Reklama

Reklama

W nocy budziłem się z lękiem

Grzegorz Szlapa - lider zespołu Kowalski - zmaga się z depresją. Jego zespół rockowo-popowy słynie z utworów humorystycznych, ale niedawno ukazał się ich najnowszy teledysk - "Dopamina". W tym przypadku nie ma mowy o żartach. Utwór ma bardzo poważne przesłanie: depresja to choroba, którą trzeba leczyć. O tym artysta z Gdańska rozmawiał z Anną Morawską-Borowiec.

Anna Morawska-Borowiec, "Twarze depresji": Ile kilometrów przebiegł pan w swoim najnowszym teledysku?

Grzegorz Szlapa: - Na tyle dużo, że na drugi dzień czułem sporo mięśni, których istnienia nawet nie podejrzewałem. (śmiech) Ale bawiłem się świetnie.

Skąd pomysł na taki bieg w teledysku? Tytuł pana najnowszego utworu to "Dopamina". Czy chodzi o poszukiwanie "hormonu szczęścia" właśnie przez bieganie?

- Całe życie jestem związany ze sportem. Wykształcenie mam też związane ze sportem, choć nie wykonuję tego zawodu. Przez wiele lat grałem w siatkówkę, teraz w tenisa, więc tak naprawdę sport jest cały czas obecny w moim życiu. Przez wiele lat był na pewno formą terapii i wyładowywania stresu. Jednak to biegnięcie w teledysku ma kilka znaczeń - ucieczki od problemów i smutków, poszukiwanie wyzwolenia, ukojenia, bieg ku czemuś nowemu.

Reklama

Ale, jak widzimy w teledysku, to jest też bieg do kobiety. Czy poszukiwanie bliskości, relacji międzyludzkich i miłości - szczególnie w czasie pandemii - jest dla pana ważne?

- Jest zawsze ważne, ale w momencie trudnych, osobistych doświadczeń, jest to wręcz warunek krytyczny i konieczny. Chcieliśmy skupić się na bliskości. Kobieta w teledysku mogła być równie dobrze przyjaciółką, siostrą, osobą z rodziny. To był świadomy zabieg. Nie chcieliśmy budować narracji związanej z intymnością, ale raczej chcieliśmy, by można było poczuć element zaopiekowania się, troski, empatii - wszystkich tych rzeczy, które są niezbędne nam w trudnych momentach.
Nie mówię tylko do osób, które przechodzą trudny okres związany z depresją. Życie jest jak w haśle, które pojawiło się w klipie: "Life is about moments" i te momenty są zarówno euforyczne, wspaniałe, szczęśliwe, ale również bardzo trudne. Żyjemy w strasznym tempie. Ciągle z niedokończoną listą zadań, które się piętrzą, w stresie zawodowym. Jeszcze do tego pandemia i dużo niepewności jutra. To wszystko powoduje, że właśnie mamy takie momenty, w których łatwo nam się pogubić. I ta obecność drugiej osoby, bliskiej, otwartej, wsłuchanej w nas jest niezmiernie ważna.

Powiedział pan, że sam doświadczył trudnych, osobistych sytuacji. Czy stany depresyjne są Panu znane osobiście?

- Tak, może nie w formie głębokiej - natomiast był moment w moim życiu... zresztą ta piosenka powstawała w takim momencie, w którym rzeczywiście... było mi ciężko. Prowadzę od ponad dwudziestu lat firmę eventową. Może Pani sobie wyobrazić, jak ten biznes się zatrzymał w czasie pandemii. Generalnie odpowiedzialność w tym biznesie jest olbrzymia, bo jest się tak dobrym jak ostatnio realizowane wydarzenie. Tak naprawdę ciągle jest stres.

- Rzeczywiście był taki moment, że nie potrafiłem sobie z sobą poradzić. Dopadły mnie stany lękowe, bezsenność, bezsilność. Bardzo obniża się wtedy próg pewności siebie i własnej akceptacji. Ciężko poradzić sobie z najdrobniejszymi decyzjami, wstać z łóżka. Przeżyłem sytuację, w której nie mogłem wyjść z samochodu, siedząc pół godziny przed firmą jako szef, który ma zarządzać dużym zespołem osób. Nie byłem w stanie wyjść z auta.

- Wtedy przez pewien czas przyjmowałem leki, które bardzo mi pomogły. I dlatego też chciałbym namówić innych do tego, żeby się nie wahali, żeby nie czuli się winni z powodu tego, co się z nimi dzieje, bo kompletnie nie mają na to wpływu, a ich stan nie jest zależny od ich "słabości psychicznej", a jest po prostu efektem choroby. Depresja przychodzi nagle i trzeba ją leczyć. Tutaj bardzo potrzebna jest bliskość, ale też konkretne decyzje związane z podjęciem terapii.

Miał pan atak paniki?

- Tak, dokładnie. To były stany lękowe. O trzeciej, czwartej w nocy budziłem się z nieprawdopodobnym lękiem. Nie było racjonalnych powodów, które by mogły tłumaczyć ten strach, natomiast tak się działo ze mną. Depresję trzeba po prostu zdiagnozować i oddać się w ręce profesjonalistów, a nie chować się, ukrywać.

- Niestety depresja jest często stygmatyzowana, traktowana jako oznaka słabości. Słyszymy rady w stylu: "Ogarnij się", "Nie przesadzaj, czym ty się właściwie martwisz?". Również jeśli chodzi o najbliższych osób dotkniętych depresją, to często nie chcą lub jeszcze częściej - nie wiedzą, jak mogą pomóc osobie cierpiącej. W swojej bezsilności zaczynają problem trywializować.

- Myślę, że mój najnowszy teledysk nie wyglądałby tak, jak wygląda w tej chwili, i nie byłoby tego przesłania, gdyby nie impuls. Mój najbliższy przyjaciel ze studiów popełnił samobójstwo. Facet, który był uosobieniem pozytywności, uśmiechu, bardzo lubiany, mieszkający na wsi nauczyciel, trener. Dla mnie to był kompletny szok. Kiedy pojechałem na jego pogrzeb i zobaczyłem całą społeczność tej miejscowości - prawie 1500 zapłakanych osób - dzieciaki ze szkoły, jego uczniowie, najbliższa rodzina... To było straszne i bardzo mnie poruszyło. On chorował właśnie na depresję.

- W tej chorobie dzieją się z nami biochemicznie trudne, niezrozumiałe rzeczy. Myślimy wtedy w sposób zupełnie oderwany od rzeczywistości i to może powodować skrajne działania, które kończą się wielkimi tragediami. Bardzo często tak jest, że ludzie wrażliwi ukrywają to za maską uśmiechu. Trzeba patrzeć w oczy, bo oczy zawsze powiedzą nam dokładnie, co się dzieje. Trzeba być uważnym i nie można nigdy bagatelizować objawów depresji.

Kto był na pana uważny? Kto wyciągnął rękę, kiedy pojawiła się depresja i namówił do rozpoczęcia leczenia?

- Siostra, która też miała wcześniej stany lękowe. Namawiała mnie długi czas, a ja odpowiadałem jej: "Nie, nie chcę leków. Po co? Otumanią mnie" - takie stereotypowe myślenie.

I jak się pan poczuł po lekach antydepresyjnych?

- Po pierwszym leku nie czułem się lepiej, więc lekarz mi go zmienił. Po drugim leku poczułem się świetnie. To był "game changer". Oczywiście pierwszy tydzień był taki, jaki miał być, byłem na to przygotowany - czyli praktycznie jak bym miał cały czas czterdziestokilogramowe kowadło na klatce piersiowej. Towarzyszyło mi permanentne, dwudziestoczterogodzinne poczucie lęku, paniki. Natomiast później, po około dwóch tygodniach nastąpiła totalna zmiana.

Tak, te leki nie działają od razu, a dopiero po około dwóch tygodniach.

- Mnie leki bardzo pomogły. Oczywiście wiem, że to jest niestety bardzo indywidualna sprawa. Nie każdy może mieć to szczęście, że tak mu leki pomogą. W moim przypadku po niemal półrocznej kuracji na małych dawkach, wyszedłem z tego i odstawiłem leki pod okiem psychiatry. Teraz namawiam innych, żeby nie bali się farmakoterapii, ani wizyty u psychiatry.

Na terapii też pan był?

- Tak, już wcześniej miałem dłuższy okres psychoterapii, ale niezwiązany ze stanami lękowymi - tylko z innymi, trudnymi sytuacjami w moim życiu. Tym razem nie poszedłem już na terapię. Wcześniejsze doświadczenia z pracy z psychoterapeutą pozwalały mi już rozumieć pewne negatywne mechanizmy i skutecznie samemu z nimi pracować. Sięgnąłem tylko dodatkowo po farmakoterapię. Ale potwierdzam, że połączenie tych dwóch dróg pomocy daje najlepsze efekty.

Nasza rozmowa ukaże się w wydaniu magazynu "Twarze depresji" dla dzieci i młodzieży. Co chciałby pan powiedzieć tym młodym ludziom, którzy zmagają się z depresją?

- Mam osobiste doświadczenia ze strony depresji mojej córki, która ma w tej chwili 18 lat, ale gdy miała 16 lat, to budziła się z płaczem przez długi czas. Nie była w stanie nam wytłumaczyć, dlaczego jest smutna. Próbowaliśmy pracować, byliśmy z nią bardzo blisko w kontakcie. W końcu skierowałem ją do psychoterapeutki. Ona po rozmowie z nią, rozmawiała potem ze mną. Powiedziała mi, że rzadko spotyka taki poziom zaopiekowania dzieckiem przez rodziców. I nie mówię tego z próżności. Córce było wręcz głupio, że my jej poświęcamy tyle czasu i miłości, a ona dalej czuje to, co czuje. To tylko pokazuje, że możemy się czuć bardzo źle, nie mogąc znaleźć żadnych racjonalnych powodów takiego stanu, bo właśnie ten zły stan powoduje choroba. W końcu po konsultacji z psychiatrą dziecięcym zdecydowaliśmy o wprowadzeniu jej leków antydepresyjnych, które jej bardzo pomogły. W tej chwili dalej je przyjmuje w minimalnej dawce.

Jakie córka miała objawy depresji? Co Pana zaniepokoiło?

- Na szczęście, jak już mówiłem, mamy z nią bardzo dobry kontakt. Mówiła nam, że czuje się permanentnie smutna. Choć na zewnątrz, wobec innych wydawała się wesoła, towarzyska, uśmiechnięta. Córka miewa ataki paniki, ale potrafi sobie z nimi radzić poprzez oddychanie, picie wody, pewne wypracowane sposoby itd. To wszystko dało mi do myślenia, że w naszym przypadku naprawdę zachodzą w nas jakieś biochemiczne, chorobowe zmiany, które należy leczyć.

Co chciałby Pan powiedzieć młodym ludziom, którzy czują permanentny smutek, lęki, nie mają siły, nic ich nie cieszy?

- Żeby przestali się bać tego, co czują, żeby przestali się wstydzić tego, co czują, żeby przestali myśleć, że są gorsi, słabsi. Muszą zacząć traktować to, co się z nimi dzieje w kategoriach choroby, która spada na nich w sposób niekontrolowany, niezależny od nich samych. Depresja jest po prostu chorobą, którą trzeba leczyć. Warto dać sobie pomóc.

Dziękuję za rozmowę.

***

Tekst ukazał się w magazynie "Twarze depresji", który można bezpłatnie pobrać ze strony Fundacji "Twarze depresji".

materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: depresja | leczenie depresji

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje