Reklama

Reklama

Singielka? Już nie brzmi dumnie. Samotna Polka szuka męża

Czy małżeństwo i udane życie rodzinne mogą być wyznacznikami sukcesu? Okazuje się, że tak. Z badań wynika, że dla niemal 60 proc. Polek założenie rodziny jest sukcesem, a aż 96 proc. jest zdania, że udane życie rodzinne ma bezpośredni wpływ na poczucie szczęścia.

"Co jest dla Pani wyznacznikiem sukcesu?" - takie pytanie usłyszały kobiety, które wzięły udział w badaniu przeprowadzonym przez Instytut Homo Homini dla Faktów INTERIA.PL. 59 proc. z nich odpowiedziało, że wyznacznikiem sukcesu jest "założenie rodziny" (na drugim miejscu znalazła się "dobra praca" - 54 proc. i "dobre wykształcenie" - 24 proc.). Rodzina jest szczególnie ważna dla respondentek w wieku 25-35 lat. Aż 71 proc. z nich uważa, że jej założenie można uznać za życiowy sukces.

Rodzina ważna dla wszystkich

- Może samego założenia rodziny bym nie nazwała sukcesem... Wiadomo, wielu ludzi się pobiera, a potem w małżeństwach dzieje się różnie, związki się rozpadają - komentuje wyniki badań 29-letnia Ewa z Krakowa, żona od dwóch lat, mama od roku. - Ale założenie trwałej i w miarę szczęśliwej rodziny, która przy pierwszych trudnościach nie rozpadnie się jak domek z kart? Tak, moim zdaniem to sukces. I to duży.

Reklama

Ewa, która pochodzi z mniejszej miejscowości, uważa również, że założenie rodziny jest ważniejsze dla kobiet, które mieszkają na wsiach lub w mniejszych miastach.

- W tych dużych nie myśli się tyle o rodzinie, raczej o rozwoju kariery, dokształcaniu się, zabawie - mówi Ewa.

Jednak wspomniane badania pokazują co innego.  55 proc. mieszkanek wsi uważa, że założenie rodziny można nazwać sukcesem. Podobnie myśli 57 proc. kobiet mieszkających w małych miastach (do 50 tys.), 52 proc. w średnich (do 250 tys.) i aż 71 proc. mieszkanek metropolii (powyżej 500 tys. mieszkańców). Stopień wykształcenia również znacząco nie wpływa na przekonanie o istotnej roli rodziny - 55 proc. kobiet z podstawowym i 62 proc. kobiet z wyższym wykształceniem deklaruje: tak, rodzinę uważam za swój sukces.

Rodzina do szczęścia niezbędna

Podobne wnioski płyną z raportu "Polka sama o sobie" zrealizowanego wspólnie przez agencję Garden of Words i Dom Badawczy Maison. Dla 56 proc. ankietowanych kobiet "najważniejsze w życiu jest bycie dobrą gospodynią domową, żoną i matką, a udane życie rodzinne wpływa na poczucie szczęścia 96% Polek" (cytat za portalem Aktywna mama).

Dominika Maison i Katarzyna Pawlikowska, autorki raportu, podzieliły Polki na kilka grup: spełnionych profesjonalistek, obywatelek świata, zachłannych konsumpcjonistek, rodzinnych pań domu, niespełnionych siłaczek, rozczarowanych życiem i osamotnionych konserwatystek.

Obywatelki świata (14 proc.) są młode, uczą się i często pozostają na utrzymaniu rodziców, więc "z założeniem rodziny wolą poczekać do momentu osiągnięcia stabilizacji i pewnego poziomu życia". Spełnione profesjonalistki (10 proc.) stawiają rodzinę na drugim miejscu, ponieważ najbardziej liczy się dla nich rozwój zawodowy.

Niemal wszystkie pozostałe grupy deklarują, że rodzina jest dla nich ważna - choć mają do niej różny stosunek.  Zachłanne konsumpcjonistki (17 proc.) "preferują tradycyjny model rodziny - chętnie widziałyby się w roli pani domu, która jest na utrzymaniu dobrze zarabiającego męża i może poświęcić czas na dbanie o siebie".

Rodzinne panie domu (13 proc.) "większość czasu poświęcają zajmowaniu się domem i dziećmi, jednocześnie czerpiąc z tego radość oraz dużą satysfakcję. Bycie matką, żoną i gospodynią domową definiuje w dużej mierze ich tożsamość - wszystkie inne aspekty życia są podporządkowane ich głównej roli. Nie chcą, aby mężczyzna wkraczał w ich obszar odpowiedzialności - nie oczekują partnerstwa, wsparcia, ale też nie chcą, aby wtrącał się on w codzienne decyzje dotyczące dzieci i domu".

Mniej zadowolenia z rodziny deklarują niespełnione siłaczki (24 proc.). Ciąży na nich "większość obowiązków domowych i związanych z wychowaniem dzieci, rodzina nie jest jednak dla nich źródłem satysfakcji, ale przysparza im trosk i zmartwień. To kobiety dobrze wykształcone, ale niespełnione, o ograniczonych możliwościach finansowych" (cytaty pochodzą z bloga Katarzyny Pawlikowskiej).

Bliskość na czas kryzysu

Badania pokazują, że choć etykieta "stara panna" odeszła już do językowego i obyczajowego lamusa, a bycie singielką nie jest powodem do wstydu, Polki nadal chcą wychodzić za mąż. Dlaczego?

- Jak mówi Anthony Giddens, wybitny socjolog, w ponowoczesności najważniejsza stała się ucieczka w bliskość - mówi prof. Krystyna Slany, polska socjolożka, autorka i współautorka kilkunastu książek oraz ponad stu artykułów naukowych. -  Ludzie wykonują nieciekawe prace, pracują na umowach śmieciowych, boją się zwolnień. Żyją w świecie niepewności, dlatego tym bardziej potrzebują (oczywiście nie wszyscy) ucieczki w bliskość, w bycie razem.

- Ale co się z tej potrzeby bliskości "wykluje", to już zależy właśnie od dojrzałości tych osób - dodaje prof. Slany. - Jeżeli ludzie chcą utrzymać związek, muszą chcieć tego oboje, muszą zrozumieć, że związek to praca. Dawniej takie myślenie nie było potrzebne, bo istniał silny przymus społeczny, tylko jedna droga życia: ślub, dziecko, wspólne dorabianie się, nierzadko trwające latami.

Z socjolożką zgadza się psycholożka Anna Barecka-Bocchiola. - Kobiety w Polsce wychodzić za mąż raczej chcą. Jednak ich rozumienie i podejście do instytucji małżeństwa bardzo się  zmieniło i ciągle się zmienia - tłumaczy Barecka-Bocchiola. - Jeszcze 30 - 40 lat temu podział obowiązków w małżeństwie był jasny - kobiety miały skupiać się na prowadzeniu domu, natomiast mężczyźni pracować i utrzymywać rodzinę. Dziś coraz więcej związków to związki partnerskie, gdzie obie osoby pracują, zarabiają podobnie, a kwestia prowadzenia domu czy opieki nad dzieckiem to zajęcia dla zarówno dla kobiety, jak i dla mężczyzny. Taka wizja małżeństwa staje się tą najbardziej pożądaną przez Polki.

„Mężczyźni są teraz beznadziejni…”

We wspomnianym już raporcie "Polki same o sobie" znalazło się także pytanie skierowane do singielek/panien: "Dlaczego obecnie nie jest Pani w związku? Proszę podać główną przyczynę". Najwięcej, bo niemal 32 proc. ankietowanych odpowiedziało: "Jestem wymagająca i nie znalazłam odpowiedniego partnera"., a  10 proc. że "Mężczyźni są teraz beznadziejni i nie nadają się do związków". Inne odpowiedzi brzmiały: "Mam negatywne doświadczenia z bycia w związku i nie chcę wchodzić w kolejny" (5 proc.), "Nie mam czasu na związek (4 proc.), "Jestem nieatrakcyjna i nie mogę znaleźć partnera" (2,5 proc.), "Boję się porażki, nieudanego związku" (2,5 proc.).

Z analizowanych danych wynika, że ponad 50 proc. wszystkich singielek, które wzięły udział w badaniu Maison i Pawlikowskiej, nie deklaruje niechęci wobec związków jako takich. Respondentki opisują sytuację, w której się znajdują, a która zawsze może ulec zmianie (poznanie odpowiedniego partnera, poprawa samooceny).

20 proc. ankietowanych przyznało jednak: "Nie chcę być w związku, nie jest mi to do niczego potrzebne", a kolejne 10 proc., że wystarczają im niezobowiązujące relacje - romanse, flirt, seks bez zobowiązań. Te 30 proc. kobiet to singielki "nowej generacji", czyli takie, które są zadowolone z życia w pojedynkę.

- Termin "singielka nowej generacji" wymyśliłam sobie sama - tłumaczy 27-letnia Ania, która niedawno skończyła studia. Pracuje, uczy się języków, od 5 lat nie była w stałym związku, chociaż nie narzeka na brak zainteresowania. - Chodzi o to, że mam wiele znajomych, które w towarzystwie mówią, że absolutnie nie chcą być w związkach, a tak naprawdę czekają na tego swojego prince charming (ang. księcia z bajki). A ja nie czekam, bo teraz dla związku musiałabym za wiele poświęcić. Zakochanie nie byłoby teraz dla mnie niczym fajnym, bo jak się znam - zaraz odpuściłabym połowę rzeczy, które teraz robię i na których mi zależy.

- Bez wątpienia są kobiety, którą żyją same, bo chcą, i takie, którym tak się ułożyło - komentuje prof. Krystyna Slany. -  Nie znam proporcji, ale może większość chciałaby żyć w związku, ale jeszcze nie znalazła odpowiedniego partnera. Ale zdecydowanie nie powinno się wracać do zwrotu "stara panna"  - zastrzega.

- Rozmawiałam zresztą na ten temat z moimi magistrantkami, dziewczynami w wieku 23 - 24 lata. Proszę sobie wyobrazić, że połowa powiedziała mi, że wcale nie zamierza wychodzić za mąż - kontynuuje Slany. - Wszystkie żyją w związkach, część oczywiście chce wziąć ślub, ale inne otwarcie mówią o tym, że nie. I na tym właśnie polega zmiana: dawniej był tylko jeden model, dziś jest ich kilka. I należy to, moim zdaniem jak najszybciej zaakceptować: jedni się pobierają, inni nie; jedni kogoś mają, inni wolą żyć w pojedynkę. - Dziś dajemy ludziom prawo do tego, by otwarcie mówili o tym, jak chcą żyć i tak żyli. Trzeba to zrozumieć i nie napadać na siebie. Naprawdę ludzie mają dziś tyle problemów, że nie ma sensu sprawiać sobie dodatkowych przykrości np. nazywając kogoś starą panną czy komentując wiek panny młodej.

W badaniu Maison i Pawlikowskiej znalazło się jeszcze jedno interesujące pytanie, skierowane do kobiet, które żyją w związkach nieformalnych: "Jak wygląda Pani związek?". 47 proc. ankietowanych odpowiedziało: "Mieszkamy razem, prowadzimy wspólne gospodarstwo, traktujemy pieniądze jako wspólne (od małżeństwa różni nas brak ślubu)".

„Chcę, ale później. I nie z byle kim”

- To wszystko wcale mnie nie dziwi, nie ma w tym nic niespójnego - mówi koleżanka Ewy, 32-letnia Magda, która w październiku bierze ślub ("dopisz, że po raz pierwszy w życiu").  - Kiedyś też mówiłam, że nie chcę brać ślubu, bo przez kilka lat trafiałam na samych "wybrakowańców". Byłam w związkach, ale wiedziałam, że moja wytrzymałość ma swoje granice. Kiedyś się skończy, a razem z nią - mój związek. No a potem poznałam Pawła, wiedziałam już czego chcę, on też wiedział, bo też nie ma już 20 lat. I wystarczyło kilka miesięcy, żebym dopuściła do siebie myśl, że jednak mogę wyjść za mąż.

Magda nie jest jedną osobą, która dopiero po trzydziestce dojrzała do decyzji o zamążpójściu. Dowód? Wpisy na forach internetowych.

"Ja mam 33 lata i ślub za 2 miesiące. Związek,  który trwał 4 lata jakoś się wypalił i dopiero po 30-tce poznałam tego właściwego".

"Obserwując moich znajomych, w większości po rozwodach i rozstaniach, doszłam do wniosku, że ci, którzy związali się zbyt wcześnie (bo dziecko, bo coś tam) nie potrafią się odnaleźć (rzecz jasna, że nie wszyscy). U mnie jest inaczej - decyzja o małżeństwie zapadła późno, wyselekcjonowałam ślubnego z rzeszy przeciętniaków, nigdzie mi się nie spieszyło".

"Przed 30-tką ludzie jeszcze nie wiedzą czego chcą. Takie małżeństwa zawierane koło 20-tki często się po kilku latach rozpadają, więc lepiej jednak po 30-tce.  Zaoszczędzi się na rozwodach".

O tym, że wiek zamążpójścia w ostatnich latach gwałtownie się przesunął, nie trzeba nikogo przekonywać.

 - Oczywiście, że  taki trend istnieje, wystarczy spojrzeć na statystyki - potwierdza prof. Slany. -  "Syndrom opóźniania" został już opisany w fachowej, nie tylko polskiej literaturze naukowej. Opóźnia się zresztą nie tylko zawieranie małżeństw, ale także decyzje o posiadaniu potomstwa. Przyczyn tego zjawiska jest naprawdę wiele, choćby późniejsze usamodzielnianie się młodych ludzi.

- W Australii wprowadzono niedawno nową definicję dorosłości: dorosły jest ten, kogo stać na wzięcie kredytu - kontynuuje socjolożka. - Ilu młodych ludzi, przed 30. rokiem życia, może sobie dziś na to pozwolić? A ta zdolność jest ważna, bo kupno własnego mieszkania to jedna z rzeczy, które młodzi ludzie chcą osiągnąć przed zawarciem poważnego związku: chcą zdobyć wykształcenie, uniezależnić się finansowo od rodziców, czegoś dorobić. Proszę się zresztą rozejrzeć, nie żyjemy w łatwych czasach: mamy kryzys, wielu ludzi boi się zwolnienia, trudno o jakąkolwiek pewność jutra. To nie są dobre warunki to podejmowania ważnych decyzji.

„Bycie singielką nie jest powodem do dumy”

- Mając 25 lat dokładnie to samo myślałam: nie mam warunków, żeby myśleć o rodzinie - potwierdza Magda. - Teraz ułożyło mi się w pracy, nie boję się, że będzie jakąś awantura z powodu ciąży, mam oszczędności, małe mieszkanko. Wcześniej nie miałam nic. Więc faktycznie, decyzję o ślubie podjęłam szybko. Ale nie ja jedna, mam wiele znajomych, które zrobiły dokładnie to samo - przebalowały lata 20-te (tego nie żałujemy), a potem poznały odpowiednich facetów i wyszły za mąż.

Takie historie ma w zanadrzu nie tylko Magda. Niemal każda z przepytanych przeze mnie koleżanek i znajomych zna pary, które pobrały się po kilku miesiącach znajomości. Wspólny mianownik? Zawsze były to osoby po 30-tce.

Jakie mogą być motywy tak szybkich decyzji o zamążpójściu?

- Dziś możemy wybierać - tłumaczy prof. Krystyna Slany. - Żyjemy w trwających jakiś czas związkach kohabitacyjnych, rozstajemy się, znajdujemy sobie nowego partnera i decydujemy na ślub. Ale później możemy rozstać się również z małżonkiem i związać z kimś innym. To taka huśtawka, nie ma już sztywnych reguł, które dawniej istniały.

- Nie wiem, przykro tak, że inni się zaręczają, zakładają domy, przyjaciele przestają mieć nagle dla ciebie tyle czasu - zgaduje Ewa. - Człowiek widzi, że inni założyli rodziny i mają swój własny świat. Więc może pojawić się taka myśl: "też bym tak chciała". Wtedy bycie singielką przestaje być powodem do dumy, a staje się taką sytuacją, która może zacząć doskwierać i którą chce się zmienić.

- Zgodzę się z tym, że po 30-tce rzeczywiście mogą pojawiać się takie refleksje: czy uda mi się znaleźć kogoś na stałe, czy wezmę ślub? Kobieta może patrzeć na swoje koleżanki, które mają rodziny i zastanawiać się, czy uda jej się założyć własną - mówi Krystyna Slany. 

Konkurencja nie śpi

- Moim zdaniem do dziewczyn w moim wieku w końcu dociera, że nasi koledzy-rówieśnicy zaczynają interesować się młodszymi kobietami - mówi Magda. - Związek 35-latka i 25-latki nie budzi dziś zdziwienia, ale kiedy sytuacja jest odwrotna - ludzie zaczynają mieć problemy.

Badania agencji Garden of Words i Domu Badawczego Maison potwierdzają słowa Magdy. Na pytanie: "Jaka powinna być według Pani maksymalna różnica wieku między osobami w związku" respondentki odpowiedziały następująco: "Gdy mężczyzna jest starszy, a kobieta młodsza  - średnio 7,1 lat", "Gdy kobieta jest starsza, a mężczyzna młodszy - średnio 3,9 lat".

- Rzeczywiście, konkurencja istnieje - zgadza się prof. Slany. -  Ale, co ciekawe, konkurencją nie martwią się mężczyźni - 35-letni facet zawsze znajdzie sobie partnerkę, jest wielu mężczyzn, którzy decydują się (po raz pierwszy) na ślub w tym wieku. Ale dla kobiety w tym samym wieku znalezienie partnera może być rzeczywiście trudniejsze.

- Chyba, że zdecydują się na partnera "z odzysku" - koło 50-tki. Ten rynek hula, proszę mi wierzyć. Dla 50-latka 35-latka jest młoda, może z nią przecież mieć dzieci. Zresztą, dziś kobiety mogą rodzić po 40-tce, wchodzić w związki. Kiedyś rynek był sztywny: 20-28 lat, potem już nic. A dziś - wiek zamążpójścia przesuwa się i szanse na znalezienie partnera istnieją zawsze.

Nie wychodź za mąż ze strachu

Z badań wynika, że Polki chcą wychodzić za mąż. Oczekują jednak od małżeństwa (i małżonków) więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. A co z kobietami, którym nie udaje się trafić na odpowiednich kandydatów?

- Kobiety, które obawiają się, że nie ułożą już sobie życia, powinny popatrzeć na możliwości, które mają - a mają ich teraz mnóstwo! - mówi prof. Slany. - Mogą angażować się w wolontariaty, mogą się dokształcać, mogą zacieśnić relacje z przyjaciółmi i rodziną. Mogą nawet zdecydować, że chcą poświęcić życie Bogu i zostać np. dziewicą konsekrowaną. Mogą całkowicie zmienić swoje życie. Dziś nie trzeba mieć partnera, by móc żyć pełnią życia, to należy podkreślić.

- Nie warto wchodzić w związki ze strachu. Dziś 30-latka to młoda kobieta, może jeszcze poczekać na dobry związek, nikt już nikogo nie zmusza do ślubu w wieku 20 lat. Te czasy minęły.

Katarzyna Pruszkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje