Reklama

Reklama

Za pożyczone...

Chodzi o lepsze życie. I o pieniądze, których ciągle brak. Nie będę zawsze młoda - myślą. - Dlaczego muszę czekać na mieszkanie, dobry samochód, wakacje? Biorą więc kredyt na marzenia.

Już co trzecia Polka spłaca raty. Jedne cieszą się szczęściem za pożyczone, inne budzą z lękiem, że zachorują, stracą pracę, że zostaną bankrutkami. Jest przyjemność, jest ryzyko. Jak duże?

Marta: Jutro mogę wpaść pod tramwaj

"Tu proszę złożyć parafkę. Na końcu podpis i data, dziś jest 12 czerwca 2001" - urzędniczka w banku mówi spokojnym głosem. Marcie literki wirują przed oczami. Na kartce robi się czerwony kleks. Z nosa leci krew.

"Przepraszam" - zrywa się z krzesła. - To był atak paniki - wspomina dziś. - Brałam pierwszy w życiu kredyt. Na piętnaście lat. Dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Wtedy to była dla mnie fortuna. "Boże, podpisałam cyrograf" - myślałam. Teraz Marta ma 27 lat i jest zadłużona na 250 tysięcy złotych.

Reklama

Niedawno wróciła z wakacji na Sri Lance. Pięciogwiazdkowy hotel, opcja all inclusive. Ale luksus się skończył, gdy samolot dotknął pasa na warszawskim Okęciu. Marta pożegnała znajomych. Oni wsiedli do taksówek, ona najdroższy model walizki Samsonite wciągnęła do autobusu linii 175, który jedzie z lotniska do centrum Warszawy.
Trzeba oszczędzać - zaraz będzie musiała zapłacić pierwszą ratę. Na Sri Lankę pojechała na kredyt. Koszt osiem tysięcy plus odsetki, razem dziewięć dwieście. - Dopłacam, owszem - mówi Marta. A jak jutro wpadnę pod tramwaj? Co będę miała z życia?
Szezlong i kluski leniwe

1999 rok, dworzec kolejowy w Giżycku. 19-letnia Marta wsiada do pociągu do Warszawy. W plecaku indeks na psychologię. Ojciec wciska córce dwa banknoty dwustuzłotowe.

"Tato, poradzę sobie" - śmieje się Marta. - Wpadłam w euforię, zaczynało się moje "nowe, lepsze życie", wyrywałam się z prowincji - opowiada.

- Rodzinny dom z ogrodem zamieniałam na wynajęty od emeryta pokoik. Warszawa była jak magnes. Miałam zostać na wsi i jak tata uprawiać pola rzepaku? Nigdy!

Kuzynka z Warszawy obiecuje Marcie pomoc. - "Załatwię ci pracę w firmie fonograficznej. Zaczniesz od sortowania listów, potem zobaczymy" - obiecuje. Pierwsze tygodnie: Marta podaje kawę Justynie Steczkowskiej, odbiera telefony od agenta Perfectu. Dostrzega, jak odstaje od ludzi z firmy.

30-latkowie mają mieszkanie, samochód. Ona o stabilizacji tylko marzy. Bardzo nie lubi wracać do wynajętego pokoju, gdzie co wieczór sama przy gierkowskiej ławie je kolację. Ale ludzi z pracy nie zaprosi, wstydzi się.

Po dwóch latach szef docenia jej entuzjazm i to, że bez protestu zostaje do 22. "Agentka artysty X rodzi dziecko - słyszy Marta. - Chcesz przejąć jej obowiązki?". Czy chce? Jasne, dla niej to przepustka do lepszego życia. Wreszcie dostaje znaczną podwyżkę.

Dotąd, kiedy co rano mijała plakat "Kredyt hipoteczny Własny Kąt", czuła frustrację. Teraz wychodzi z banku z plikiem wniosków. "Kupię sobie własny kąt" - myśli. I to nie byle jaki. Najlepsza lokalizacja - mieszkanie w Wilanowie.

Rodzice pomagają Marcie, sprzedają kawałek ziemi trzymany na czarną godzinę. Córka dostaje od nich 100 tysięcy. 90 tysięcy ma z kredytu. Wystarcza na stan surowy. Na urządzenie Marta "dobiera" 80 tysięcy w innym banku.

Nowy kredyt dostaje bez problemu, zarabia sześć tysięcy, jest wiarygodną klientką. Tym razem, kiedy podpisuje nową umowę, jest spokojna. Następnego dnia otwiera internetową stronę banku. Stan konta: niecałe 80 tysięcy złotych.

Po pracy rusza na zakupy. Lampa, sofa, może dywan z Mediolanu, który widziała w katalogu. W drodze do galerii z meblami wpada do baru mlecznego. - Udawałam, że jem tam obiad z sentymentu za PRL-em - opowiada. - Ale barszcz ukraiński i leniwe kosztowały 5,50 zł. A ja przyrzekłam sobie, że nie wydam na jedzenie więcej niż dziesięć złotych dziennie. Espresso w bufecie w pracy kosztowało pięć.

All inclusive

Wielkanoc 2004 roku. Parapetówka w nowym mieszkaniu. W zaproszeniu Marta pisze: "Błagam, dziewczyny, bawmy się na bosaka!". Jej egzotyczna podłoga z teaku (rata 120 zł miesięcznie) mogłaby tego nie wytrzymać.

"Fajna kuchnia, ale na uchwyty już nie wystarczyło?" - żartują znajomi. A ona w swojej kuchni na kredyt w wysokości 40 tysięcy zamontowała szafki "na dotyk". Wystarczy przyłożyć dłoń i się otwierają. W blacie ukryty piekarnik - wysuwany po naciśnięciu guzika.

- Miało być pięć gwiazdek - opowiada Marta. - I jest. Przyznaję, mieszkanie dodało mi pewności siebie. Wreszcie poczułam, że nie jestem już zahukaną gąską z Mazur, tylko niezależną kobietą, która nie musi na nikim się opierać. No i mogę zapraszać gości. Robię kolację, oglądamy filmy na dvd. Czuję się potrzebna.

Najfajniejsze są poranki na tarasie. Marta podaje przyjaciółce latté i chałkę z dżemem od mamy. - U rodziców wspólne posiłki były święte. Dawały poczucie bezpieczeństwa. Przez kilka lat w Warszawie bardzo mi ich brakowało. Teraz nadrabiam zaległości - tłumaczy - Chciałam, żeby mój dom był jak z marzeń, bo to moja stabilizacja. Jestem dumna z ekspresu ciśnieniowego i lodówki. Kupiłam wymarzoną, czarną, firmy SMEG, oczywiście na raty. Patrzę na nią i zwyczajnie się cieszę.

Na czarną godzinę

Nie chwali się, że raty kredytów zabierają 60 procent zarobków. Nie lubi przypominać sobie, jak bardzo jest zadłużona. Choć czasem męczy ją sen, w którym dostaje wypowiedzenie. "Co będzie, jeśli stracę pracę?" - myśli, kiedy budzi się w nocy. Niedawno zwolniono dziewczynę, która wróciła po urlopie macierzyńskim. Jej obowiązki przejęła między innymi Marta.

- Czasem mam dość humorów szefa, pracy w weekendy. Ale kiedy dyrektor dzwoni i mówi: "Zebranie w piątek o 20, potem wsiadasz do pociągu i ruszasz w trasę koncertową", nie odmawiam.

To co, że rezygnuję z osobistych planów. Trzeba być elastyczną. Więc randki, marzenia o kursie fotograficznym czy pomysł na długi wyjazd do Azji Marta uzależnia od pracy. - Długi skończę spłacać, kiedy będę siwa i pomarszczona - żartuje. - Albo wezmę kredyt na operację plastyczną. Wśród koleżanek to niemal powszechne zjawisko - dodaje.

"Nie strach tak żyć na kredyt?" - martwią się rodzice. A gdyby coś się stało: zalało mieszkanie, trzeba było zapłacić niespodziewanie podatek? Marta rozkłada ręce. Nie ma oszczędności.

Koło ratunkowe? Brak, obciążenia na 25 lat.

Marta pamięta, jak mama trzymała w pudełku po herbatnikach zwitek banknotów opasany gumką recepturką. Powtarzała: "Córeczko, trzeba coś odłożyć na czarną godzinę. Nigdy nie wiesz, jakie nieszczęście może się zdarzyć". Teraz puszkę zastąpiło konto bankowe. Rodzice mają na "godną emeryturę". Marta spłaca raty i minimalne kwoty na rachunkach kart debetowych, żeby co miesiąc odnawiał się jej kredyt. Na czarną godzinę nie ma. Już niedługo, bo ma nowy pomysł.

Weźmie 15 tysięcy złotych kredytu hipotecznego. W banku powie, że to na urządzenie mieszkania. Pieniądze włoży na zyskowną lokatę. - To będą moje oszczędności. Co z tego, że na niby?

Zuzanna: na życiu się nie oszczędza

Notatka w prasie: "48-letni mieszkaniec Pabianic popełnił samobójstwo, bo nie mógł spłacić długów. W liście pożegnalnym napisał: Cholerny kredyt zabrał mi życie". Zuzanna czyta tekst w pociągu do Kołobrzegu. - Mnie kredyt uratował - myśli. - Nie raz.

Teraz jedzie na pierwsze od lat wakacje. Wzięła na nie pożyczkę konsumpcyjną. Siedemset złotych rozłożone na dwanaście miesięcy. Spłaci je razem z ratami za kanapę i kurs pilotów wycieczek zagranicznych dla córki. Gdyby nie kredyty i pożyczki Zuzanna, autorka książek, nadal spałaby na rozwalającej się wersalce, a 18-letnia córka nie miałaby szansy na pracę za granicą. W Chorwacji będzie rezydentką w eleganckim hotelu. - "Pomogę ci spłacić długi" - obiecała mamie, wsiadając do autokaru. Samolot za tysiąc dwieście złotych to ekstrawagancja. Może linie lotnicze wprowadzą kiedyś bilety na raty?

Na ładne oczy

Zuzanna ma na koncie piętnaście powieści i piętnaście kredytów. Właśnie zabiera się za pisanie szesnastej, a w banku stara się o szesnastą pożyczkę. Miewa wieczory autorskie, jeden z jej tytułów krytycy chcieli nawet zgłosić do nagrody Nike. "Na raty" zaczęła żyć trzynaście lat temu.

Dobrze pamięta "pierwszy raz" w 1994 roku. Rozmowa w banku: - "Wykształcenie? - Historyk. - Zawód wykonywany? - Piszę książki. - Odmowa. - Ale ja mam nóż na gardle. - Przykro mi, nie może pani udokumentować stałych dochodów".

Zuzanna stara się o niewielką jak na tamte czasy kwotę: 40 milionów starych złotych (dziś cztery tysiące). W spółdzielni przyznano jej mieszkanie. Potrzebuje pożyczki, by wyprowadzić się z 19-metrowej klitki, gdzie mieszka z córką. Rodzina rozkłada ręce. Zuzanna odwiedza osiem banków. "Odmowa. Może jak zatrudni się pani na etacie?" - słyszy.

Zostają 24 godziny. Znajomy podpowiada bank w Podkowie Leśnej. - Rozpłakałam się przed urzędnikiem - wspomina. - I stał się cud: "Dobrze. Jeśli znajdzie pani trzech żyrantów, udzielimy pożyczki, choć się nie należy. Powiedzmy, że to kredyt na ładne oczy". W tym większym mieszkaniu Zuzanna mieszka z Julią i seterem Balzakiem do dziś.

Na lodówce, na lustrze, na monitorze komputera - wszędzie żółte karteczki z notatkami: Maks: 300. Minimum: 150. Obok inne: Czynsz 270. Rata w banku: 120. Rata w IKEA 180.

- Dom to przedsiębiorstwo - tłumaczy Zuzanna, która bez etatu jest zdana na łaskę redakcji, z którymi też współpracuje. - Żyję ze zleceń. Nigdy nie wiem, ile dostanę za artykuł, więc zakładam stawkę minimalną (150) i maksymalną (300), pod spodem robię rubrykę: winien - opowiada. - Te żółte karteczki - raty, rachunki - porządkują moje życie. Tu napiszę artykuł o budownictwie, tu zadiustuję tekst.

Zamówienia nie trafiają się często. Wypadłam z obiegu, bo Julka dużo chorowała, więc ja zawalałam terminy. Zostałam wolnym strzelcem, zresztą zawsze chciałam pisać książki. Nie przypuszczałam tylko, że to tak marnie opłacane zajęcie. Kiedyś wyliczyłam "pensję" za powieść. Honoraria podzieliłam na godziny spędzone przy komputerze. Wyszło średnio czterysta złotych miesięcznie. Umowy z pisarzami są nieuczciwe. Szczególnie gdy autor chce gotówkę od ręki.

"Pamiętaj córeczko, nie jesteś biedna" - Zuzanna powtarza Julce to zdanie, ilekroć córka wzdycha: "Koleżanki jeżdżą za granicę, mają ciuchy z Zary. - Może i tak, ale za to żadna nie ma matki pisarki"- pociesza ją Zuzanna. I Julka się rozchmurza. Kiedy widzi, że córka wpada w chandrę, decyduje: "Idziemy do restauracji, a potem kupimy ci modną bluzkę". "Nie zapłacę w terminie czynszu, ale poprawię humor dziecku" - myśli. Bywało, że w portfelu miała tylko łuski od karpia. - Mama zawsze powtarzała: kto ma łuski, ma pieniądze - śmieje się Zuzanna. - Mnie nie zawsze się to sprawdzało. Do czasu, aż odkryłam kredyty.

Bank jak anioł stróż

Pierwszy - ten na mieszkanie - spłaca przez dwa lata. Nie ma konta, więc kiedy przychodzi dzień raty, wsiada z Julką do kolejki WKD i zawozi należność osobiście. Po załatwieniu formalności nieraz przy stanowisku kredytowym słychać śmiech. Zaprzyjaźnia się z urzędniczkami, przynosi im swoje książki. "Bo ty jesteś taka normalna - słyszy Zuzanna. - Myślisz, że my nie żyjemy na kredyt?". W drugim, znacznie większym banku, Zuzanna też ma koleżanki.

- Nie pozwolą mi spaść na dno. Bank nade mną czuwa - opowiada. - Dzwoni pani Monika albo Lilka i mówi: "Coś niedobrze się dzieje na rachunku. Znowu nie płacą za książkę? Niech pani wpadnie, zaradzimy".

- Nie chodzi o wciśnięcie nowego kredytu - zapewnia Zuzanna. Chyba działa babska empatia. Już kilkakrotnie dało się obejść przepisy. Żeby dostać kolejne pożyczki, zatrudniła się na ćwierć etatu w magazynie astrologicznym. Dzięki temu bank przyznaje jej trzy tysiące na kurs malarstwa dla Karoliny. - Na wykształceniu nie wolno oszczędzać - mówi Zuzanna. Kurs zaliczony, kredyt spłacony, dziecko jest na drugim roku grafiki. - To jest frajda - mówi. Co z tego, że na kredyt. Radość kosztuje.

Boże Narodzenie trzy lata temu. "Jedziemy do świętego Mikołaja. Do IKEA. Z wersalki wychodzą sprężyny, regał złamał się od książek", decyduje Zuzanna. W punkcie ratalnym pokazuje PIT za ubiegły rok i pyta: "Na ile mogę się zadłużyć? - Dwa tysiące" - kalkuluje doradca. Wystarcza na sofę i największy w sklepie regał na książki. Julka je policzy - 753. Po roku jest ich 834.

- Zaciągnęłam mój ulubiony kredyt - mówi Zuzanna - kupuję książki na raty w księgarni wysyłkowej. Do dziś płaczę za tymi, które sprzedałam, kiedy nie miałam za co kupić jedzenia.

Kasa z nieba

Marzec 2008 roku. Zuzanna czyta w gazecie rubrykę z zestawieniem kosztów jedzenia dziś i rok temu. Chleb: 2,20. Teraz 2,70. śmietanka do kawy: 1,70. Obecnie: 2,60. Znowu zabraknie pieniędzy pod koniec miesiąca. "Może powiększę debet na koncie? - zastanawia się.

- Znajomi mówią, że jestem niepoczytalna. Szesnasty kredyt?". - "Zuzanna, bój się Boga!" - pukają się w głowę. - A ja lubię moje długi - uśmiecha się. - Na razie mam zobowiązania do 2013 roku. Będę miała pięćdziesiąt lat. Zuzanna boi się tylko czerwca. Wtedy przychodzi rachunek za gaz: rozliczenie ogrzewania i ciepłej wody za sezon zimowy. Na ogół dwa tysiące. W tym roku na fakturze kwota: 4237,25 zł.

- Popłakałam się - wyznaje. - Zadzwoniłam do przyjaciółki: "Chyba doszłam do ściany, nie wiem, skąd tyle wezmę. - Pomódl się - słyszy. - Jest specjalna modlitwa o pieniądze". Znalazłam pacierz w internecie. Wyklepałam go wieczorem, uśmiechając się w duchu: "Zamówię sobie kasę w niebie!".

Następnego dnia zadzwonili z wydawnictwa z propozycją. Felietony o kuchni. Płatne od ręki, czterysta złotych za tekst. I kolejny telefon: w "National Geographic" chcą serię tekstów o polskich zamkach. Boski bank ustosunkował się przychylnie - ironizuje Zuzanna. - Będę miała większy dochód. Wezmę nowy kredyt. Przylepię kolejne żółte karteczki z rubryką "winien" i "ma". Na życiu się nie oszczędza.

Małgorzata: być to mieć

Nie będę Kopciuszkiem - myśli Małgorzata podjeżdżając pod ośrodek spa na Mazurach. Jest rok 2001. Przyjechała na spotkanie integracyjne firmy. Przed wejściem logo korporacji, dla której pracuje. Na parkingu luksusowe samochody. Małgorzata zawraca. Nie zaparkuje obok kolegów. Przyjechała dziesięcioletnim oplem. W tym towarzystwie to ma znaczenie.

Następnego dnia dzwoni pod numer infolinii "Leasing dla osób prywatnych". Nie zastanawia się pięciu minut, czy brać kredyt. Pracuje w dziale personalnym w największym w Europie koncernie produkującym jedzenie. Walczy o awans. Nie wypada, żeby jeździła starą astrą.

Siedem lat później. Osiedle w podwarszawskim Konstancinie. Na podjeździe volvo, obok terenowa honda. Ogrodnik kosi trawę.

- Nie sposób obejść się bez pomocy - tłumaczy Małgorzata.

Jej dwuletnią córeczką zajmuje się niania z agencji. W domu jest gosposia, czasem wpada pan Zbyszek, złota rączka, bo mąż Małgorzaty jest równie zajęty, jak ona (odpowiada za kontakty z kluczowymi klientami w korporacji IT).

- Opiekunka dla Zosi, nauczycielka niemieckiego dla mnie, architekt wnętrz... Pomaga sztab ludzi - uśmiecha się Małgorzata. - Jest jeszcze jedna ważna postać: doradca finansowy - mówi.

- Gdyby nie on, nie odkryłabym, że kredyt to jeden z najlepszych pomysłów. Nie poleciałabym balonem nad pustynią Gobi, nie mogłabym wysłać dziecka do najlepszego przedszkola. - Nie odziedziczyłam majątku, rodzice byli niezamożni - wyjaśnia. - Dzięki kredytom szyję sobie życie na miarę.

Kefir i magazyn "Forbes"

Lata 80. Małgosia z rodzicami i bratem mija tablicę z napisem "Ateny". Od dwóch tygodni podróżują po Grecji żółtą zastavą. Na dachu namiot, materace, zapas jedzenia z Polski.

- Pamiętam, jak przejeżdżaliśmy przez Plakę, dzielnicę Aten z willami położonymi w cytrusowych ogrodach. Dla mnie to był świat z bajki - mieszkaliśmy w bloku w Pruszkowie. Nie chciałam zwiedzać Akropolu. - "Tato, zabierz mnie do Plaki"- prosiłam, chciałam pooddychać znowu tamtym luksusem. Potem kupowałam gazety o gwiazdach, tęskniąc za życiem z fotografii.

Kiedyś na studiach (zarządzanie, UW) podczas lektoratu z francuskiego zadano nam wypracowanie: "Być czy mieć". Napisałam: "Dla mnie być to także mieć". Wywołałam oburzenie.

- "To dlaczego ludzie tak gonią za pieniędzmi?" - zapytałam łamaną francuszczyzną. Coś się zmieniło? Nadal tak uważam. Tylko po francusku mówię płynnie.

W 2005 roku Małgorzatę wzywa prezes koncernu. Boi się, że to wstęp do zwolnienia. Przeciwnie. Dostaje awans. Poprowadzi cały dział personalny. Wyżej nie mogła zajść.

Ma 33 lata i pensję 25 tysięcy złotych netto. - Traktuję to jak bonus za lata intensywnej nauki, żeby mieć stypendium naukowe, a w efekcie lepsze perspektywy na pracę. Na studiach mieszkałam w trzyosobowym pokoju w akademiku - tłumaczy. - Na śniadanie była bułka z kefirem. Oszczędzałam, żeby kupić magazyn "Forbes". Tam czytałam o fortunach. O VIP-ach. Teraz sama jestem VIP-em - mówi półżartem.

- Dla banku każda osoba ze stałym dochodem co najmniej sześciu tysięcy na rękę to już klient "specjalny". Małgorzata dobrze zna salę, w której obsługiwani są tacy klienci jak ona w budynku Metropolitan przy placu Teatralnym w Warszawie. Tu przynajmniej raz w miesiącu spotyka się z osobistym doradcą kredytowym. Miękkie fotele, cicha muzyka w tle. I obietnica luksusu, o którym właśnie przyszła rozmawiać.

- "Pani zarobki netto? - 25 tysięcy, drugie tyle zarabia mąż. - Aktywa? - Dwa luksusowe samochody częściowo spłacone i nieruchomości, wszystkie w kredycie. - Państwa zdolność kredytowa to prawie sześć milionów - słyszy Małgorzata. - Jaka jest wartość nieruchomości, którą jesteście zainteresowani? - Milion".

Kilka lat wcześniej. Pierwsze spotkanie w sprawie kredytu. - Mieszkaliśmy z mężem w wynajmowanej kawalerce - opowiada. - Chcieliśmy kupić mieszkanie na Kabatach. Przy naszych dochodach kredyt na 240 tysięcy dostaliśmy bez kłopotu. W ciągu trzech lat ceny za metr kwadratowy mocno idą w górę. Na sprzedaży naszego mieszkania zarobiliśmy 120 tysięcy. Apetyt rośnie. Następny strzał: piętro domu na starym Mokotowie. To już nie 300 tysięcy. Kosztuje milion. Kolejny wniosek o kredyt hipoteczny. Miesiąc później Małgorzata podpisuje u notariusza akt kupna. Rata kredytowa: pięć tysięcy złotych. Po dwóch latach ich nieruchomość jest warta trzydzieści procent więcej. Podobnie jak mieszkanie w Wilanowie (450 tysięcy za stan surowy) i dom w Konstancinie, w którym Małgosia mieszka z rodziną.

- W naszym środowisku dom plus dwa, trzy apartamenty na wynajem to norma - tłumaczy. - Taki stan posiadania świadczy o rozsądku. Masz dobrą pracę, więc inwestujesz w pewny biznes. Czyli w nieruchomości.

Czarny scenariusz jest OK

Raz w miesiącu Małgorzata robi, jak mówi: "wieczór pokuty". Usypia Zosię, otwiera wino i sięga po stos korespondencji. Na kopertach stemple banku. Podlicza raty: trzy domy, dwa samochody, kuchnia, kosiarka do trawy, prowizja za przyznanie kolejnego kredytu (na dom w Marbelli) - w sumie 15 tysięcy złotych. Zostaje 35 tysięcy. Dużo, ale przy wystawnym trybie życia nie ma oszczędności.

- To co, że mam milionowe długi, które spłacę w roku 2038. Czuję się bezpieczna. Zdecydowaliśmy się powiększyć raty o ubezpieczenie od utraty pracy. To kilkaset złotych miesięcznie więcej, jednak gwarancja, że gdyby spadły nam dochody, przez pół roku będziemy pod ochroną. Poza tym mogę sprzedać nieruchomość. Znajomy zainwestował półtora miliona w mieszkanie w alei Róż w Warszawie. Dzwonił wczoraj: "Musimy oblać sukces. Sprzedałem mieszkanie za dwa i pół". Nawet w najczarniejszym scenariuszu - oboje tracimy pracę, dopada nas choroba - jest koło ratunkowe - mówi Małgorzata. - Nie znajdę się nad przepaścią.

"Na świecie rośnie w siłę armia snobów. Przez naśladownictwo chcą stać się więksi, mądrzejsi, niż są" - przeczytała w magazynie. Obok psychotest: "Czy jesteś snobem?". - Zrobiłam go z ciekawości - opowiada. - Wyszło, że cierpię już na stadium terminalne - żartuje. Był też opis: "Cechom zewnętrznym, które niewiele o tobie mówią, nadajesz rangę walorów osobistych. To obrona przed kompleksami, kupowanie statusu społecznego". Małgorzata nie lubi takiego bełkotu. Woli myśleć: stać mnie na lepsze życie. Można awansować, wygrywając w totolotka. Albo jak Nikodem Dyzma blefować i wkradać się na salony. Ja biorę kredyty. Nie chcę już być Kopciuszkiem.

Agata: zderzenie ze ścianą

"Proszę spojrzeć na widok za oknem. Gdzie pani znajdzie takie morze zieleni?" - pyta agentka. Cicha okolica, metro, multipleks. - "Widziała pani zabytkowy piec kaflowy?". "To jest to" - myśli Agata, choć na razie mieszkanie jest ruiną: zgniła podłoga, sufity szare od dymu. Ale w starych murach jest dobra atmosfera. - "Kupuję" - decyduje. Drogo - 320 tysięcy - ale Agata ma dobrą pracę.

Weźmie maksymalny kredyt. Przecież w życiu zawsze kieruje się wiarą: jakoś to będzie. Jest rok 2003, Agata właśnie kończy 30 lat. "Sprawię sobie wyjątkowy prezent" - uśmiecha się do siebie. Wieczorem wierci się na wersalce w wynajętym mieszkaniu. Wyobraża sobie przyszły dom: "Tam stanie komoda. Ściana w kolorze karmazynowym, przeszklone drzwi do salonu. Szarpnę się na dobry rzutnik i żyrandol z kryształków". Zasypia przy planach łazienki: "Szare betonowe ściany, rury pomaluję na różowo...".

Trzydzieste piąte urodziny Agaty. Dziś pełnia, znowu nie może zasnąć. W pokoiku dwa na trzy metry mieści się materac, w rogu komoda na ubrania, która służy jednocześnie za biurko. Z mieszkania z duszą i widokiem zostały zdjęcia. Agata mieszkała tam kilka miesięcy. Zaciągnęła kredyt, którego nie była w stanie spłacić.

Jazda na oślep

Rok 2003. - "Gratuluję - mówi redaktor naczelna prestiżowego miesięcznika dla kobiet. - Masz umowę na czas nieokreślony. Dostajesz podwyżkę. Będziesz zarabiać siedem tysięcy brutto".

W nowej umowie widnieje tytuł: redaktor działu kultury. Rok wcześniej Agata przychodzi do redakcji, żeby zastąpić dziennikarkę, która jest na urlopie wychowawczym. Dobrze sobie radzi. Szefowa chwali: "Jesteś moją najlepszą inwestycją, nie mogę cię puścić, dam ci etat".

- Poczułam się bezpiecznie, miałam pracę, nadszedł czas, żeby wynieść się z wynajętej kawalerki - opowiada Agata. W banku urzędniczka z uśmiechem komunikuje: "Ma pani zdolność kredytową na 400 tysięcy". Nie powinno być żadnych problemów. Agata bierze 350 tysięcy (mieszkanie plus remont, może wystarczy jeszcze na kilkuletni samochód - myśli).

Następnego dnia dzwoni: "Chciałabym 400 tysięcy". Mimo rozłożenia na 35 lat rata jest wysoka: około dwóch tysięcy złotych miesięcznie. "Dam radę" - myśli. Na decyzję musi poczekać kilka tygodni. Przy ekspresie do kawy opowiada o planach: - "Maluję ściany, kupię krzesła i zrobię parapetówkę". Decyzji z banku nadal brak, a w redakcji rewolucja. Ulubiona naczelna zostaje zwolniona. Nowa spotyka się z pracownikami. Agata jest spokojna - to jej koleżanka z poprzedniej redakcji.

- Pamiętam, jak pełna entuzjazmu weszłam do gabinetu - wspomina. - Zobaczyłam kwaśną minę i jakieś pismo na stole. Szefowa unikała mojego wzroku: - "Są cięcia, musimy ograniczyć etaty. Przyszłaś tu na zastępstwo za Kasię, która wraca z urlopu. Podpiszmy rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. Agata jest w szoku. - Ale ja staram się o kredyt, wpłaciłam już 20 tysięcy zaliczki za mieszkanie - prosi. - OK, w imię naszej starej znajomości. Masz miesiąc, potem się rozstajemy". Tego samego dnia telefon z banku: "Dostała pani kredyt". - Nie zastanawiałam się, czy się wycofać - opowiada. - Mogę mieć wszystko - myślałam. - Zbyt przywiązałam się do wizji własnego domu. "Uważaj! Idziesz na czołowe zderzenie" - ostrzega przyjaciółka.

Ktoś doradza: "Zanim podpiszesz wymówienie, idź na fikcyjne L4" - wspomina Agata. - Przez pół roku "cierpiałam" na korzonki, tyle mogłam być na zwolnieniu. Miałam szukać pracy, ale scenariusz był inny. Mama poważnie zachorowała. Diagnoza: nowotwór. Wymagała opieki, więc odpuściłam szukanie pracy, żyłam z pieniędzy za zwolnienie. I znowu myślałam: "Jakoś to będzie". To była jazda na oślep.

Prośbą i groźbą

Rok później. Agata chodzi po swoim mieszkaniu z kubkiem melisy. Truchleje na dźwięk dzwonka. Skrada się do wizjera. Pewnie znowu listonosz z poleconym. "Nie odbiorę" - myśli. Od miesięcy dostaje listy z banku. - Najpierw to były grzeczne upomnienia: "Szanowna pani, na koncie występuje zaległość". Jedna niespłacona rata. Dwie, trzy. Kolejne monity i groźba: "Zmuszeni jesteśmy wystosować wniosek egzekucyjny do komornika".

Potem Agata przestaje odbierać korespondencję. Nie wie, że w umowie z bankiem jest zapis: "Trzeci nieodebrany list (awizo w skrzynce) uznany jest za dostarczony". Od pół roku nie ma pracy. Na rynku brak etatów, zresztą i tak musi być dyspozycyjna - stan matki jest coraz poważniejszy. Nie jest w stanie spłacać regularnie zadłużenia.

- Przez chwilę ratowałam się pożyczkami od przyjaciół. Brat przysłał z Holandii pieniądze na dwie raty. Wykorzystałam limity na kartach kredytowych, potem zamknięto mi rachunki,nie było stałych wpływów - opowiada.

- Dorywcze zajęcia - uczyłam angielskiego - pozwalały na skromne przeżycie. Dług z odsetkami rósł w błyskawicznym tempie. Trafiłam do BIK-u (rejestr dłużników), co zablokowało moje wnioski o pożyczki w innych bankach. Kredyty są dla zdrowych i pracujących - mówi smutno Agata. - Pamiętam, jak siadałam przy moim nowym stole z kartką i ołówkiem. Liczyłam pieniądze za korepetycje: "12 godzin tygodniowo po 30 złotych równa się 1440 złotych miesięcznie. Rata: 2000 złotych". Wciąż byłam na minusie, a musiałam z czegoś żyć. Chorej mamie nie mówiłam, jak jest źle, kupowałam nawet czasem prezenty, żeby poprawić jej humor. Doszło do tego, że rano robiłam makijaż ekskluzywnymi kosmetykami (zostały z czasów pracy w miesięczniku), a po południu szłam do supermarketu i szukałam przeterminowanych produktów, żeby było taniej.

Bank dotrzymuje słowa. Po kilku niezapłaconych ratach wszczyna postępowanie komornicze. Najpierw egzekutor zajmuje połowę dochodów na koncie - jeszcze w czasie zwolnienia lekarskiego. Kiedy nic już nie wpływa, dzwoni i grozi: "Zlicytujemy majątek". Przychodzi w końcu do domu. Na laptop i telewizor nakleja banderole: "Zajęte przez komornika".

Agata ze wstydu i strachu nie jest w stanie powiedzieć słowa. Obawia się najgorszego. Słusznie. Za chwilę bank zajmie także mieszkanie. - Byłam nad przepaścią - wspomina - jak bohaterka filmu Plac Zbawiciela, która przez tarapaty finansowe targa się na życie swoje i dzieci. Ja nie miałam myśli samobójczych... Modliłam się. Przecież zawsze wychodziłam z opresji. Ta mnie przerosła.

Nad przepaścią

Agata działa histerycznie - postanawia sprzedać mieszkanie. Dzwoni do biura ogłoszeń. Dyktuje: "Pilnie sprzedam mieszkanie. Dobra lokalizacja, dużo zieleni". Za późno. Bank wszczął postępowanie egzekucyjne. To blokuje jakiekolwiek ruchy Agaty. Nie może już sprzedać nieruchomości, zresztą kto chciałby dom zajęty przez komornika.

- Gdybym otwierała listy i zamiast uciekać, potraktowała poważnie ostrzeżenia banku, sprzedałabym mieszkanie. Być może odzyskałabym większość pieniędzy. Chowałam głowę w piasek i przegrałam mieszkanie. Agata wyprowadza się do mamy, kiedy dostaje informację: "Nieruchomość zostanie zlicytowana". Prędzej czy później doszłoby do eksmisji. Do drzwi zapukałby komornik w eskorcie straży miejskiej i lekarza ze środkami uspokajającymi (na wypadek, gdybym wpadła w histerię). - Mieszkanie sprzedano za 450 tysięcy, co pokryło znaczną część długu - mówi Agata. - Nadal mam do zapłacenia 30 tysięcy, odsetki i opłaty egzekucyjne. Co miesiąc, kiedy przychodzi koperta z banku z wysokością raty, boję się. Odruch Pawłowa: widzę logo banku - robi mi się niedobrze z nerwów. - Przeżyłam czołowe zderzenie, przed którym ostrzegała przyjaciółka - żartuje gorzko. - Jeszcze się nie wylizałam.

Czasem przejeżdża pod "swoim" mieszkaniem. Zagląda w okna, w których przez chwilę wisiały jej jedwabne, ręcznie malowane zasłony. Było tam biuro sprzedaży wysyłkowej, teraz w oknach pusto, właściciel chyba się wyprowadził. "Czy moje mieszkanie wciąż na mnie czeka? - zastanawia się. - Nie doczeka się" - odpowiada w duchu.

Wpadka w banku będzie się za nią ciągnąć jeszcze przez kilka lat, sejm właśnie uchwalił, że dane w rejestrze o nierzetelnych dłużnikach są przechowywane zamiast pięciu, dziesięć lat. Nikt nie udzieli jej pożyczki. - Nie mam szans nawet na kupno patelni na raty - mówi Agata. -

Marta Bednarska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje