Reklama

Reklama

Unia dla zuchwałych

Ryzykować oszczędności życia? Prosić bliskich o pożyczkę? Nie warto. Dziś, by założyć własną firmę, wystarczy wziąć unijne dotacje.

Tak jak Olga, Renata, Małgorzata. Rzuciły nudne prace i szefów. Dziś mówią: Własny biznes? To proste!

- Jarek, przeszukaj kieszenie zimowych kurtek, może są tam pieniądze! - krzyczy Olga, leżąc w łóżku. W Warszawie grypa. W domu nie ma pieniędzy nawet na polopirynę. Olga Dyżakowska jest urzędniczką na urlopie wychowawczym. Jarek dnie i noce spędza w warsztacie - konstruuje rowery.

Na koncie ma kilka patentów, nie pieniądze. - Mąż to genialny konstruktor, ale do interesów zwykle dopłaca - śmieje się Olga.

Jest rok 2006. Olga nie wie, że niedługo sama założy firmę i w dwa lata wprowadzi ją na giełdę.

Reklama

Kawiarenka w domu kultury w miejscowości Czeremcha. Blisko granica z Białorusią. Do Grodna 20 km. "Dwie kawy?". Uśmiech. "Tiramisu?". Uśmiech. "To co zwykle?". Uśmiech.

Renata Gąglewska w domu kultury ma etat nauczycielki malarstwa. Tylko że niedawno usłyszała od dyrektorki: "Otwieramy kawiarenkę. Będzie pani pracować w czasie przerw i po lekcjach. Nie stać nas na zatrudnienie kelnerek".

Renata wie, jeśli odmówi, na jej miejsce przyjdą bezrobotne plastyczki. Chętnie zaparzą też kawę. Renata zarabia 700 zł. Na podwyżkę nie liczy - budżetówka.

Wynajmuje mieszkanie. Zimowy ranek zaczyna od przeniesienia grzejnika z sypialni do łazienki - rozmraża toaletę. Gdyby ktoś powiedział jej, że za rok w środku puszczy będzie prowadziła warsztaty artystyczne, na które będą przyjeżdżać dzieci z całej Polski, nie uwierzyłaby.

"Szefie, przydałaby się przerwa na gimnastykę", żartuje Małgorzata po 10 godzinach ślęczenia przy komputerze. Słyszy: "Jest pani nowa. Już przerw się zachciewa?".

W warszawskiej firmie szkoleniowej Małgorzata Remiasz, była dżudoczka, dziś rehabilitantka, pedagog specjalny i trenerka rozwoju osobistego, odbywa staż i bardzo czeka, aż wreszcie samodzielnie poprowadzi szkolenie. Ale wciąż dostaje tylko prace biurowe.

"Pani Gosiu, jeszcze to do przepisania", szef złośliwie podrzuca jej stertę papierów, gdy zbliża się godzina wyjścia do domu. "Kiedy będę mogła zrobić coś sensownego?", podpytuje Małgorzata.

- Po trzech tygodniach zrozumiałam: nigdy - wspomina. Przerywa staż, nie mając planu awaryjnego. Ale już za kilka miesięcy poprowadzi szkolenie. We własnej firmie.

Bizneswoman? To przecież nie ja

Warszawa. Jest późne lato. Olga z mężem odpoczywa w ogrodzie obok wynajmowanego warsztatu. Grill dla sąsiadów.

"Wiecie, jakie mam największe marzenie? Pojechać z dziewczyną na rowerową wycieczkę", zwierza się Marek. Dwudziestoparolatek od dwóch lat sparaliżowany od pasa w dół po skoku na główkę do jeziora.

"Jarek, proszę cię, zrób mu rower. Taki napędzany rękami", Olga prosi męża po wyjściu gości. Pomaganie ma po mamie. Przed laty razem fundowały wakacje i ubrania córce ubogich sąsiadów.

Olga pracowała społecznie w Monarze i PCK. Teraz ma etat w Inspekcji Pracy. Bezpieczna posada, ale satysfakcji coraz mniej. - W praktyce spędzałam czas, przerabiając w nieskończoność kolejne pisma urzędowe, czekając tygodniami, aż szef postawi pieczątkę na następnym piśmie - opowiada.

Jarek konstruuje handbike, rower napędzany ręcznie, dla sąsiada. Marek jeździ z dziewczyną na kolejne wycieczki, a jego handbike robi furorę. Niepełnosprawni zaczynają zamawiać u Jarka podobne rowery.

"Niesamowite! Dzieci jeżdżą od świtu do nocy! Przekupują się gumami do żucia, by ominąć kolejkę do przejażdżki! A nie mogłem zmusić ich do żadnego sportu!", to telefon od dyrektora Caritasu. Kupił od Olgi i Jarka trzy rowery dla niepełnosprawnych podopiecznych. Z ramą w kolorowe misie.

Sypią się zamówienia. Rower napędzany ręcznie kosztuje sześć tysięcy złotych, ale niepełnosprawni dostają duże dofinansowanie.

"Jarek, pomogę ci przy rowerach. Odejdę z pracy", zaczyna przebąkiwać Olga. Jarek robi rowery na umowę o dzieło. Założenie firmy go przeraża.

- Poczuł ulgę, że zajmę się organizacją - wspomina Olga. Myśli: "Pomogę mężowi, pomogę niepełnosprawnym. I dodatkowy atut: firma w domu, więc do pracy będę mogła zabrać dziecko i psa. Gdy synek zachoruje, nie będę się tłumaczyć, czemu biorę zwolnienie".

"Nie jestem bezrobotna, ale chciałabym dotację na założenie firmy", Olga mówi to na spotkaniu w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Boi się ryzyka i nie porzuca pracy urzędniczki. Nie musi. Z projektu "Przedsiębiorczość. Zakładamy własną firmę" dostanie 20 tys. złotych.

Czeremcha. Renata z domu kultury wraca późno. Czeka na weekendy. Pojedzie do rodzinnych Suwałk. Z narzeczonym wybiorą się do dawnej leśniczówki w środku puszczy.

Renia ma tu pracownię, pisze ikony. Jurek, właściciel chaty, to ich znajomy. Wyprowadza się do miasta. "Możecie tu mieszkać. Tylko dbajcie o leśniczówkę jak o swój dom", mówi.

Renata do rana nie śpi. "Rzucić dom kultury, nie zrywać się do pracy na dźwięk budzika. Pisać ikony", marzy. Skąd pieniądze?

Słyszała o dotacjach unijnych, że najłatwiej o nie na prowincji. "Założę firmę turystyczną. Andrzej jest instruktorem harcerskim. Znają go wychowawcy okolicznych szkół. Przywiozą dzieciaki". Rankiem odwaga znika. Renata myśli: "Bizneswoman? To przecież nie ja".

"Kończy ci się umowa", słyszy kilka dni później od dyrektorki. "Wiem. Nie chcę jej przedłużyć", zdziwił mnie mój stanowczy głos.

Zrozumiałam: odejdę teraz albo utknę na zawsze - wspomina. Przeprowadza się z Andrzejem do leśniczówki i w okolicznych szkołach szuka etatu. Wreszcie rejestruje się jako bezrobotna. Dostaje propozycję kursów: grafika komputerowa lub działalność gospodarcza. Wybiera drugi.

Podwarszawskie Ząbki. Małgorzata z rodzicami i narzeczonym siedzi przy obiedzie. "Naucz się w końcu pokory!", to reakcja taty Małgorzaty na wieść o tym, że córka porzuciła pracę. "Zrobiłbyś to samo na moim miejscu", odpowiada Małgorzata.

- Grałam twardą, ale byłam bez forsy. Narzeczony właśnie przeprowadził się z Rybnika. Szukał pracy. Mimo to czułam ulgę, że odeszłam z firmy, w której nie było perspektyw - opowiada Małgorzata.

"Pomyśl, na czym się znasz i co chcesz robić", radzi on. Gośka: "Wiem, czego nie chcę: szefa nad sobą". Po chwili: "No i znam się na gimnastyce. Zrobię ją w biurowcach! Dla tych, którzy jak ja do wczoraj męczą się do późna przed komputerem! To świetny pomysł!".

Mama jak zwykle przychodzi z pomocą: "Córeczko, słyszałam o dotacjach unijnych dla bezrobotnych. Może to coś dla ciebie? Pójdę jutro do urzędu i wezmę dokumenty do wypełnienia".

- Nie było odwrotu - śmieje się Małgorzata.

Ile kosztuje jedna piłka?

"Firma turystyczna?! Potrzebna licencja. Agroturystyka? Ma pani ziemię? Płaci KRUS? Nie? Musi pani mieć inny pomysł", słyszy w Urzędzie Pracy Renata. "Chcę robić warsztaty artystyczne" - ten pomysł się podoba.

"Andrzej, a jak nie będzie chętnych? Internet jest pełen takich ofert - w noc poprzedzającą pierwszy dzień szkolenia w Urzędzie Pracy Renatę ogarniają wątpliwości. - Warsztaty w środku puszczy? Nikt tego nie robi. Uda się - uspokaja on. - Jak będzie źle, zostanę drwalem", śmieje się.

Jest kwiecień 2007 roku. W tym czasie Małgorzata stara się przekonać warszawski Urząd Pracy, by zainwestował unijne pieniądze w jej pomysł na biznes - prowadzenie gimnastyki dla pracowników korporacji.

Niezamierzenie udaje się jej rozśmieszyć dyrektora warszawskiego urzędu: "Ha, ha! Pani kpi!? Mam się tu niby gimnastykować w tym garniturze!? Na takie absurdy nie dajemy pieniędzy", słyszy. Pieniądze są dla tych, którzy proponują salon fryzjerski, solarium, warsztat samochodowy. Dostają 12 tysięcy.

Małgorzata jest wściekła. - Planowałam nawet zemstę na tym urzędasie! - wspomina. W nocy przeszukuje internet.

- Znalazłam groźnie brzmiący Zintegrowany Program Operacyjny Rozwoju Regionalnego - śmieje się. To dotacje unijne dla studentów, ale niebezrobotnych. Przyznaje je Urząd Marszałkowski, a pośredniczy Uniwersytet Warszawski.

Małgorzata jest tuż przed obroną pracy magisterskiej. Rano wyrejestrowuje się z Urzędu Pracy. I staje przed nową komisją. "Chce kupić pani piłki... Ile kosztuje jedna? - docieka komisja. - 76 zł 50 gr" - odpowiada Gosia.

Większość osób odpadnie na tym etapie. - Zadając te pozornie nieistotne pytania, komisja sprawdzała, czy mamy autentyczne pojęcie o branży, w której chcemy działać.

"Po co pani laptop? Wystarczy komputer stacjonarny. - Nie, bo będę z nim chodzić do klientów, demonstrować postęp treningu" - wyjaśnia. - Chce pani zarobić aż 48 tysięcy w ciągu roku?! - Oczywiście. To tylko cztery tysiące miesięcznie netto. Zakładam firmę, by zarabiać więcej niż dotąd" - odpowiada. Myśli: "Zdyskwalifikują mnie".

Nagle dotychczas milczący pan z komisji, mówi: "Tak, tak... gimnastyka w miejscu pracy, widziałem to na kontrakcie w Japonii. Niezłe".

Olga też ma problem z przekonaniem komisji do swojego pomysłu. - Zarzucono mi: "Chce pani wylansować się za pomocą talentu męża" - wspomina Olga.

Mówi: "Znam angielski, francuski, jestem dziennikarką, działam w organizacjach pozarządowych, więc mam kontakty w środowisku niepełnosprawnych. A dla nich są te rowery" - tłumaczy. Słyszy: "Więc chce pani męża prowadzić za rączkę? Sam sobie nie poradzi?". Komisję przekonuje jej stanowcze: "Mąż ma talent, ale nie menedżerski. A ja tak. Zostanę jego pracodawcą".

Księgowa w dredach

"Tato, pożyczysz mi cztery tysiące?", prosi Gośka. Okazało się, że unijna dotacja to aż 20 tysięcy złotych, ale i warunek: jedna czwarta własnego wkładu.

- Wstydziłam się prosić tatę o pięć tysięcy i jednocześnie bałam się tak wysokiej pożyczki. 16 tysięcy złotych brzmiało mniej strasznie niż 20 - wspomina.

"Nie musisz oddawać. Ale ostatni raz finansuję twoje wybryki", zapowiada stanowczo ojciec.

- Panie z Urzędu Pracy straszyły nas kontrolami w firmach. Zapowiadały, że jak zgubimy fakturę, to oskarżą nas o "lewe" zakupy - opowiada. Chwilami chce uciec. "Program Płatnik?! Koszty działalności operacyjnej?! Jestem humanistką, nic nie rozumiem". Jest przerażona.

Wieczorem pan Leszek, kolega taty, tłumaczy jej, czym są aktywa obrotowe i koszty uzyskania przychodów. Ona niewiele rozumie, ale część finansową biznesplanu ma napisaną. To najważniejsze.

Nazajutrz trzygodzinny wykład o tzw. tabeli przesuwnej w Excelu. "Przepraszam, chyba pomyliłam szkolenia - Gośka nie wytrzymuje. - My zakładamy maleńkie firmy, do obliczeń wystarczy nam tabelka rysowana w notesie i kalkulator", tłumaczy prowadzącemu. Słyszy, że program jest jeden i obowiązuje wszystkich.

"Rejestrujcie, państwo, firmy. Im szybciej, tym szybciej dostaniecie pieniądze", dowiaduje się Gośka na koniec szkolenia od urzędniczek. Nazajutrz zakłada firmę Body And Mind.

- Błąd - wspomina. - Pieniądze dostaliśmy, gdy wszyscy zarejestrowali działalność. Niektórym zajęło to cztery miesiące. Musiałam przez ten czas sama płacić ZUS.

Gdy wreszcie są pieniądze, kupuje matę, gumę do ćwiczeń, piłki, step, odtwarzacz CD - wszyscy lubią ćwiczyć przy muzyce. Wielka piłka rehabilitacyjna ledwo mieści się w jej małej corsie. Zasłania prawie całą szybę, ale za to świetnie przydaje się w czasie treningów osobistych. Mieszkanie maleńkie, więc sprzęt leży na balkonie.

Małgorzata zabudowuje go, chroni rzeczy przed deszczem. - Potem bałam się, że urzędnicy zarzucą mi, że za pieniądze unijne zrobiłam remont mieszkania - wspomina. "Dostaną państwo 12 tysięcy złotych. Jeśli firma przetrwa rok, dług będzie umorzony. Przez ten czas płacicie minimalny ZUS, około 300 zł", słyszy Renata na szkoleniu.

"Ty i firma?!", znajomi są sceptyczni. Renata ma artystyczną duszę i dredy. Maluje i gra na gitarze, ale nigdy sama nie wypełniła PIT-u.

- Zmartwiłam się. Tym bardziej że potrzebni byli żyranci - wspomina. "Córeczko, nie wycofuj się. Będę żyrantem", uspokaja mama.

W programie kursu spotkanie z prawnikiem, pracownikiem urzędu skarbowego, podstawy marketingu, biznesplan. - To było dla mnie zaskoczeniem. Na zajęciach okazało się, że świetnie radzę sobie z księgowością! - opowiada Renata.

Jej biznesplan przechodzi. W status działalności wpisuje, co tylko się da. A nuż firma się rozwinie. - Przy "prowadzeniu placówki oświatowej"panie z Urzędu Miasta powiedziały stop: "Uczelni to pani nie założy, brak uprawnień radnej!".

Co dzień wsiada na rower i przez las jedzie do banku w Suwałkach. Urzędniczki mają zadzwonić, gdy wyślą przelew, ale w leśniczówce komórka rzadko łapie zasięg. Po miesiącu saldo większe o 12 tysięcy, unijne dotacje dotarły na konto!

"Pieniądze można przeznaczyć tylko na materiały i narzędzia do prowadzenia działalności", przypomina sobie. Kupuje farby, koraliki do robienia biżuterii, liny do wspinaczki po drzewach i łuk. Chce samochód. Ale chyba nie może. Dzwoni do Urzędu Pracy. Jest zgoda, bo Renata działalność może prowadzić także poza miejscem zamieszkania. Na wertepach w puszczy stare tico radzi sobie świetnie.

Olga od lat pozyskiwała fundusze dla organizacji pozarządowych. Nie przewidziała, że będzie miała problem z biznesplanem.

- Dobiła mnie część finansowa. Obliczanie, ile VAT-u jest w każdej z setek części rowerowych! - opowiada. Wspomina inne absurdy: dotacji nie można przeznaczyć na reklamę.

- Nie mogłam zrobić strony internetowej! Na szczęście znajomy przygotował ją za darmo - mówi. Kilka dni po otwarciu działalności ma zdobyć zaświadczenia z ZUS-u i urzędu skarbowego, że jej nowa firma nie zalega z opłatami.

- Na szkoleniu traciłam czas na tzw. grach interpersonalnych: "Wszyscy razem udajemy stonogę i synchronizujemy kroki". Czułam, że zabawa w stonogę nie pomoże mi prowadzić firmy - śmieje się. 20 tysięcy wydaje na komputer i efektowny osprzęt do handbike´ów z karbonu, które pokaże na targach dla niepełnosprawnych.

Nazywam się Franz, Franz Nietlispach

"Hej, chciałbym wypróbować ten wózek", Olga słyszy głos za plecami. To Arkadiusz Skrzypiński. Od lat ściga się na wózkach sportowych w maratonie. Chce kończyć karierę, bo nie ma wielkich sukcesów, o jakich marzył.

Zajrzał na targi, Olga wystawia tu handbike. "Przesiadam się na wasz rower", ogłasza Arek po przejażdżce. - Rok później zdobył na nim mistrzostwo Europy - mówi Olga.

Telefony od niepełnosprawnych się urywają. A był czas, że dwaj pracownicy i przyjaciele Olgi i Jarka zamiast pensji dostawali obiady gotowane przez Olgę. Podejmuje decyzję, że rzuci pracę w urzędzie. Jest grudzień 2007 roku.

"Dobry wieczór, mówi Franz Nietlispach", w słuchawce angielski z dziwnym akcentem. Telefon odbiera Olga. Nietlispach...? - coś jej to mówi...

Już wie, to rekordzista olimpijski w rowerowej jeździe na czas w kategorii handbike´ów! Szwajcar, o którym opowiadał Arek. Franz przyjeżdża do Polski i chce, żeby zrobili dla niego rower! Na handbike´u Olgi i Jarka ustanowi nowy rekord Szwajcarii. I wielokrotnie odwiedzi Polskę. Nie chce mieszkać w hotelu. Woli nocne rozmowy z Olgą i Jarkiem. Nie wiedzą, że to zapowiedź kolejnego przełomu dla firmy.

"Zainwestuję w was", proponuje Franz. Olga od razu mówi "tak". - Byłam pewna: to facet inny niż różni pseudobiznesmeni, którzy próbowali nas oszukać, podsuwając do podpisu niekorzystne umowy współpracy - wspomina Olga.

Maj 2007 r., późne popołudnie. Renata za dwie godziny ma poprowadzić pierwsze warsztaty w leśniczówce dla dzieci z ośrodka socjoterapii w Łodzi.

- Właśnie parkowałam. Zobaczyłam dziwny widok: Andrzej i wychowawca krzyczą i walą drabiną o ścianę leśniczówki. Gromada chłopców (grupa zjawiła się przed czasem) błaga, by przestali - opowiada. Okazało się, że dzieci strasznie szalały, prawie rozniosły leśniczówkę. Andrzej zaczął zachowywać się jak one. To je rozśmieszyło i uspokoiło.

"Chłopcy, siadamy w kręgu. Kto pierwszy włoży lewy but na prawą nogę?!", mówi Renata. Ulga, spodobało się. Potem lepienie potworów z gliny. Chłopcy robią też bransoletki z koralików, nie mogą się od nich oderwać. Mówią, że to całkiem męskie zajęcie, indiańskie.

"Renia! Renia kochana!", chłopcy przytulają ją na pożegnanie. - Byłam dumna, że zdobyłam ich zaufanie - wspomina Renata. Pierwsze zarobione firmowe pieniądze wydają z Andrzejem na wakacje: jadą w Bieszczady.

"Proponuję państwu gimnastykę w miejscu pracy...", Małgorzata telefonuje do kolejnej warszawskiej firmy. W głosie entuzjazm. Kolejna sekretarka ucina: "Gimnastyka w biurze? Proszę nie żartować". Nikt nie chce połączyć Gośki z szefem.

- Sekretarki podejrzewały, że to kawał albo nowa wersja Dzwonię do pani w nietypowej sprawie.

Małgorzata osobiście pojawia się w biurowcach. Dyrektor znanego banku zbywa ją: "Nie. Bo nie będziemy trzymać w biurkach dresów. - Do gimnastykowania oczu musi się pan przebrać w dres? - Gośka pyta zaczepnie. I dodaje: - Może zrobię jedne zajęcia na próbę?

- Przekonała mnie pani - dyrektor śmieje się. W piątek o godz. 15 kilkudziesięciu menedżerów i pracowników działu obsługi klienta w garniturach i krawatach nie tylko gimnastykuje oczy, ale i wymachuje rękami i nogami na parkingu przed budynkiem banku. "Przepraszam, czy można też ćwiczyć z trenerem indywidualnie?", kierowniczka jednego z działów w szarym kostiumie zagaduje po zajęciach. Żartuje, że chce mieć własną trenerkę fitnessu niczym Madonna.

Sny pełne urzędników

10 maja 2008 r. Renia Gąglewska i Andrzej Gniady wzięli ślub. Wesele? Oczywiście w leśniczówce. - Noclegi dla gości musieliśmy rezerwować wcześniej, tylu turystów chce przyjechać tu w weekendy - śmieje się Renata.

22 kwietnia 2008 r. Wiadomości TVP1 podają, że Arkadiusz Skrzypiński wygrał w Bostonie najbardziej prestiżowy maraton świata. Olga Dyżakowska i Jarek Baranowski jedzą kolację. Widzą, jak Arek na ich rowerze mija metę. Jarek otwiera drogie czerwone wino, które czekało na specjalną okazję.

Miesiąc wcześniej karbonowy handbike dostał nagrodę dla najlepszego produktu na polskich targach rowerowych. Firma Carbon Design właśnie wchodzi na giełdę. Udało się pozyskać kolejnych inwestorów, którzy zachwycili się nowoczesną technologią: włóknem węglowym, z którego produkowane są te handbiki.

- Jestem dumna - mówi Olga. Wzrusza się, wspominając, jak współpracownicy nie zostawili jej, gdy wypłatą był obiad. Albo gdy myśli o pewnym telefonie: "Pani Olgo, mój syn sam zrobił siku!" - usłyszałam. W pierwszej chwili nie zrozumiałam. Mężczyzna to ojciec Adasia, chłopca, który od miesięcy rehabilitował się na naszym rowerze. Adaś dzięki temu odzyskał kontrolę nad funkcjami fizjologicznymi.

Dziś Małgorzata Remiasz zatrudnia trenerów. Sama pracuje do 17. Potem czas dla męża. I szkoły dżudo dla dzieci, którą jej mąż otworzył w Ząbkach. Zajmuje się nie tylko gimnastyką. Prowadzi też warsztaty rozwoju osobistego.

Niedawno, na festiwalu kobiecym Progressteron były dwa: Żeby ci się chciało, tak jak ci się nie chceJak czerpać inspirację z niezupełnie poważnej siebie.

"Stoisz w autobusie, ktoś się rozpycha. Zareaguj inaczej niż zwykle", zaczęła. "Popycham innego pasażera i mówię <>", "Pchamy się jeden na drugiego, udając domino", proponowały uczestniczki.

Na drugi dzień telefon od konkurencyjnej firmy. Propozycja pracy za świetne pieniądze. Małgorzata odmawia. - Choć czasem tęsknię za szefem, który zdjąłby ze mnie odpowiedzialność - mówi. Gdy dowiaduje się, że pracownik umawia się z klientem za jej plecami. - Albo gdy znów mam sen: urzędnicy wpadają na kontrolę. Krzyczą, że za unijne pieniądze zrobiłam zadaszenie na balkonie. Pytają, gdzie karta gwarancyjna komputera. A ja znów ją zgubiłam! - śmieje się Małgorzata.

Agnieszka Sztyler

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy