. Czy związek dwóch aktorów jest trudny? 

- Na pewno nie da się do końca zostawić pracy za drzwiami domu, chociaż bardzo się staramy, żeby tak było. Czasami też pojawia się jakaś zazdrość. Jednak jeśli spojrzymy na wszystkie małżeństwa, to które z nich jest łatwe? Osobiście nie znam żadnego. Wniosek płynie więc prosty. Nie jest ważne, jaki zawód uprawiają partnerzy, tylko jakimi są dla siebie ludźmi. My z Kamą staramy się rozmawiać i coraz lepiej nam to wychodzi. Mnie do ideału wciąż daleko, ale na horyzoncie świeci słońce.

- Zresztą te prztyczki, które sobie sprzedajemy, zajmują nam zdecydowanie dużo mniej czasu niż wspólna zabawa. Mamy z żoną dobre wzorce. Moi rodzice do dziś pracują nad swoim małżeństwem, potrafią i lubią ze sobą przebywać. Pokazują mi, że można być razem tyle lat, wciąż się kochając.

Macie też wzorce wielodzietnej rodziny. Planujecie powiększenie rodziny?

- Są takie plany, ale chcemy to zrobić jako świadomi ludzie. Chociaż wiele osób mówi mi, że nigdy nie ma odpowiedniego momentu, że nigdy nie jesteśmy przygotowani w stu procentach. Chodzi mi jednak o względy praktyczne. Zawsze chciałem mieć dzieci, ale wtedy, gdy temu dziecku będę mógł zapewnić chociażby dom i możliwości rozwoju. Na szczęście wszystko jest na dobrej drodze. W maju udało nam się nam wziąć kredyt i kupiliśmy pierwsze w życiu mieszkanie. Teraz mamy własne 50 metrów.

Jesteście ze sobą osiem lat. Dlaczego dopiero w zeszłym roku wzięliście ślub?

- Głównie przeze mnie. Kama była na to gotowa dużo wcześniej. Musiałem najpierw poradzić sobie z samym sobą. Chodziliśmy na nauki przedmałżeńskie, na których padło wiele pytań, które dały mi do myślenia. Gdy decydujesz się być z kimś do końca życia, a my to zrobiliśmy pod przysięgą, która jest dla nas bardzo ważna, to nie powinno się to opierać na pewnego rodzaju oszustwie. Dlatego najpierw trzeba poradzić sobie z samym sobą i potem przyznać się drugiej osobie do tego, kim się naprawdę jest. Mówisz otwarcie, co jesteś w stanie w sobie zmienić, a czego nie. Mieliśmy taką rozmowę, po której był tydzień przemyśleń. Okazało się, że jesteśmy w stanie akceptować nasze słabości i wady.

Masz poczucie, że odkąd jesteś w przestrzeni publicznej, zwiększyło się twoje powodzenie u kobiet? Kamila nie jest zazdrosna?

- Do końca liceum w ogóle nie zauważałem powodzenia u dziewczyn. Myślałem wręcz, że nie mogę się podobać. To zmieniło się w szkole teatralnej. Na starcie dostałem z 10 zwrotów, że jestem atrakcyjny. Dla mnie było to totalnym szokiem, do tego stopnia, że nie potrafiłem tego przyjąć, a nawet myślałem, że sobie ze mnie żartują.

Często kobiety proponują ci seks czy randkę?

- Zdarzały się takie sytuacje. Czasami wystarczyło powiedzieć: "Jest to bardzo miłe, ale nie, dziękuję", a nieraz mówiłem, że mam dziewczynę. Na szczęście spotykałem się z pewnego rodzaju nienaruszalnością. Gdy mówię, że kocham jedną kobietę, szanują to i nie dążą do rozbicia związku. Kobiety są dojrzalsze i rozumieją taką odmowę. Nie ponawiają ataku. Myślę jednak, że dla napalonego faceta nie ma granic nie do przejścia i próbuje aż do skutku (śmiech). Ale tak na poważnie, to zdrada jest dla mnie nie do przyjęcia, bo też nie potrafiłbym jej wybaczyć.

Dbasz o siebie w jakiś specjalny sposób?

- Właśnie z tym mam największy problem. Dla danego projektu jestem w stanie zrobić wiele - przytyć, schudnąć. Ale musi być nade mną bat. Lubię pójść na imprezę, późno też chodzę spać, ale powinienem wziąć się za siebie i zacząć uprawiać jakiś sport. Na razie myślę, że skończy się na siłowni. Rola Bodo była jednak wymagająca, również pod względem fizycznym. Musiałem utrzymywać wagę, a przy okazji musiałem stepować, co wymaga odrywania się od ziemi. Pod tym względem były to trudne treningi, zdecydowanie łatwiej byłoby, gdybym był z 15 kilogramów lżejszy.

"Bodo" to dla ciebie szansa pokazania się jako aktora od innej strony?

- Tak, przy tym projekcie dostałem taką szansę. Do tej pory często grałem żołnierzy, ale nie chciałbym na tym poprzestać. Zresztą w polskich realiach reżyserzy często obsadzają "po fizyczności", nie dając aktorom szansy zaprezentować się z innej strony. A ja naprawdę jestem w stanie bardzo zmienić się na potrzeby roli.

A masz jakąś rolę marzenie?

- Marzę, żeby zmierzyć się z rolą Stawrogina z "Biesów" Dostojewskiego. Klasyka wciąż jest żywa. Mam nadzieję, że jeszcze wiele ciekawych ról przede mną.

Magdalena Makuch


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje