Reklama

Reklama

Rumuni: Oto jacy są naprawdę

Agnieszka Krawczyk, Polka żyjąca od dwóch lat w Rumunii, w swojej książce "Rumunia. Albastru, ciorba i wino" snuje opowieści o rumuńskich tradycjach i współczesności, mierzy się ze stereotypami i zabawia anegdotą. Kraj ten kojarzy nam się głównie z Draculą oraz licznymi wyobrażeniami na temat jego mieszkańców. Tymczasem to malownicze pogranicze kultur skryte pod bezkresnym niebem w kolorze albastru, pełne smaków, zapachów, dźwięków i obrazów. Przeczytaj fragment książki.

Stereotypowy obraz Rumuna­-Cygana cały czas poku­tuje w myśleniu Polaków. I o ile rzeczywiście w Rumunii mieszka mniejszość romska, licząca - w zależności od źró­deł - od 600 tysięcy do nawet dwóch milionów, to nie jest ona tożsama z narodem rumuńskim. Są to dwie odrębne grupy etniczne, a sami Rumuni, tak jak Polacy, również za sprawą stereotypów, ale też skomplikowanej i trudnej rumuńsko-­romskiej historii (Romowie od 1370 roku do połowy XIX wieku byli niewolnikami na terenie Hospo­darstwa Mołdawskiego oraz Wołoskiego), nie mają o Ro­mach najlepszego zdania. Skąd zatem utożsamianie Roma i Rumuna?

Reklama

W dużej mierze wynika z napływu mniejszości cygańskiej do naszego kraju z terenów Rumunii, głównie po 1989 roku. Jeśli taki przybysz miał w Polsce kłopoty z prawem, legitymował się tym, co miał przy sobie - rumuńskim dowodem osobistym. I zapamiętywano go jako obywatela Rumunii. Zresztą Romowie, jako lud nietery­torialny, rozproszony po całym świecie, nie mają swojego państwa, więc pytani, skąd są, odpowiadali, że z Rumunii, z kraju, w którym się urodzili. Nie jestem pewna, czy gene­za tego stereotypu, przedstawiona przeze mnie, jest w stu procentach prawdziwa, ale pokrywa się z obserwacjami i wnioskami wyciągniętymi z rozmów z Polakami czy Ru­munami. W walce z uprzedzeniami wobec Rumunów nie pomagają też wyrażenia: "Wyglądasz jak jakiś Rumun" lub "Sto lat za Rumunami".

Dużo też dowiedziałam się o tym, co Polacy sądzą o Rumunii jako kraju, gdy przez kilka lat z rzędu tłumaczyłam na stoisku rumuńskiego biura podró­ży na targach turystycznych w Warszawie, Poznaniu i Ka­towicach. Najcieplej wypowiadali się o tym kraju - głównie ze względu na góry - ludzie młodzi, którzy już Rumunię poznali. Starsi kojarzyli ją raczej jako państwo rządzone przez Nicolae Ceaușescu. Zdarzały się też osoby z neutral­nym podejściem, które po prostu chciały się czegoś dowie­dzieć. Niestety, niejednokrotnie docierały do mnie uwagi osób przechodzących obok stoiska, bardzo niewybredne, a nawet rasistowskie. Kilka razy usłyszałam, że jestem bardzo biała jak na Cygankę lub Rumunkę - wszystko niby szeptane, niby mówione normalnym tonem, gdy zwiedza­jący targi zakładali, że jestem właśnie Rumunką (bo czego by szukała Polka wśród "tych Rumunów"?) i na pewno nie zrozumiem, co o mnie mówią. Nieraz robiło mi się smutno albo wściekałam się w duchu, choć starałam się zachować na twarzy uśmiech firmowy numer pięć. Ze zdwojoną siłą następnym podchodzącym do stoiska pokazywałam zdję­cia, opowiadałam o moich przygodach, miejscach wartych odwiedzenia, rozwiewałam wszelkie wątpliwości. Była to moja osobista walka ze stereotypami. W końcu byłam na targach turystycznych, a podróże poszerzają horyzonty.

Inny, równie krzywdzący stereotyp dotyczący Rumunii to przekonanie, że jest to kraj biedny, zapuszczony, pełen dzikich watah bezdomnych psów i ogólnie zapomniany przez Boga i ludzi. Tymczasem zdecydowanie nie jest to trzeci świat Europy. "Rumunia jest siódmym pod wzglę­dem wielkości krajem UE [...]. Ma świetne położenie, bo­gactwa mineralne, wielkie walory turystyczne i ambitnych ludzi". A w ostatnich latach na tle innych państw, w tym Polski, Rumunia rozpędza się gospodarczo coraz bardziej, co zauważyła też prasa biznesowa w Polsce, jak chociażby w tym artykule na portalu gepardlogistic.com:

"Dla wielu Polaków Rumunia wciąż jest krajem zacofa­nym. Tymczasem po osiągnięciu blisko 9 procent wzrostu PKB w 2017 (w ostatnim kwartale), obawiano się nawet, że najgwałtowniej rozwijająca się gospodarka Unii Europej­skiej 'przegrzeje się'. Co stoi za sukcesami rumuńskiej ekonomiki w ostatnich latach? Rząd obniżył podatki (staw­ka VAT 19 procent, PIT 10 procent), uwolnił przedsiębior­ców od biurokracji. Kwota wolna od podatku to równowar­tość 23 tys. złotych. [...] Rumunia gra swoją grę w Europie i rośnie w siłę. To samo można powiedzieć o sektorze e­commerce. Poziom życia mieszkańców Bukaresztu nie różni się znacząco od poziomu życia obywateli Warszawy. Powtórzmy to jeszcze raz, bo nad Wisłą opinia ta wciąż może stanowić zaskoczenie: Rumunia nie jest biednym krajem i warto zainteresować się nim od strony bizneso­wej. [...] Rumunia jest na piątym miejscu na świecie pod względem szybkości połączenia z internetem, według blo­omberg.com. Średnia prędkość Rumunii wynosi 37,4 MB/ sekundę, co zbliża się do 4. miejsca zajmowanego przez Łotwę (37,5 MB/s)." (...)


Ostatnim czasem, gdy kursowałam po Bukareszcie z domu do weterynarza z moją świnką morską, Farfoclem, miałam przyjemność rozmawiać z kierowcami w różnym wieku i najpewniej o różnym poziomie wykształcenia. Wszyscy jak jeden mąż wypowiadali się w samych superlatywach o Polsce i Polakach. Zupełnie jakby to była pieśń niemal miłosna, wyrażająca nieodwzajemnione, niestety, uczucie do naszego kraju i jego mieszkańców. Dowiedziałam się, że jesteśmy walecznym, dzielnym narodem, że nas podzi­wiają, są zafascynowani, bo niby też kraj z bloku komuni­stycznego, a jednak inaczej (w ich mniemaniu lepiej) się rozwija. W porównaniu z Polską biedna ojczyzna moich rumuńskich rozmówców jest przez nich mocno krytyko­wana. Wszystko zgodnie z zasadą, że trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona. (...)

W artykule "To kraj przyjaźniejszy niż Polska, Made in Poland tu coś znaczy. Sprawdziliśmy, jak żyją Polacy w Rumunii", który ukazał się w 2017 roku, też można znaleźć wiele pozytywnych opinii wśród Polaków, którzy zamieszkali na stałe w Rumunii. Również tych dotyczących obrazu Polaka i Polski w świa­domości przeciętnego Rumuna.

"Niektórzy klienci po kilku minutach już ciągnęli mnie do domu, bo mają babcię Polkę. Pokazywali zdjęcia, zapraszali na kolację, wino. W ciągu chwili się otwierali, byli przyjaźni. A ja na początku bałem się, że ktoś mnie tutaj okradnie, że stracę telefon. Bardziej się pomylić nie mogłem" - wypowiada się jeden z boha­terów artykułu, dodając jeszcze: "Produkty z Polski są po prostu ogólnodostępne. Na dodatek metka Made in Poland coś znaczy. Jest szanowana".

Polskie towary, głównie spo­żywcze, zauważyłam wyraźniej po przeprowadzce do Bu­karesztu, gdy moim osiedlowym sklepem stał się Profi, do którego w Sybinie nie miałam tak blisko. To tutaj widziałam chociażby cukierki Michałki, a nawet jabłka z Polski. Sama też nieraz słyszałam, że polskie produkty są dobrej jakości, niemal jak te zachodnie, znane Rumunom chociażby ze sklepów z tak zwaną niemiecką chemią. (...)

Moja narodowość budzi więc w Rumunach ciekawość, a poza tym po prostu reakcje pozytywne, co wynika ze wspo­mnianego wcześniej postrzegania naszego kraju. Jeśli roz­mówca nie ma żadnych osobistych doświadczeń z Polską lub Polakami, ale chce koniecznie nawiązać do mojego po­ chodzenia, to wyciąga kartę pułapkę pt. "Znani Polacy/zna­ ne wydarzenia z historii Polski". Pojawiają się też niekiedy nawiązania do aktualnej sytuacji w naszym kraju, bo nie­które z bieżących wydarzeń trafiają do rumuńskich mediów. Wtedy jestem pytana o opinię na dany temat - wiadomo, że zdanie spotkanej Polki, która na pewno wie więcej, niż gada się w wiadomościach, to niemal dogmat.

Przywołuje się też w rozmowie wspólną granicę przed drugą wojną świa­tową albo to, że Polski Czerwony Krzyż pomagał Rumunii w 1989 roku, albo że w ogóle oba kraje przeszły przez komu­nizm i wiele wycierpiały. Między wojną, rewolucją 1989 i ko­munizmem tu i ówdzie wyskakują postacie Jana Pawła II czy Roberta Lewandowskiego. O dziwo, Adam Małysz jakoś nie zagościł w rumuńskich sercach. Lech Wałęsa też był w przy­padku moich rozmów przywoływany, może nie z imienia i nazwiska, ale jako ten, którego Rumuni zapamiętali, że przyczynił się do obalenia komunizmu. Zazwyczaj w takich sytuacjach jakoś tak cieplej robi mi się na sercu, na twa­rzy pojawia się uśmiech. Na twarzy rozmówcy też. I w ten sposób przestajemy być Polką i Rumunką lub Rumunem, zacierają się granice, a rodzą się bliskość i wzajemne zro­zumienie, które są czymś więcej niż przełamaniem lodów. Od początku mojej przygody z rumuńskim i Rumunią próbowałam zrozumieć i odpowiedzieć sobie na pytanie: "Jacy są ci Rumuni?".

Pierwsze obserwacje, czasami naiwne i ulotne, dzięki częstszym wizytom w kraju, a potem prze­prowadzce na stałe, zostały zweryfikowane. Teraz mogę powiedzieć, że na podstawie własnych doświadczeń oraz historii zasłyszanych od innych Polaków mieszkających tutaj dostrzegłam pewne wzorce zachowania i stylu bycia Rumunów, które ostrożnie można nazwać swoistymi ce­chami narodowymi.

Na pierwszy plan wysuwają się zdecydowanie gościnność i życzliwość. Mimo bariery językowej każdy Rumun będzie starał się pomóc. Bo możemy przecież wylądować gdzieś na rumuńskiej wsi, gdzie jedynym ratunkiem komunikacyj­nym będą rozmówki polsko-­rumuńskie lub aplikacje języ­kowe. Rumunów to na pewno nie zrazi - dzięki wrodzonej serdeczności wobec obcokrajowców połączonej z ciekawo­ścią bez wahania wyciągną do nas pomocą dłoń i dodatkowo ugoszczą w swoim domu. Niejednokrotnie, będąc z wizytą u kogoś, nie czułam się tym ich zachowaniem, jako gospo­darzy, oszołomiona, wszystko odbywało się naturalnie, bez nadęcia, bez drżenia rąk, bo właśnie podano mi posiłek w przedwojennej zastawie po prababci. Bardzo szybko sta­wałam się kimś bliskim, nie byłam już osobą "z zewnątrz".

Ten obraz pozytywnego, sympatycznego Rumuna, zna­komitego gospodarza, wyłonił się również z jednego z ba­dań przeprowadzonych wśród mieszkających w Rumunii osób różnego pochodzenia, również wśród Polaków. Objęło ono grupę 1150 respondentów, a wśród nich następujące kategorie: turyści, biznesmeni, imigranci i studenci. Re­spondenci zostali wybrani losowo z ośmiu krajów, których mieszkańcy odwiedzili Rumunię co najmniej raz w okresie od 2011 roku do pierwszych dziewięciu miesięcy 2012 roku. Po przeprowadzeniu ankiety ukazał się następujący obraz Rumuna: "Według uzyskanych odpowiedzi Rumuni są przyjaźni (17,4 procent), skromni (14,8 procent), gościn­ni i pracowici (13,9 procent), o spokojnym usposobieniu (12,2 procent). Mniej niż 7 procent postrzega ich jako: nieto­lerancyjnych (7 procent), nieuczciwych (6,1 procent), rabu­siów (3,5 procent), aroganckich (2,6 procent), agresywnych i niewykształconych (po 1,7 procent), leniwych i powierz­chownych (0,9 procent)."

Inną cechą, którą zauważyłam u Rumunów, a która być może nie wybrzmiała z przywołanego badania, jest to, że uwielbiają mieć swoje zdanie na każdy temat. Trochę jak Polacy, którzy są ekspertami od polityki, służby zdrowia, piłki nożnej. Tylko że dla Polaków często dyskusja jest za­rzewiem konfliktu, a Rumuni wchodzą w nią z namasz­czeniem niemal filozoficznym. Jeśli rozmówca jest trochę wycofany, kończy się to na swoistym monologu, tezie po­ partej szeregiem argumentów. Jeśli rozmówca jest zaangażowany w bronienie swojego punktu widzenia, docho­dzi do starcia na argumenty. Często jest ono dość ogniste, nawet bardziej niż w przypadku polskich dysput. Rumuni w tym względzie wykazują iście południowy temperament. Przy tej okazji przypomniała mi się anegdotka dotycząca pierwszego rektora uniwersytetu w Bukareszcie, prawnika Gheorghego Costaforu, który był na tyle pewny siebie, a na­wet pyszałkowaty, że pewnego razu sprowokował innego mężczyznę do pojedynku na szpady. Jak to podsumował Adrian Cioroianu w swojej książce, która ukazała się pod polskim tytułem "Piękna opowieść o historii Rumunów": "Wy­daje się, że uniwersytecka łagodność w Rumunii od zawsze miała swoje granice". Jeśli okaże się, że nie możemy uzy­skać konsensusu dotyczącego zjawiska X, to rozchodzimy się w pokojowej atmosferze, czasami nawet z poczuciem, że dowiedzieliśmy się czegoś nowego.

Rumuni również o wiele śmielej niż Polacy nawiązują kontakt wzrokowy. Podróżując po Sybinie, zauważyłam, że jeśli autobus komunikacji miejskiej nie jest zbyt zatłoczony, to pasażerowie, jeśli nie są pochłonięci dłubaniem w te­lefonie, przyglądają się sobie nawzajem. Albo wyglądają za okno i prowadzą narrację dotyczącą tego, co widzą i co o tym sądzą. Jeśli autobus mocno się spóźnia, na przystanku przedmiotem gorącej debaty jest sprawne działanie komunikacji miejskiej. Nagle ludzie zaczynają zauważać się nawzajem jeszcze intensywniej i podejmują ogólno­przystankową dyskusję, która często przenosi się potem do autobusu. 

Innym tematem żartów jest dla Rumunów curent - prze­ciąg, bardzo niebezpieczne zjawisko. 



Na początku niespe­cjalnie na to zwracałam uwagę, ale po pewnym czasie prze­ konałam się, że każda moja próba przewietrzenia biura, gdy robiło się w nim za gorąco, spotyka się z krótkim stwierdze­niem koleżanki: "Zamykam okno, przeciąg jest. Ty wiesz, jak można się od tego pochorować?". Trochę się zdziwiłam, ponieważ poza tym jednym oknem wszystkie inne były pozamykane. Drzwi również. W autobusach miejskich latem, gdy tylko klimatyzacja zaczyna szwankować, nie ma mowy o otwarciu okna, bo zaraz ktoś się oburzy, że wieje. Więc autobus zamknięty i zaparowany jedzie dalej. Chyba że podróżujemy na długim dystansie (na przykład Bukareszt-Baia Mare, około 600 kilometrów, to jedyne dwanaście godzin) lokalnym połączeniem autobusowym, latem, w upale niemal czterdziestostopniowym. Wtedy kie­rowca potrafi z ułańską fantazją jechać z otwartymi przed­ nimi drzwiami. Nagle curent nie jest straszny, przynajmniej nie tak bardzo jak duchota panująca w pojeździe. Takie roz­wiązanie to też dobry przykład dość luźnego podejścia Ru­munów do obowiązujących przepisów, ale o tym później...

Na szczęście Rumuni nauczyli się z tej swojej curento­wej fobii śmiać, o czym można poczytać w żartobliwych artykułach w prasie online:

"Ciągnie ci? Jesteś z Rumunii! Jeśli w domu, w samocho­dzie lub w pociągu znajdujesz się między dwoma oknami, masz duże szanse złapać przeziębienie lub ropień zębowy. Wie o tym każdy Rumun. Okna i drzwi uszczelniamy gąb­ką lub kładziemy na parapetach poduszki, bo stopy bez grubych skarpet to otwarte wrota dla bólów krzyża, nerek czy nadgarstków. Rumun znalazł uniwersalną przyczynę dolegliwości: przewiało cię. Dla niektórych przeciąg jest niewyczerpanym źródłem humoru, rumuńskim znakiem firmowym, trudnym do wyjaśnienia w innych językach. Prawdopodobnie spotkałeś przynajmniej jednego obcokra­jowca, który był zaskoczony, gdy kazałeś mu zamknąć okno lub wyłączyć wentylator ze strachu przed przeciągiem..."

Strach przed przeciągiem jest też tematem wywiadów przeprowadzanych z lekarzami, jak chociażby sugeruje tytuł w dzienniku "Adevărul" Ne trage sau nu curentul? (Za­wiewa nas czy nie?). O odwiecznym strachu Rumunów lekarz mówi: "To nie jest wyłącznie mit, ma oparcie w naukowej logice". Nasuwa się pytanie - czy Rumuni to na­ ród szczególnie wrażliwy na przeciągi? Nie - jak tłumaczą lekarze - bardziej chodzi o wpojoną mentalność oraz dozę inwencji, bo w końcu nikt nie zaprzeczy, że mały dousz­ny wkładzik z waty nasączonej spirytusem nie pomaga na bóle w tym miejscu. Niezależnie od tego, czy nas zawiało w mitycznym przeciągu, czy nie.

* Więcej o książce "Rumunia. Albastru, ciorba i wino" przeczytasz TUTAJ.

***

Zobacz również:

W tym kraju to kobiety podrywają mężczyzn. Polacy chętnie tam jeżdżą

Kinga Fukushima: Japonia to nie tylko kwitnące wiśnie

"Ekologiczny raj" zamienił się w koszmar. Nikt nie chce tu mieszkać

Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: Rumunia | Romowie | stereotypy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje