Reklama

Reklama

​Życiowy minimalizm. Dlaczego im mniej posiadasz, tym więcej zyskujesz?

Co daje prawdziwe szczęście? Dlaczego luksus szybko powszednieje, a radość z rzeczy jest tak ulotna? Wreszcie, jak zbudować zdrową relację z pieniędzmi? Na te pytania odpowiada hiszpańska ekonomistka i propagatorka jogi, Cristina Benito, autorka książki "Money Mindfulness. Jak zarabiać, wydawać i oszczędzać?". Określana jako "Marie Kondo od finansów osobistych" jest wielką zwolenniczką minimalizmu jako stylu życia. Poniższy fragment pochodzi z jej najnowszej książki.

Przyzwyczajono nas do wizerunku krezusów, którzy pławią się w bogactwach — niektórzy dosłownie, jak Sknerus McKwacz nurkujący w basenie wypełnionym dolarami i złotymi monetami.

Tymczasem obecnie dobrobyt przyjmuje zupełnie inną postać. Dawniej paszowie byli grubi, a lud wymizerowany i niedożywiony, dziś natomiast otyłość dotyka w krajach pierwszego świata przede wszystkim klasy niższe, spożywające więcej śmieciowego jedzenia z zawartością najgorszej jakości tłuszczów.

Ci, którzy mają małe, skromne mieszkanka, często cierpią na zespół zbieractwa, podczas gdy coraz więcej milionerów żyje w dużych, pustych przestrzeniach, niemal zen.

Reklama

Uświadomiłam to sobie niedawno podczas wizyty złożonej zaprzyjaźnionemu ekonomiście, który po rozstaniu z żoną przeprowadził się do londyńskiego Hammersmith. Nie zdziwiło mnie, że wybrał akurat tę dzielnicę — inwestycje w Azji pozwalają mu na wygodne życie — ale ponieważ nie ma dzieci, spodziewałam się małego mieszkania, w którym upchnął swój dobytek.

Kiedy otworzył mi drzwi, moim oczom ukazało się wielkie mieszkanie z epoki wiktoriańskiej, o wysokich sufitach, białych ścianach i przestronnych pokojach... Prawie żadnych dekoracji, zaledwie kilka dzieł sztuki i meble niezbędne do życia samotnemu mężczyźnie.

Pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, było pytanie: dlaczego ten człowiek płaci majątek za metr kwadratowy, skoro wynajęte przez niego mieszkanie jest praktycznie puste?

Kiedy poznasz opisaną poniżej historię, odpowiedź wyda ci się oczywista: bo może mieć wszystko. Właśnie dlatego nie musi gromadzić przedmiotów na  wypadek,  gdyby  kiedyś  ich  potrzebował. Ma już wszystko, czego potrzebuje.

Bezdomny milioner

Nicolas Berggruen, założyciel i prezes Berggruen Holdings, posiada majątek wart 1,5 miliarda euro, jak podaje magazyn "Forbes". Mimo to do niedawna nie posiadał własnego lokum. Ciągle latał samolotami i mieszkał w tanich hotelach, a podczas pobytów w rodzinnym mieście nocował w którymś z firmowych biur. Dopiero kiedy został ojcem, postanowił kupić dom.

Trudno sobie wyobrazić bardziej oszczędne, ascetyczne życie. Mimo ogromnego majątku Berggruen nie jest miłośnikiem zbytku, nie ma jachtu ani luksusowego samochodu. Przez to zyskał przydomek "bezdomnego milionera" i opinię ekscentryka, który nosi cały swój dobytek w jednej torbie.

Nawrócił się na minimalizm w wieku czterdziestu pięciu lat; niedługo po śmierci ojca stracił jedną trzecią majątku, kiedy pękła bańka mieszkaniowa i wybuchł kryzys finansowy.

"Niczego nie poczułem i pomyślałem sobie: a gdybym tak oddał wszystko? Tak żyje się prościej. Nie przywiązuję się do rzeczy materialnych — tłumaczył w wywiadzie dla "Vanity Fair". — Potrzebna mi tylko komórka".

Do dziś nie ma własnego biura.

Już w wieku dwudziestu sześciu lat zarządzał własnym funduszem inwestycyjnym. Miał nosa do interesów, dzięki czemu w krótkim czasie zgromadził olbrzymi majątek, którego znaczną część reinwestuje w społeczeństwo.

Nie są to puste słowa. Instytut Berggruena — think tank zajmujący się poszukiwaniem nowych zdrowych form rządzenia w zglobalizowanym świecie (który stał się czymś w rodzaju nieformalnej G20) — powstał dzięki jego darowiźnie w wysokości 100 milionów dolarów. Zadowolony z obiecujących wyników pracy instytutu, w 2016 roku podarował mu kolejne 500 milionów na rozszerzenie działalności.

Jego drugą pasją jest sztuka, przyjaźni się z potomkami Picassa. Kupuje dzieła sztuki i oddaje je muzeom. Jego największym wkładem w rozwój kultury będzie zapowiedziana budowa Ośrodka Filozofii i Kultury przy Instytucie Berggruena, nowoczesnego, ponadczasowego budynku, w którym będą mogli medytować, pracować i wymieniać poglądy myśliciele z całego świata.

Przeciwny gromadzeniu przedmiotów, bezdomny milioner podsumowuje: "Pieniądze to energia. Jeżeli nie wykorzystasz jej na coś wartościowego, to tylko ją zmarnujesz".

Mało, a dobrze

Kiedy słyszymy słowo "minimalizm", przed oczami staje nam biały jasny pokój z nielicznymi meblami w neutralnych kolorach, jak mieszkanie mojego kolegi. Jednak minimalizm to przede wszystkim styl życia, dążenie do pozbycia się tego, co niepotrzebne, żeby cieszyć się tym, co istotne.

Nie chodzi wyłącznie o to, żeby mieć coraz mniej albo pozbywać się rzeczy dla zasady. MM proponuje, byśmy skupili się nie tyle na tym, z czym się rozstajemy, ile na przestrzeni, jaką dzięki temu tworzymy, żeby w przyszłości w naszym życiu było miejsce na więcej czasu, więcej kreatywności i — czemu nie? — więcej wolności.

Pamiętasz, jak ubierał się Steve Jobs? Żeby zaoszczędzić czas, zawsze nosił ten sam fason golfa zaprojektowany przez Isseya Miyakego.

Proces pozbywania się tego, co zbyteczne, daje szansę na odkrycie, co jest ważne i co tak naprawdę oznacza bycie szczęśliwym. Decydując się na minimalistyczny styl życia, przestajemy się porównywać z innymi, z tymi, którzy mają więcej rzeczy albo rzeczy lepszej jakości. Przestajemy także bać się przyszłości i utraty tego, co z takim trudem zdobyliśmy.

Bycie minimalistą nie oznacza wyrzeczenia się wszystkiego i wożenia całego dobytku w torbie, jak robił to Berggruen, ale posiadanie tylko tego, co niezbędne i co czyni cię naprawdę szczęśliwym. Odpowiadając na poniższe pytania, być może odkryjesz, że ty również aspirujesz do takiego minimalizmu.

Wolisz mieć w szafie piętnaście koszul, z których większości nigdy nie wkładasz, czy dwie, z którymi się utożsamiasz i w których czujesz się dobrze, choć były droższe? Wolisz mieć cztery podupadłe nieruchomości, które bez przerwy sprawiają ci problemy i generują dodatkowe wydatki, czy jeden porządny dom, w którym czujesz się jak ryba w wodzie?

Wolisz mieć grupę trzydziestu znajomych, którzy pojawiają się i znikają, czy troje niezawodnych przyjaciół, którzy chcą dla ciebie jak najlepiej i na których zawsze możesz polegać?

Jeżeli w każdym z pytań wybrałeś drugą opcję, to znaczy, że jesteś prawdziwym minimalistą.

Dlaczego gromadzimy?

System kapitalistyczny, w którym żyjemy, nauczył nas, że to, co mamy, odzwierciedla naszą osobowość i wartości. Styl ubierania się, książki, które gromadzimy na półkach, samochód, którym jeździmy... nie wspominając o wyznawcach religii Apple’a. To, co posiadamy, stopniowo zamienia się w to, czym jesteśmy. Przedmioty stają się naszym znakiem rozpoznawczym, potrzebujemy ich coraz więcej, aż wreszcie czynią z nas niewolników, musimy poświęcać czas, energię i pieniądze, żeby o nie dbać i żeby je chronić.

Mamy w domu wiele rzeczy, których nigdy nie używamy. Trzymamy je ze strachu, przekonani, że w przyszłości mogą nam się przydać. Takie myślenie jest typowe dla mentalności skoncentrowanej na przyszłym niedostatku zamiast na obecnej obfitości.

Chomiki upychają ziarna w policzkach, które w końcu wyglądają tak, jakby miały za chwilę eksplodować. Podobnie człowiek ma tendencję do zbierania niepotrzebnych rzeczy, przez co pojawiają się problemy z miejscem... i z pieniędzmi.

Czym innym jest jeżdżenie kompaktowym samochodem, z którego korzysta cała rodzina — albo jeszcze lepiej: poruszanie się komunikacją miejską — a czymś zupełnie innym posiadanie dwóch dużych aut, bo wtedy trzeba opłacać miejsca parkingowe, ubezpieczenia, naprawy i tak dalej. Ta zasada stosuje się do wielu innych rzeczy. Posiadanie więcej, niż potrzebujemy, naraża nas na koszty.

Wobec tego dlaczego tyle gromadzimy?

Może dlatego, że kiedy znajdujemy nową pracę, kupujemy nową sukienkę czy komórkę, myślimy, że nas uszczęśliwią. Jak to się mówi: nowa miotła lepiej zamiata.

Dramat polega na tym, że szybko przyzwyczajamy się do rzeczy, które tak trudno nam było zdobyć, i przestajemy je doceniać. Po jakimś czasie nam się nudzą i znów kierujemy wzrok na to, czego nie mamy. Mózg szuka przede wszystkim nowości. Nieważne, ile zgromadzimy — gdy tylko udaje nam się coś zdobyć, zaczynamy dążyć do kolejnego celu. Czyż to nie jest nieszczęśliwe życie?

Zamknięty kontener

Niedawno odwiedził nas przyjaciel, który od lat pracuje jako dyrektor hoteli w Ameryce Łacińskiej i Azji. Co jakiś czas zmienia miejsce pobytu i musi zorganizować przeprowadzkę. Pakuje dobytek czteroosobowej rodziny do kontenera, a do samolotu zabiera tylko jedną walizkę.

Był grudzień. Oszołomiony tłumami przewalającymi się ulicami Londynu przyjaciel opowiedział nam o swoim przyjeździe na spokojne Bali, gdzie ostatnio pracował. Załatwienie dokumentów wymaganych do podpisania umowy, uzyskania prawa pobytu i innych formalności trwało dłużej, niż się spodziewał, ze względu na restrykcyjne prawo stosowane w Indonezji wobec przyjeżdżających tam do pracy obcokrajowców.

Przez dwa i pół miesiąca nie miał dostępu do kontenera. Ale to, co początkowo wydawało się całej rodzinie tragedią, okazało się darem od losu, bo zdali sobie sprawę, jak niewiele potrzeba im do życia.

To odkrycie było tak wyzwalające, że kiedy w końcu odzyskali wszystkie swoje rzeczy, postanowili pozbyć się wielu z nich.

Sama mam podobne odczucia, kiedy wybieram się w podróż. Po wyjściu z domu często uświadamiam sobie, że zapomniałam spakować coś, co chciałam zabrać. Dręczy mnie to przez całą drogę, ale kiedy już jestem na miejscu, zaczynam cieszyć się wyjazdem i przestaje mi tego brakować.

Sekret Pixara

Jedna z zasad wpajanych scenarzystom pracującym w studiach Pixara brzmi: "to, o czym marzy dana postać, różni się od tego, czego tak naprawdę potrzebuje". Urok filmów takich jak Toy Story polega na ewolucji bohatera. Na początku historii Chudy pragnie być ulubioną i jedyną zabawką Andy’ego, ale w rzeczywistości musi nauczyć się współpracować i potrzebuje przyjaciela, którego odnajduje w Buzzie Astralu. Jeśli chcesz poćwiczyć życiowy minimalizm, zadaj sobie te dwa pytania:

O co zawsze zabiegałem? Czego potrzebuję, żeby rozwijać się jako człowiek?

Lista Elaine

Korzyści z uwolnienia się od tego, co niepotrzebne — i nie chodzi tylko o domowe sprzęty — są bezdyskusyjne. Pouczający przykład dała nam ćwierć wieku temu bizneswoman Elaine St. James. W pewnym momencie poczuła, że ma dość swojego życia, tak stresującego, że nie była w stanie się nim cieszyć. Dla higieny umysłu zamknęła się na kilka dni w domku w lesie i wyszła z niego z listą rzeczy, które miały uprościć jej codzienność.

Oto niektóre z nich:

Zmniejszyć bałagan w swoim życiu.

Uwolnić się od niepotrzebnych rupieci.

Przeprowadzić się do mniejszego domu.

Kupić mniejszy samochód.

Zredukować garderobę.

Sprzedać tę przeklętą łódkę.

Nie odbierać telefonu tylko dlatego, że dzwoni.

Raczej wynajmować niż mieć.

Pozbyć się wszystkiego, co niepotrzebne.

Jej program "dekomplikacji" życia składał się aż ze stu punktów, które omówiła w bestsellerowej książce Simplify Your Life. Co ciekawe, kiedy pozbyła się już prawie wszystkiego, zarobiła miliony na swoim poradniku.

To oczywiste, że im więcej posiadamy, tym droższe jest nasze życie i tym więcej mamy zmartwień.

Poza opracowaniem własnej listy, jak ta sporządzona przez Elaine St. James, za każdym razem, kiedy będziesz chciał kupić coś, na co nie możesz sobie pozwolić albo co z jakiegoś powodu będzie dla ciebie obciążeniem, przypomnij sobie hinduskie przysłowie, które mówi, że tak naprawdę posiadamy tylko to, czego nie stracilibyśmy w katastrofie morskiej.

Miał rację Oscar Wilde, który po przylocie do Stanów Zjednoczonych powiedział podczas odprawy celnej: "Nie mam nic do oclenia oprócz swojego geniuszu".

Fragment pochodzi z książki Cristiny Benito, "Money Mindulness. Jak zarabiać, wydawać i oszczędzać? ". Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje