Historia ludzkiej arogancji

Morze umiera, zanika. Życiodajna woda zamieniła się w pustynię. Niemym świadkiem tragedii są rdzewiejące w palącym słońcu kutry rybackie. Bartek Sabela, autor najlepszej książki podróżniczej roku - "Może (morze) wróci", udał się w podróż do samego środka postradzieckiej Rosji, by opisać, jak w ciągu ostatnich 40 lat z mapy zmieciono jeden z największych akwenów na świecie

EksMagazyn: "Któregoś dnia, robiąc rytualną prasówkę, z kubkiem kawy w ręku, trafiłem na ciekawą notkę w jednym z serwisów: najnowsze zdjęcia pozostałości Morza Aralskiego. Wielbłąd spacerujący obok kutra rybackiego był aż nadto intrygujący...". Co jest niezwykłego w tej historii? Z powierzchni ziemi znika dżungla amazońska, topią się lodowce, takie rzeczy się zdarzają...

Reklama

Bartek Sabela: - Różnica polega na tym, że dzieje się to naturalnym biegiem rzeczy: góry się wypiętrzają, lasy znikają, jeziora wysychają, nawet klimat się zmienia, ale to wszystko długotrwałe procesy trwające miliony lat. Najbardziej zaskakujące w historii Morza Aralskiego jest fakt, że znikło niemal całkowicie na przestrzeni 40 lat. Jeszcze w latach 70. wszystko wyglądało tam inaczej. Potem akwen wielkości Republiki Czeskiej został kompletnie osuszony. A to tylko część historii...

Czy były podobne przypadki?

- Nie ma chyba wielu aż tak dramatycznych przykładów. To była błyskawiczna operacja na żywym organizmie - ogromnym kawałku świata. To chyba jedyna katastrofa ekologiczna widoczna z kosmosu! Wyobraźmy sobie, że jedną decyzją ktoś zmienia krajobraz połowy Polski.

 Co cię najbardziej zaskoczyło, kiedy przyjechałeś do Uzbekistanu?

- Oglądając zdjęcia z okolicy Morza Aralskiego, zastanawiałem się, czy jest tam tak w rzeczywistości. Myślałem, że ta pustynia, kutry, wielbłądy, to może jakiś mały wycinek, fantazja fotografa, chytrze złapana w kadrze. Kiedy przyjechałem, okazało się, że niestety jest dokładnie tak, jak na zdjęciach. A to, czego na nich nie widać, to przerażający ogrom, skala tego zjawiska. Mówię tu zarówno o samym widoku - zniszczonym krajobrazie na przestrzeni setek kilometrów, jak i o skali tego problemu. Największym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie kumulacji tak wielu problemów - ekologicznych, politycznych, społecznych - w jednym miejscu.

 Jakie było Morze Aralskie zanim wyschło?

- To o tyle charakterystyczny zbiornik, że położony pośrodku bezkresu Azji Środkowej, w surowym, pustynnym klimacie. Jest tam bardzo niewiele zieleni, tysiącami kilometrów ciągnie się żółtoszary, monotonny pustynny krajobraz. I nagle, w tym wszystkim, niemalże oaza - wielka, bezkresna woda. Morze Aralskie skupiało bardzo dużo życia. Było stosunkowo płytkie, pod wodę wpadało dużo światła, dzięki czemu kwitła bujnie fauna i flora. Płytka woda tworzyła liczne zatoczki i malownicze laguny. Na brzegiem można było spotkać flamingi brodzące w wodzie. Delty dwóch rzek, Amu-darii i Syr-darii, zasilających Morze Aralskie, skupiały 90 proc. lasów Azji Środkowej. Żyły w nich gepardy, tygrysy kaspijskie, a w morzu pływało 40 gatunków ryb, w tym jesiotry i sumy. To wszystko funkcjonowało jeszcze kilkadziesiąt lat temu... Ostatniego tygrysa zabito w 1972 roku. Teraz, kiedy się na to patrzy, kompletnie nie można sobie wyobrazić, że takie zwierzaki biegały po okolicy.

 Morze Aralskie było słynne nie tylko ze względu na wspaniałą przyrodę, ale też prężnie rozwijającą się turystykę. Porównałeś jedno z tamtejszych miast do naszej polskiej Juraty.

- Mujnak i Aralsk (port po stronie kazachskiej - przyp. red.) były popularnymi kurortami wypoczynkowymi. Nie dość, że utrzymywały się z zakrojonego na bardzo dużą skalę przemysłu rybnego, były też ośrodkami wczasowymi. Mujnak miało swoje lotnisko, przyjeżdżali tam ludzie z całego ZSRR, bo woda w Morzu Aralskim była stosunkowo czysta. Organizowano obozy dla młodzieży, działały kina, hotele, restauracje, kawiarnie, cukiernie, smażalnie ryb. Latem port tętnił życiem. Na starych filmach można zobaczyć dzieci bawiące się na plaży, starsze osoby spacerujących uliczkami - to było miejsce dla wszystkich. Delty obu rzek były gęsto zaludnione - mieszkańcy utrzymywali się z rolnictwa. Musiało tam być naprawdę ładnie. Zachodnie brzegi morza były wydzielone klifami, sięgającymi 200 metrów, podobnymi do tych, jakie znamy ze Szkocji. Po Morzu Aralskim pływały liczne mniejsze i większe kutry rybackie, statki wycieczkowe a nawet małe statki wojenne. Przez długie lata działała tam fabryka przetwórstwa rybnego "Moynaq Konserva Kombinati". Łowiono ok. 160 ton ryb dziennie. Puszki szły na całe ZSRR. Sama ta jedna fabryka zatrudniała 3 tysiące osób, a w okolicy Mujnak z rybołówstwa utrzymywało się około 30 tysięcy osób. A mówimy tylko o jednym porcie. Po drugiej stronie był Aralsk i kilka mniejszych miejscowości.

Jak to możliwe, że to wszystko jest już przeszłością?

- Wszystko zaczęło się w 1959 roku, kiedy to I sekretarz Nikita Chruszczow udał się z wizytą do Stanów Zjednoczonych. Zachwycony widokiem pól kukurydzy i bawełny po horyzont, wymyślił, że takie same trzeba zbudować w ZSRR. Wybór padł na tereny Uzbekistanu i Kazachastanu. Plan nazwał "Kolonizacja ziem dziewiczych", co najlepiej oddaje stosunek do tamtych krajów. Jedną decyzją zmienił krajobraz i życie tysięcy ludzi. Kazachstan miał być przeznaczony pod uprawę zbóż, a Uzbekistan - bawełny, co błyskawicznie zorganizowano. To kolejny absurd w tej historii, bo niewiele jest roślin, które potrzebują do uprawy tak wiele wody. Wyprodukowanie kilograma bawełny pochłania od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy litrów wody. A z tego kilograma bawełny uszyjemy jedynie kilka koszulek lub dwie pary spodni. To nie mieści się w głowie. Chruszczow wymyślił, że wodę do nawodnienia ogromnych obszarów pustynnych trzeba wziąć z rzek zasilających Morze Aralskie, które ogłosił "wybrykiem natury". Najpierw wycięto wszystkie lasy w delcie Amu-darii. Zniszczono sady, pola uprawne, a brzegi rzek rozorano. Nad Morzem Aralskim nie ma teraz żadnych drzew. Na tych terenach zbudowano następnie tysiące kilometrów kanałów irygacyjnych.

 Dlaczego Chruszczow doprowadził do jednej z największych katastrof ekologicznych na ziemi?

- Plan był determinowany przez pięciolatkę (plan pięcioletni - przyp. red.) i zachciankę pierwszego sekretarza. Była ogromna presja na to, by pola uprawne powstały jak najszybciej. Kanały budowano bez uwzględnienia bardzo wielu czynników - zarówno geologicznych i inżynieryjnych. To nic innego, jak wykopane koparką dziury w pustyni, a tak się tego nie robi. Z ponad 40 tys. km kanałów tylko kilkanaście procent jest odpowiednio uszczelnionych, 70 proc. wody odebranej rzekom nie docierało ani na pola uprawne ani do Morza Aralskiego. Woda po prostu wyparowywała ze źle zbudowanych kanałów. W samym przedsięwzięciu nie było nic złego - można to było zrobić bez zniszczeń, według zasad, które znano już w starożytnym Egipcie czy Persji. Nikt nie słuchał głosów protestów, jeśli w ogóle się pojawiały. Ci ludzie godzą się z tym, co im władza przyniesie, poza tym nie zapominajmy że działo się to w prowincjonalnej republice ZSRR w latach 60. Chruszczow wydał rozkaz, a przy realizacji planu był zatrudniony gigantyczny sztab ludzi. Oni doskonale wiedzieli, co robią. "Po co nam morze na środku pustyni? Weźmy wodę i nawadniajmy nią nasze pola uprawne". Tak to wytłumaczono mieszkańcom. Chruszczow pojechał do Mujnak na wizytację i ponoć padło z jego ust stwierdzenie: "Nie wyschnie. A jak wyschnie, to trudno". Cały proces był więc przeprowadzony z premedytacją.

 Co stało z ludźmi, którzy mieszkali na jego brzegach?

- W większości wyjechali, a ci którzy zostali, musieli zająć się uprawą pól. Ale wkrótce pojawił się następny kłopot- zbyt szybko nawodniona pustynia oddaje ogromne ilości soli. Gleba staje się jałowa, ulega degradacji i nie nadaje się pod jakiekolwiek uprawy. W ten sposób, oprócz wysuszenia morza, bezpowrotnie zniszczono około 1,5 mln hektarów ziemi w Uzbekistanie.

- W1984 roku nad morzem przestało funkcjonować rybołówstwo - woda była już zbyt daleko od portu i przestało to być opłacalne. 30 tysięcy osób pracujących w przemyśle rybnym, z dnia na dzień straciło pracę. W Mujnaku, jeszcze w 1989 roku żyło kilkanaście tysięcy ludzi, a teraz mieszka tam może 900 osób.

 Czy zobaczyłeś na miejscu widok ze zdjęć - rozpadające się kutry stojące na środku pustyni?

- Pod Mujnak można zobaczyć wraki około 10 statków ściągniętych z dna dawnego morza. Woda odchodziła bardzo szybko. Jak wspominałem, Morze Aralskie było bardzo płytkie - utrata każdego metra głębokości oznaczała cofnięcie linii brzegowej o kilkaset metrów. Rybacy, widząc co się dzieje, budowali tymczasowe porty, położone coraz dalej w głąb morza i łączone kanałami z Mujnak. Większość statków została w tych tymczasowych portach, oddalonych o wiele kilometrów od Mujnak. Kilka lat temu dno morskie po stronie uzbeckiej zostało posprzątane - przyjechały chińskie firmy i rozebrały największe statki na stal, a kilka mniejszych zostało przyciągniętych pod sam port.

 Jak wygląda teraz dno dawnego morza?

- To gigantyczna pustynia, niemal w żaden sposób nie różniąca się od krajobrazu dookoła. Gdyby posłać tam kogoś, kto nie słyszał co tu się stało, nie zorientowałby się, że była tu woda. Dopiero, kiedy wysiedliśmy z samochodu pod samym dzisiejszym zbiornikiem aralskim, zobaczyliśmy znaki świadczące o tym, że było tu kiedyś morze. Na wierzchu nie ma piasku, tylko twarda skorupa soli, którą trzeba przebić, żeby dotrzeć głębiej. Wszędzie gigantyczne ilości muszelek. No i przesiąknięty solą zapach umierającego morza. Stojąc na dnie trudno uświadomić sobie skalę zniszczeń. Widać to wyraźnie, kiedy patrzy się na nie z klifu. Przed nami olbrzymia, rozciągająca się po horyzont wanna pozbawiona wody. To widok, którego nie można zobaczyć nigdzie indziej. Bardzo smutny widok.

 Zagładę morza widać nawet z kosmosu...

- Niedaleko Morza Aralskiego, jakieś 200-300 km od jego wschodnich brzegów, znajduje się stacja kosmiczna Bajkonur, dzięki której na przestrzeni lat powstało bardzo dużo zdjęć satelitarnych zbiornika. Morze jest tak ogromne, że skalę zniszczeń jesteśmy w stanie ocenić w pełni tylko dzięki zdjęciom z kosmosu. W 1989 roku, kiedy nie ma już sporej części zbiornika, ono nadal wydaje się ogromne. Teraz zostało go już tylko 10 procent.

 Czy jest szansa na to, że Morze Aralskie wróci?

- Teoretycznie jest to realne, ale prawie nikt nie jest zainteresowany odwróceniem stanu rzeczy. Wymagałoby to, przede wszystkim, ogromnych pieniędzy na naprawę kanałów, uszczelnienie ich, wybudowanie nowoczesnych instalacji. Kłopot w tym, że rzeki zasilające morze płyną przez wszystkie państwa Azji Środkowej. A te są ze sobą skonfliktowane. Turkmeni nienawidzą się z Uzbekami i tak dalej. Wyjątkiem jest Kazachstan, w którym znajduje się część morza zwana potocznie Małym Aralem. Tamtejsze władze podejmują wymierne wysiłki, żeby uratować "swój" kawałek akwenu. I mamy przykład, że da się to zrobić! Po stronie kazachskiej 90 proc. kanałów zostało zmodernizowanych, a efekt jest taki, że Mały Aral się odradza - zwiększył swoją powierzchnię o około połowę. Jest nadzieja, że Aralsk w ciągu 15- 20 lat znowu stanie się portem. To fantastyczna sprawa. Ludność już teraz może łowić ryby. Trzeba natomiast pamiętać, że Mały Aral to tylko 5 procent całego morza...

- Najsmutniejsze jest chyba to, że na przeszkodzie odwrócenia tragicznej historii Morza Aralskiego stoją względy polityczne. Na dnie morza po stronie kazachskiej znaleziono gaz. Łatwiej go wydobywać z pustyni niż z dna morskiego. Władze Uzbekistanu nie są zainteresowane robieniem czegokolwiek.

O Morzu Aralskim wszyscy zapomnieli?

- Część Uzbekistanu, w której znajduje się Morze Aralskie to Karakałpakstan - autonomiczna republika. To odrębny naród, dyskryminowany w Uzbekistanie. Ci ludzie zostali pozostawieni sami sobie i na dodatek są systematycznie tłamszeni. Próby nagłośnienia losu Karakałpaków spotykają się ze sprzeciwem władz. Wolność słowa w Uzbekistanie nie istnieje. Nie wolno pisać o Morzu Aralskim. O tym temacie się nie mówi, nie naucza w szkołach. Na działalność medialną dotyczącą tego tematu, trzeba mieć pozwolenie rządowe, którego praktycznie nie ma szans otrzymać.

Co o tym wszystkim myślą Karakałpacy?

- Czują się bardzo pokrzywdzeni. Było to widać najbardziej, nad małym sztucznym stawem, niedaleko Mujnak, które władza, trochę z łaski, zorganizowała dla tamtejszych rybaków. Nad brzegiem stało kilkanaście małych łódek. To była kwintesencja sytuacji Karakałpaków - ktoś odebrał im całe morze, zrobił mały stawik, w którym pływają trzy ryby na krzyż, a oni mają być szczęśliwi. Tam upokorzenie i poczucie krzywdy było bardzo widoczne. Rozmawiałam z człowiekiem, koło 70., który codziennie przychodzi pod pomnik Morza Aralskiego, patrzy w horyzont i czeka na morze. Najbardziej tragicznym momentem dla starszych osób, była świadomość nieuchronności, kiedy podjęto decyzję, zaczęto wprowadzać plan. Morze co roku oddalało się, a oni nic nie mogli z tym zrobić. To było przecież całe ich życie... Mimo tej tragedii, mieszkańcy w jakiś sposób zachowują ogromną otwartość i pogodę ducha.

 Jest też problem zanieczyszczeń, które powodują że lokalni mieszkańcy mają problemy ze zdrowiem...

- To kolejna pochodna uprawy bawełny. Ta roślina wymaga ogromnej ilości nawozów i pestycydów, bo jest podatna na szkodniki. Najważniejszy jest wynik, więc chemia stosowana jest w ogromnych ilościach. Toksyczne dla człowieka substancje spływają z powrotem do rzek. Kiedyś woda zanosiła chemikalia do Morza Aralskiego, a teraz, kiedy wyschło, wszystkie te substancje zostały w piasku, który fruwa po całej okolicy. Wskaźniki zachorowań - na najgorsze choroby, jakie mogą być - raka skóry, płuc, gardła, schorzenia oczu, są kilkakrotnie wyższe niż w pozostałej części kraju. Ci, którzy pozostali, na co dzień wdychają opary, a ja, już po kilku dniach pobytu, czułem w gardle, że coś jest nie tak z powietrzem. Inny ogromny problem mieszkańców to sam piasek pustynny. Po tym, jak wyschło morze, uruchomiły się bardzo silne wiatry, więc pustynia wręcz ich pożera. Spacerując po Mujnaku, można zobaczyć domy, które są już zasypane przez wydmy.

 Na Morzu Aralskim istniała Wyspa Odrodzenia (obecnie połączona z lądem - przyp. red.), na której Armia Czerwona prowadziła testy broni biologicznej...

- To była malutka wysepka pośrodku morza. W latach 50. Czerwonoarmiści założyli tam bazę testów broni biologicznej. To był super tajny ośrodek, mówi się, że największy tego typu na świecie. O tym, co się tam działo, dowiedziano się dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego. Jeden z naukowców uciekł do Stanów i zaczął opowiadać, czym zajmował się przez ostatnie lata.

- Broń biologiczna była testowana na otwartym powietrzu. Nie tak, jak w reszcie cywilizowanego świata, w bunkrach, pod ziemią czy w szczelnie zamkniętych laboratoriach. To cud, że zarazki nie dostały się na większą skalę chociażby do Aralska czy Mujnak. Notowano pojedyncze przypadki śmiertelnych zachorowań na dżumę, ospę czy wąglika. Świat przypomniał sobie o tym dopiero w 2001 roku, kiedy wyspa przestała być wyspą, a zwierzęta żyjące tam, zaczęły przechodzić na ląd. Cały Uzbekistan popadł w trwogę. Błyskawicznie zorganizowano ekspedycję wojskową, znaleziono i zniszczono gigantyczne ilości wąglika. Przez wiele lat każdy, kto dysponował łódką, mógł tam sobie dopłynąć. Dopiero od niedawna teren jest ściśle kontrolowany przez wojsko.

 Czy w jakiś sposób można pomóc w tej sprawie?

- Są organizacje zajmujące się tematem, natomiast niewiele można robić dla samego Morza Aralskiego. Jakakolwiek pomoc dla Karakałpaków jest utrudniona, bo przechodzi przez czujne ręce władzy uzbeckiej. To, co możemy zrobić, to zyskać świadomość, że każdy ciuch, który kupujemy za 19 zł w H&M, sieciach Tesco, Nike czy Adidas, jest produkowany z bawełny pozyskiwanej w Uzbekistanie. Zbieranej co roku w czynie społecznym przez wszystkich mieszkańców Uzbekistanu, niezależnie od wieku i wykształcenia, w tym przez 400 tysięcy dzieci (niektóre źródła podają, że nawet milion). Gro znanych koncernów zaopatruje się w bawełnę właśnie tam. Nie chodzi o to, żeby bojkotować te firmy. Niektóre z nich podejmowały próby nacisku na rząd uzbecki, żeby zmienił politykę wobec lokalnych mieszkańców i egzekwował prawa, które nie są przestrzegane.

 Rozmawiała: Joanna Jałowiec

 

Bartek Sabela — łodzianin z urodzenia, warszawiak z wykształcenia, zakopiański ceper z wyboru. Zawodowo zajmuje się architekturą, grafiką i szeroko pojętym projektowaniem. We wrześniu 2012 pokaz "W poszukiwaniu zaginionego morza" autorstwa Bartka zdobył pierwszą nagrodę na Festiwalu podróżników Trzy Żywioły w konkursie "Żywioły OFF". Książka "Może (morze) wróci" otrzymała I nagrodę w konkursie "Podróże literackie". Autor ma zamiar wrócić do Uzbekistanu, by zrealizować pełnometrażowy dokument o mieszkańcach Karakałpakstanu i o tym, jak zaadaptowali się oni do nowej, dramatycznie trudnej rzeczywistości. Podróż planowana jest na jesień 2013 roku, w czasie pathy, czyli zbiorów bawełny.

Dowiedz się więcej na temat: morze aralskie | ekologia | pustynia | katastrofa ekologiczna

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje