Reklama

Reklama

Raport: Polka na diecie cz.3

Dla mężczyzny, dla siebie, bo kolorowe magazyny, presja środowiska. Bo mówią, że szczupłym łatwiej o pracę. Jest sto powodów, żeby się odchudzać. "Liczy się dusza, nie ciało".

Katarzyna, start: 90 kilogramów

Trzy lata temu. Katarzyna jest singielką, ma dobrą pozycję w branży PR. Wstaje, robi kawę. Śniadanie? Zamyka lodówkę, nie ma ochoty, zje coś w przerwie. W południe w knajpce niedaleko firmy zamawia pierogi z jagodami.

Dwa lata temu. W pracy super, awansowała, do domu wraca później, odpoczynek zaczyna od wielkiej kolacji, bo w ciągu dnia trudno jej wyrwać się na coś konkretniejszego. Zmienia ubrania na rozmiar większe. Sukces kosztuje. Wzmaga się apetyt. Dobrze, że świeże pieczywo można kupić nawet o 21. Do tego dobra wędlina, wiejskie masło.

Reklama

Katarzyna musi rozstać się z ulubionymi pierścionkami, przestały wchodzić na palce. Kostiumy zamienia na ciuchy z dzianiny i bawełny.

Rok później. Nie może dostać dobrych butów, podbicie we wszystkich wygląda jak ściśnięta poduszka. Bransoletki nieładnie opinają przeguby. Katarzyna unika zdjęć. Trudno jej schylić się po długopis, który upadł na podłogę. Sapie, wchodząc na schody.

- Skąd wzięło się moje 90 kilo? Z życia - mówi. - Znak czasów, wiecznie goniłam, jadłam niehigienicznie, nerwy leczyłam przekąskami. Uzbierało się jakoś samo. Któregoś dnia otworzyłam szafę i szok. Miałam mnóstwo ubrań, ale na wieczorne wyjście nie mogłam znaleźć ani jednej nie za ciasnej rzeczy. To była moja masa krytyczna. Postanowiłam schudnąć - opowiada Katarzyna Turska, 43-latka, rzecznik prasowy Konfederacji Pracodawców Polskich. Mówi o motywacjach:

- Świat dyktował warunki: lepiej być piękną i szczupłą. Ale nie dla świata chciałam odzyskać ładny wygląd. Schudnąć dla faceta? Nie. Lubiłam się i szanowałam, uważałam, że nie muszę zmieniać się fizycznie, by zasłużyć na względy mężczyzny. Więc dla kogo ta dieta? Dla siebie. Przez lata żyjąc w biegu, zaniedbywałam własne ciało. Teraz chciałam to naprawić - deklaruje. Tyle się przecież mówi o zdrowym trybie życia, a ona go popiera. Trochę wstyd, że się tak zapuściła. Czuje, że to dojrzała decyzja. Jest dumna, że ją podjęła.

Dziękuję, nie spróbuję

Przerzuca dokumenty, spogląda na zegarek, wertuje kalendarz, spogląda na zegarek. Jakiś telefon - zegarek - pismo. Zegarek - mail - zegarek - zegarek. Dlaczego czas płynie tak wolno?!

- Największe nerwy to czekanie na porę lanczu, wtedy mam przewidziany jedyny poważny posiłek w ciągu dnia - opowiada Kaśka. Od półtora roku stosuje z przerwami dietę Cambridge. Ale bierze leki, więc nie może jeść wyłącznie posiłków z saszetek, na których opiera się ta dieta. W południe zjada jedno solidne danie. Przed Cambridge zdarza się, że przechodzi na dietę tysiąca kalorii albo jakąś inną "na rozgrzewkę".

- Ten okres nazywam syndromem pierwszego tygodnia - wzdycha Kaśka. - Źle go znoszę. Ona wieczorem w swoim mieszkaniu. Włącza muzykę, zamyka oczy. Widzi wysoką, zgrabną blondynkę nad brzegiem morza, w zwiewnej sukience. Ma ładne kształty, wyraźną talię... Wizualizacja ma ją mobilizować.

- Muszę wypracować w głowie wizję, że jestem chudsza o dobrych kilka kilo - opowiada. - Ale to działa przez pierwszy dzień, dwa. Potem zapach ciepłej bułki albo szynki jest w stanie zabić mój zapał, niestety. Myślę sobie: w sumie skoro ludzie w kółko powtarzają "kochanego ciała nigdy za wiele", musi w tym być jakiś sens... Na ulicy widzę uśmiechniętą puszystą kobietę i wmawiam sobie: sporo ode mnie grubsza, a jednak szczęśliwa.

Już wiem, że czas wahań, kiedy jestem o krok od chwili, by dać sobie spokój z dietą, trzeba przetrwać. W drugim tygodniu idzie łatwiej, chociaż nie bez bólu - opowiada Katarzyna. Impreza u przyjaciół. Pani domu wnosi tort, Kaśka odmawia i jest jej głupio.

- Trudno być w towarzystwie, bawić się, ale pić wodę lub ziołową herbatkę. Żal mi siebie, gdy inni jedzą, a ja tylko oglądam i wącham - mówi Katarzyna.

Musi boleć

Rozmawiając przez komórkę, otwiera lodówkę. Po omacku szuka wody mineralnej. Ręka trafia na smukłą butelkę. Odruchowo podważa korek. Wino, którego nie dokończyli goście... Jakby się go napiła... Cofa rękę, kończy rozmowę, przełyka ślinę. Nie znosi tych momentów.

Najgorsze są wieczory, gdy ostatnia zupa to już przeszłość, a jutrzejszy lancz - daleka przyszłość. Kaśka podchodzi do lustra, patrzy sobie w oczy, hipnotyzuje się: nie jesteś głodna, nie jesteś. Po minucie daje sobie spokój. Chce mi się jeeeść!, prawie krzyczy.

- Nie udaję przed sobą, że jestem twarda i dzielna. To nie ma sensu. Trzeba przez tę mękę przejść świadomie - kwituje. Jedyne, czego sobie oszczędza, to ważenia.

- Brak postępów w odchudzaniu frustruje. To podkopuje moją silną wolę. Po co mi to? Gdybym zobaczyła, że nie ma efektu, łatwiej bym zrezygnowała. Więc wolę na przykład, gdy mama mówi: "Córeczko, nos ci się robi taki wąski". Już wiem, że jest dobrze - opowiada. Mama martwiła się, kiedy Kaśka ważyła więcej. Ale nie mówiła nic.

Katarzyna przed lustrem. Poprawia makijaż, włosy, kolczyki, resztę tylko omiata wzrokiem. Nauczyła się tak patrzeć na siebie, żeby nie widzieć tuszy. Udawała, że problemu nie ma?

- Czas, kiedy zdawałam sobie sprawę, że powinnam schudnąć, ale jeszcze nie byłam gotowa, był najtrudniejszy. Najbliżsi taktownie milczeli, bo irytowała mnie każda uwaga. A ja już się zastanawiałam: czy będę umiała narzucić sobie reżim, a może okażę się za słaba? Odkładałam decyzję. Katarzyna u lekarza, rutynowe badanie. Słyszy: "Pani Kasiu, powinna pani zrzucić kilka kilogramów, dla zdrowia".

- Potrzebowałam konkretnego komunikatu. To lepsze niż podchody: troszkę ciasna na ciebie ta kurtka, ale nie przejmuj się, wszyscy tyją na zimę.

Pierwsza liga

Katarzyna przypomina sobie, jak szła na rozmowę w sprawie pracy kilka lat temu. Sprawdziła, czy profesjonalnie wygląda. Dyskomfortu z powodu nadwagi nie czuła.

- Mam ten atut, że potrafię skupić się na zaletach. Nie mam obsesji wyglądu. Chociaż uważam, że system dodawania punktów za płaski brzuch i smukłe nogi istnieje. Puszyste? Druga liga! Choć ja zawsze polegałam na tym, co sobą reprezentuję, jakie mam umiejętności. Wierzę, że zawodowstwo broni się bez względu na numer ubrania - mówi.

Sylwester 2008. Katarzyna szpera w stosikach równo poukładanych ubrań. W głębi szafy wyczuwa pod palcami coś miękkiego. Wyciąga brązową spódnicę. Z metką.

- Bombka w aksamitne kwiaty. Kupiłam ją, gdy byłam grubsza. Uprawiałam taką filozofię: coś mi się bardzo podoba, biorę, chociaż jest za małe - będzie do czego chudnąć. Wrzuciłam na dno szafy i zapomniałam. Teraz weszłam w nią bez problemu. To była dobra wróżba a ten rok.

Katarzyna w windzie. Kiedyś jeździła tą z lewej strony, bo zdawało jej się, że lustro w niej wyszczupla. Dziś jedzie "prawą" i patrzy na siebie przyjaźnie. Ma 14 kilogramów mniej, zaczęła kolejną serię diety. Dziś jest już po lanczu, przed nią znowu wieczór na głodniaka. Ale na wieszaku czekają fantastyczne, coraz mniej za ciasne nowe spodnie z czerwonej skóry. Nagroda?

- Zachęta. Przede mną czas przyzwyczajania się do innego sposobu jedzenia. To będzie jeszcze trudniejsze niż odchudzanie. Ale zrobię wszystko, by moja waga nie cofnęła się ani o kilogram. I schudnę jeszcze!

-Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: ciało | zegarek | Polka | diety | odchudzanie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje